wieczur@jabberpl.org


Fifty Foot Woman - Demo EP

Wpis na 0. poziomie, wysłany 10 grudnia 2008 o 12:58:10

rok wydania: 2008
gatunek: stoner
wydawca: Fifty Foot Woman

W zeszłym roku, mniej więcej o tej porze narzekałem, że w polskim stoner rocku niewiele się dzieje. Jednak od tamtego czasu sporo się zmieniło. Na dobre. Wreszcie się coś ruszyło (choć dezaktywacja Oregano Chino to zbrodnia przeciwko ludzkości). Powstały nowe projekty, ja dogrzebałem się do tych starszych. Jednym z nich (tych nowych) jest właśnie ta lublińska załoga.

Inspiracje mają naprawdę przednie – od Orange Goblin przez klasyków i bogów, czyli kyussa aż do absolutnych mistrzów, czyli Black Sabbath. I zero wieśniactwa, tak obecnego w polskim stonerze.

Słychać, że chłopaki czają kult i świetnie się czują w tej (bądź co bądź mocno wyeksploatowanej) konwencji, co dziwnym nie jest, bo na przykład pan basista, Domelius, prywatnie zajmuje się promocją takiego grania w lubelskim radiu Centrum. To tyle tytułem wstępu. Czas stawić czoła pięćdziesięciostopowej kobiecie.

Pierwszym, co wali po uszach jest groove. Potężniasty groove. I potężne gitary. Jeśli gitary atakują swoim brzmieniem, to oznacza jedno. Produkcja jest dobra, jak na płytę wydaną samemu i do tego jeszcze debiut, nawet bardzo dobra. Drugim, a właściwie trzecim, co rzuca się w uszy to wokal. Pan wokalista śpiewa bardzo siłowo i mocno, no mnie to nie przekonuje, choć idzie się przyzwyczaić.

Pustynny klimat słychać w otwierającym The Beginning of What’s Not About to Happen/The Hitchhiker (nie tylko za sprawą pierwszej części tytułu). Bardziej klasycznie robi się w the Black Hills. Tu słychać przede wszystkim Orange Goblin przyprawione Black Sabbath (gitary). Fajnym patentem okazało się powielenie wokalisty i zwolnienie kawałka tak, że znalazł się w doomowych okolicach.

Najlepsze zostawili na koniec. The Blessing Of Non-Existence to prawdziwy stonerowy walec rozjeżdżalec. Potężny, dostojny, niszczący. Po prostu miodzio. Szkoda tylko, że po 17 minutach płytka się kończy.

Pięćdziesięciostopowej kobiecie można zarzucić dwie rzeczy: brak oryginalności i słaby akcent wokalisty. Co do pierwszej kwestii, w stonerze bycie super oryginalnym nie jest najważniejsze i w tym przypadku takie klasyczne granie jest absolutnie w porządku. Codo sprawy drugiej: nie lubię wokalistów śpiewających ze słowiańskim, twardym akcentem. Może jakiś ekspresowy kurs wymowy? Choć z drugiej strony ma to jakiś perwersyjny urok.

Elvisom wreszcie rośnie mocna konkurencja (bo po dezaktywacji Oregano Chino było w tej materii bardzo biednie). I dobrze, bo czas najwyższy

Ocena: 7/10

13 komentujów | recenzje stoner |

The Freeks - The Freeks

Wpis na 0. poziomie, wysłany 15 listopada 2008 o 16:55:58

rok wydania: 2008
gatunek: space rock
wydawca: Cargo Records

Pisałem niedawno, że Ruben Romano odszedł z Nebuli. Na szczęście nie zniknął ze sceny muzycznej, tylko powołał do życia nowy projekt, a właściwie stonerową supergrupę, The Freeks właśnie. Supergrupę, bo w The Freeks udzielają/udzielali się oprócz Romano: Scott Reeder, Jack Endino, John McBain, Isaihia Mitchell, Lorenzo Woodrose, Jason Corbin, Bernie Worrell, Andy DuVall, Glen Slater, Carl Horne, czyli mieszanka iście wybuchowa. Choć trzeba zaznaczyć, że McBain był producentem, Reeder inżynierem dźwięku, a reszta wystąpiła bardziej w charakterze muzyków sesyjnych lub jest „touring member”

