Fifty Foot Woman - Demo EP
rok wydania: 2008
gatunek: stoner
wydawca: Fifty Foot Woman
W zeszłym roku, mniej więcej o tej porze narzekałem, że w polskim stoner rocku niewiele się dzieje. Jednak od tamtego czasu sporo się zmieniło. Na dobre. Wreszcie się coś ruszyło (choć dezaktywacja Oregano Chino to zbrodnia przeciwko ludzkości). Powstały nowe projekty, ja dogrzebałem się do tych starszych. Jednym z nich (tych nowych) jest właśnie ta lublińska załoga.
Inspiracje mają naprawdę przednie – od Orange Goblin przez klasyków i bogów, czyli kyussa aż do absolutnych mistrzów, czyli Black Sabbath. I zero wieśniactwa, tak obecnego w polskim stonerze.
Słychać, że chłopaki czają kult i świetnie się czują w tej (bądź co bądź mocno wyeksploatowanej) konwencji, co dziwnym nie jest, bo na przykład pan basista, Domelius, prywatnie zajmuje się promocją takiego grania w lubelskim radiu Centrum. To tyle tytułem wstępu. Czas stawić czoła pięćdziesięciostopowej kobiecie.
Pierwszym, co wali po uszach jest groove. Potężniasty groove. I potężne gitary. Jeśli gitary atakują swoim brzmieniem, to oznacza jedno. Produkcja jest dobra, jak na płytę wydaną samemu i do tego jeszcze debiut, nawet bardzo dobra. Drugim, a właściwie trzecim, co rzuca się w uszy to wokal. Pan wokalista śpiewa bardzo siłowo i mocno, no mnie to nie przekonuje, choć idzie się przyzwyczaić.
Pustynny klimat słychać w otwierającym The Beginning of What’s Not About to Happen/The Hitchhiker (nie tylko za sprawą pierwszej części tytułu). Bardziej klasycznie robi się w the Black Hills. Tu słychać przede wszystkim Orange Goblin przyprawione Black Sabbath (gitary). Fajnym patentem okazało się powielenie wokalisty i zwolnienie kawałka tak, że znalazł się w doomowych okolicach.
Najlepsze zostawili na koniec. The Blessing Of Non-Existence to prawdziwy stonerowy walec rozjeżdżalec. Potężny, dostojny, niszczący. Po prostu miodzio. Szkoda tylko, że po 17 minutach płytka się kończy.
Pięćdziesięciostopowej kobiecie można zarzucić dwie rzeczy: brak oryginalności i słaby akcent wokalisty. Co do pierwszej kwestii, w stonerze bycie super oryginalnym nie jest najważniejsze i w tym przypadku takie klasyczne granie jest absolutnie w porządku. Codo sprawy drugiej: nie lubię wokalistów śpiewających ze słowiańskim, twardym akcentem. Może jakiś ekspresowy kurs wymowy? Choć z drugiej strony ma to jakiś perwersyjny urok.
Elvisom wreszcie rośnie mocna konkurencja (bo po dezaktywacji Oregano Chino było w tej materii bardzo biednie). I dobrze, bo czas najwyższy
Ocena: 7/10