W jednym z artykułów poświęconych świrom, przeczytałem, że Ruben odszedł z Nebuli, by rozwijać własne pomysły, pójść swoją drogą. Bardzo fajnie, ale na pierwszy rzut ucha tego nie słychać. Po prostu The Freeks brzmią jak Nebula, może tylko bardziej pokręcona, ale reszta bez zmian. Na przykład At the Station spokojnie mogłaby być na Charged. Nawet wokal Romano jest podobny. Jednak jest to tylko pierwsze wrażenie, bo gdy już machniemy ręką na powierzchowne podobieństwo The Freeks do Nebuli i wgryziemy się głębiej to usłyszymy…

Hawkwind i Monster Magnet. Czyli Romano zawsze ciągnęło do space rocka. Zaraz, zaraz, czy ostatnia EPka Nebuli nie jest przypadkiem bardzo space rockowa i Monster Magnetowa? No właśnie jest. Miały być własne pomysły i odcięcie się od Nebuli, a wyszło na to samo, choć może, gdy odchodził w 2006 roku, Ruben nie wiedział, że tak się stanie. Tak czy siak, nie jest to pozytyw tej płyty.

Odrzućmy jednak zarzuty nieoryginalności i skupmy się na zawartości. Jeśli space rock, to wiadomo, psychodela obowiązkowa, pojawiają się też dyskretne, bardzo fajne klawisze (jak na przykład w Lunette), dają też popalić gitarom, a nawet pojawia się miniaturka przypominająca tegoroczne Black Rebel Motorcycle Club (The Tribal Council Adjourn). Basque In Splendor to czas na uspokojenie się w tej międzygwiezdnej podróży, mamy więc akustyczne instrumenty, sitar między innymi. Większość kawałków jest oparta na bluesie, ale niekoniecznie jest wolno i dostojnie. No i, oczywiście lata 70. Rządzą, co najbardziej słychać w Lunette, moim ulubionym utworze na płycie.

Debiutu The Freeks słucha się bardzo dobrze, gdy zapomni się o Monster Magnet, Hawkwind i Nebuli. Bo tak, to strasznie rzuca się w uszy wtórność. No i od takich gości spodziewałbym się czegoś oryginalniejszego i zupełnie innego. Niemniej, warto posłuchać.

Ocena: 6/10

dodaj komentuja | recenzje rock space rock stoner |

Nebula - Heavy Psych

Wpis na 0. poziomie, wysłany 25 października 2008 o 11:59:51

rok wydania:2008
gatunek: rock

Minęły już dwa lata od wydania Apollo, a Nebuli nie spieszy się jakoś bardzo z wydaniem nowej płyty, pewnie częściowo z powodów personalnych, bo odszedł ostatni poza Eddiem Glassem oryginalny członek zespołu, perkusista Ruben Romano. Zastąpił go Rob Oswald z legendarnego Karma tu Burn. W tak odnowionym składzie trio przystąpiło do nagrywania EPki, która ma za zadanie umilić czas oczekiwania na kolejny długograj.

Heavy Psych nie przynosi żadnego zaskoczenia, jeśli chodzi o styl Nebuli. Nadal jest bardzo miodny stoner rock z dużą dawką psychodelii, lat 70. i kosmosu. Jedyne co się zmieniło to proporcje tych elementów. Pierwsze płyty Nebuli niewiele różniły się od albumów Fu Manchu, w którym grali Eddie Glass, Ruben i Mark Abshire, było tylko trochę więcej psychodelii. Wiecie, sytuacja podobna do tej z At The Drive-In. Nebula to The Mars Volta, a Fu to Sparta. Z dwoma wyjątkami: Nebula nie ssie, a Fu Manchu się nie rozpadło po odejściu wyżej wymienionej trójki. Wróćmy jednak do meritum. Dziś to właśnie ta psychodelia i kosmos są głównymi składnikami muzyki Nebuli.

Eddie nie do końca zapomniał o swoich korzeniach i Aphrodite brzmi jak żywcem wyjęte z Charged , najlepszej płyty Nebuli. Ciężki, bluesowy riff, wolne tempo, ujarany wokal i mnóstwo efektów i różnorakich pogłosów. Bardziej space rockowe oblicze zespołu prezentuje Dream Submarine, choć tu też skojarzenia biegną do Charged.

Pozostałe kawałki dryfują dość blisko w stronę Monster Magnet. Na szczęście nie za blisko, choć na granicy zrzynania. Nawet Eddie śpiewa trochę pod Wyndorfa. Przynajmniej wiadomo, czemu Dave wziął Nebulę na europejską trasę (z czego się niezmiernie cieszę). Jest przestrzennie, narkotykowo, bluesowo, transowo. Czyli dokładnie tak, jak być powinno.

Nebula tą EPką nie zaskoczyła, ale dała wskazówkę, jak będzie brzmieć nowy longplej. Będzie kosmiczniej niż zwykle i to mi się podoba.

Ocena: 6/10

dodaj komentuja | recenzje rock stoner |

Saviours - Into Abaddon

Wpis na 0. poziomie, wysłany 05 lutego 2008 o 11:53:53

Rok wydania: 2008
Gatunek: metal
Wydawca: Kemado Records

Okładka jeszcze niczego nie zapowiada. Wydaje się, że to kolejny zafascynowany fantastyką zespół. Jakaś tam piramida w tle. Tytuł też taki typowy. Jednak to, co dotarło z moich uszu z głośników, zupełnie mnie zaskoczyło.

Włączam. Słucham chwilę i buzia coraz bardziej mi się otwiera. Dwa razy sprawdzałem, czy się nie pomyliłem i nie włączyłem Mastodona przypadkiem. Tak, Mastodona, Saviours to bezczelna zrzynka z bestii z Atlanty. Wszystko. Od gitar, przez bębny do wokalu brzmi jak Mastodon. To brzmienie, te przejścia gitar. Absolutnie wszystko. Nieładnie, chłopaki, oj, nieładnie.

W sumie pewnie dałoby się wyciągnąć z tego coś fajnego, niekoniecznie oryginalnego (ja wiem, że stoner to taki gatunek, gdzie każdy zrzyna od każdego, ale żeby aż tak?), jednak epigoństwo tego kwartetu odrzuca mnie od tego pomysłu. Nie potrafię usłyszeć w tej płycie nic wartościowego.

I tak, jak przypadku Bat For Lashes, Saviours byliby naprawdę porządnym zespołem, gdyby ktoś przed nimi tak nie grał. Tutaj epigoństwo jest jeszcze bardziej słyszalne. Szkoda, że poszli taką drogą, bo potencjał mają.

Ocena: 4/10

dodaj komentuja | metal recenzje stoner |

Clutch - From Beale Street to Oblivion

Wpis na 0. poziomie, wysłany 14 grudnia 2007 o 23:28:31

rok wydania: 2007
gatunek: stoner rock
wydawca: DRT Records

Josh Homme powiedział, że jego najnowsze dzieło jest płytą taneczną. Rudzielec jest znany z podobnych wypowiedzi, ale tę można potraktować z mniejszym przymrużeniem oka i przyznać mu rację. Nie tylko on nagrał taneczną płytę w tym roku.

Clutch gra już 16 lat. Czyli staż ma, wypracowane brzmienie również. W swojej muzyce łączą funk ze stonerem i zeppelinowym hardrockiem. Wiadomo już więc, czemu można o ich płycie powiedzieć, że jest taneczna. Nie jest to taneczność spotykana w dyskotekach, tylko skłaniająca do tupania nóżką względnie dzikich wybryków.

Album rozpoczyna You Can’t Stop the Progress, który jest idealnym przykładem brzmienia Clutch. Jest groove, są stonerowe gitary, są organy hammonda w tle. Kwartet z Marylandu w równym stopniu czerpie z dokonań kyussa (gitary), co Led Zeppelin (szkielet piosenek). Rzadkość to ostatnio, choć sukces Wolfmother daje jakieś nadzieje na przyszłość. Również dla Clutch, bo popularność Australijczyków może im pomóc, bo muzykę grają dość podobną, tyle że wokal nie przypomina Planta, a bardziej jakieś stonerowe zespoły typu Atomic Bitchwax lub, jakiegoś wielkiego, spoconego, macho kierowcę ogromnej amerykańskiej ciężarówki w bejsbolówce.

Na plus trzeba im zapisać zabójczą gitarę w White Ferry, no po prostu miodzio, nawet mimo togo, że w okolicach 2:30 niebezpiecznie przypomina Iron Maiden. Świetny motyw wymyślili. W kilku piosenkach pojawia się gdzieś w tle harmonijka ustna, co nadaje im pustynnego charakteru, ale nie dominuje, bo przecież w Wirgini nie ma żadnej pustyni. Czasem pojawi się motyw przypominający Fu Manchu.

Bardzo dobrą płytę wyskrobali w tym roku, groove’iastą, taneczną, po prostu rockową.

Ocena: 8/10

6 komentujów | recenzje rock stoner |

Truckfighters - Gravity X

Wpis na 0. poziomie, wysłany 07 grudnia 2007 o 12:13:07

rok wydania: 2005
gatunek: stoner rock
wydawca: Fuzzorama Records

Szwedzka scena muzyczna. Z czym może się ona kojarzyć? Z umalowanymi death metalowcami i z Abbą. No więc, co tam robi rasowy desert rockowy zespół? Przecież oni nie mają żadnej pustyni, a słońce świeci kilka dni w roku. Nie ma warunków do robienia takiej muzyki. Jednak im się udaje.

Może tytuł płyty nie do końca mówi, co nas czeka, okładka tym bardziej, bo ona pasuje bardziej do jakiegoś space rockowego bandu, choć sci-fi jest jedną z ważniejszych inspiracji stonerowych zespołów, to już nazwa pierwszego kawałka, Desert Cruiser robi swoje. To siedmiominutowy walec w stylu Fu Manchu ze sfuzzowanymi gitarami, ciężki i miażdżący. Następny kawałek, Gargarismo, łączy w sobie duchu Fu z przejściami w stylu późnego kyussa – melodyjno-psychodelicznymi.

I tak będzie już do końca, Fu Manchu będzie się przeplatać z kyussem. Czasem, jak w Altered State, będzie więcej bogów desert rocka, czasem, jak we wspomnianym już Desert Cruiserze i Superfunk, jego herosów, a czasem, jak w Momentum obydwa te składniki będą występować w podobnych proporcjach. Czasem dodadzą smaczki, jak klaskanie we Freewheelin’ (który zresztą kończy się filmowym samplem i partią akustycznej gitary przywodzącą na myśl westerny), ale i tak pozostaje to surowym, nieokiełznanym desert rockiem.

Wyróżnia się Subfloor, bo panowie zastosowali w nim dęciaki, przez co piosenka nabiera nietypowego dla nich posmaczku i trochę zbliża do Orquesta Del Desierto. W podobnym klimacie zaczyna się następny Gweedo-Weedo­. A teraz czas na zauważenie i podkreślenie faktu, że piosenki wypływają jedna z drugiej, bo zastosowano zabieg znany chociażby z Blood Sugar Sex Magik, czyli brak przerw między ścieżkami, co oczywiście daje wrażenie spójności.

Od Subfloor właśnie zaczyna się druga, inna część płyty. W Manhattan Project cięzkie momenty przeplatają się ze spokojnymi partiami akustycznej gitary, początek In Search Of (the) (oczywiste nawiązanie do Fu Manchu) przypomina trochę dokonania Branta Bjorka z Braćmi. Chwilę wytchnienia daje Intermission, dwuminutowy, instrumentalny przerywnik. Wytchnienie potrzebne, bo już zaraz po nim najwścieklejszy numer na płycie, Zapruder.

Płytę kończy Altered State, jakby odpowiedź Szwedów na Whitewater i pozostaje się tylko dziwić, jak oni to robią, czerpiąc z dwóch źródeł, nie siląc się na zbytnią oryginalność, potrafią zrobić tak fajną płytę.

Ocena: 8/10

5 komentujów | desert rock recenzje stoner |

Elvis Deluxe - Lazy

Wpis na 0. poziomie, wysłany 25 listopada 2007 o 23:43:59

rok wydania: 2007
gatunek: stoner rock
wydawca: Get By Records

Trochę wcześniej napisałem, że polska scena stonerowa dopiero się rodzi i że ciężko znaleźć pustynny stoner u nas. Wszystko to prawda. Napisałem też, że płyta Farelek może być najlepszym polskim debiutem w tym roku. Otóż nie może, bo na pierwsze miejsce wdarł się Elvis. Elvis Deluxe nawet.

Tak, to stoner. Prawdziwy, pustynny, brudny, w oparach marihuany, a nie piwska. I ciężki. I psychodeliczny. Czyli jest wszystko, czym dobry desert rock powinien się charakteryzować. I jeszcze jedno, płyta brzmi, jakby polecieli do Kalifornii, usiedli na Rancho De La Luna i pod czujnym okiem Chrisa Gossa napisali i nagrali te piosenki. Tak, nie mają się czego wstydzić. Płytę można już kupić przez stonerrock.com, co świadczy o pewnym uznaniu w stonerowym światku.

Weźmy takie The Mountain. Co słyszymy? Fu Manchu przepuszczone przez melodyjność QOTSA. Extraterrestial Hideout Seeker pachnie bardziej Joshem. Czyli wzorce jak najlepsze. I tak, jak w przypadku Farelek, nie są to zrzynki. A cechą charakterystyczną stoner rocka jest, że każdy czerpie od każdego. I oni to robią. Biorą trochę z kyussa, trochę z QOTSA, trochę z Fu Manchu, dodają dużo własnych pomysłów i energii, i grzeją. I grzeją tak, że o tej porze roku mam ochotę wygrzewać się na słońcu względnie kupić bilet na najbliższy samolot do Kalifornii.

Co ciekawe Elvis wywodzi się ze środowiska hardcore’owego. Gdybym o tym nie wiedział, nie wpadł bym na to, mimo że Superorfeo i Perfect Ride są punkowo szybkie, ale brakuje im tej wściekłości, którą zastąpił wszechobecny luz, kolejna charakterystyczna cecha stoner rocka.

Druga świetna polska stonerowa płyta w tym roku. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale może dwie już tak. I niech się nimi też zainteresują wytwórnie, mimo że nie brzmią, jak Doda.

Ocena: 9/10

3 komentuje | desert rock recenzje stoner |

Electric Wizard - Witchcult Today

Wpis na 0. poziomie, wysłany 04 listopada 2007 o 23:40:11

gatunek: stoner/doom
rok wydania: 2007
wydawca: Rise Above Records

Przyznaję się, nie znam ich wszystkich płyt na pamięć. Nie czczę ich. Do niedawna miałem tylko Dopethrone i Come My Fanatics..., czyli must-have’y. Fajne są, ale jakiegoś objawienia nie doznawałem. Kajam się, bo przemówiły do mnie po premierze Witchcult Today, ale do rzeczy.

Najcięższy zespół świata zaatakował najcięższymi działami. Ponoć dwa poprzednie albumy były zniżką formy. Jakie by nie były, były słabsze, bo Witchcult Today niszczy. Rozkłada na łopatki i przejeżdża jak walec. Tak, jedna z płyt roku to jest, choć sam początek nie jest zbyt wybitny. Tytułowy utwór to po prostu doom jest. Dobry, mocny, ciężki, ale jak to doom trochę za wolny. Lepiej robi się chwilę później. Wchodzi groove. Jeszcze raz: wchodzi groove! Taki trochę kręcityłkowy, ale przecież nie przystoi do takich szatanów kręcić tyłkiem. I tu pierwsze skojarzenie. Clutch. Jakimś super znawcą nie jestem, ale pewnie to hamerykanie zrzynali od nich, a nie odwrotnie. Po tym drugim kawałku robi się coraz lepiej, już złapałem szatanowo-wiedźmowy klimat i trzącham rytmicznie banią, jak na prawdziwe dziecię szatana przystało. Szkoda tylko, że mam krótkie włosy.

Pochłonęła mnie ta płyta. Słucham jej często i namiętnie i ciągle mam wrażenie, że te dłuugaśne piosenki są budowane na jednym riffie. Źle? Nie, w tym przypadku to dobrze. Nie wiem, jak oni to robią, ale jednak prawie ten sam riff, za każdym razem brzmi inaczej. Uzależnia ta płyta. Czuję się już jak prawdziwy ich wyznawca. Taki poziom, hm, przebojowości (nie wiem czy to akurat adekwatne określenie w stosunku do tego zespołu), mocy, metalowej szatanowości, okultyczności bez zbędnego wieśniactwa, to rzadkość. Mniej więcej taka, jak dobra płyta Metalliki.

Właśnie napisałem, że wszystko na jeden riff i uświadomiłem sobie, jakie głupstwo palnąłem. Zapomniałem o najbardziej kopiącym z kopiących kawałków, takich, które wypruwają trzewia, a ty prosisz o jeszcze. Torquemada 71 z filmowymi samplami. Normalnie brak mi słów, czuję się zniszczony. I jeszcze jedno spostrzeżenie, chyba już tak nie wprawiają trzewi w wibrację swoim niskim strojem, a bardziej wwiercają się w bębenki.

A potem jeszcze dwa 11-minutowe kawałki. I już wiem, że kocham tę płytę. Ocena: 9/10

2 komentuje | doom metal recenzje stoner |