wieczur@jabberpl.org


Franz Ferdinand - Tonight: Franz Ferdinand

Wpis na 0. poziomie, wysłany 01 lutego 2009 o 20:40:14

rok wydania:2009
wydawca: Domino Records
gatunek: rock

Brytyjczycy przed wydaniem trzeciej płyty byli w podobnej sytuacji, co The Killers. Pierwsza płyta bezbłędna, druga dobra, ale nie na miarę oczekiwań (to pierwsza różnica z Amerykanami, bo Sam’s Town to płyta beznadziejna), więc trzecim krążkiem musieli udowodnić, że jeszcze się nie skończyli. I tu kończą się podobieństwa do The Killers. Bo Franz Ferdinand wywiązali się z tego zadania bardzo dobrze, choć kazali sobie czekać prawie pięć lat.

Ullysses zaatakował już w listopadzie i zrobił furorę, bo wreszcie zaczęło się coś u nich dziać, no i słychać było, że nowa płyta będzie bardziej elektroniczna, co oznacza rozwój i innowację. I że będzie tak samo bezwstydnie przebojowo.

Sięgnięcie po syntetyczne brzmienia wyszło Arcyksięciu na dobre, co słychać chociażby w Live Alone, iście dyskotekowym przeboju, z pędzącym basem i klasycznymi klawiszami. Murowany hit. Tak samo zresztą, jak utrzymany w podobnych klimatach, tyle że bardziej pierwotny Can’t Stop Feeling. Jeszcze w ramach elektroniczności wyróżnia się Lucid Dreams, niby taka zwykła Franzowa piosenka, może troszkę bardziej bitelsowa, niż zwykle, jednak to, co dzieje się po jej zakończeniu, przechodzi najśmielsze oczekiwania. Gdzieś tak od 3:30 zaczyna się jam session. Najpierw z psychodelicznymi gitarami, które powoli ustępują elektronice, która ociera się o The Prodigy. Tak, to nie żart, dobrze przeczytaliście. To jeden z najmocniejszych momentów na płycie, jak na nich niesamowicie eksperymentalny.

Jednak Tonight: Franz Ferdinand to nie tylko elektronika. Z gitarowych czadów wyróżnia się Bite Hard, którym zaczęli koncert w Stodole. Choć nie wiem, czy czad to najlepsze określenie. Franz Ferdinand uspokoili się, wydorośleli, nie pędzą już na złamanie karku, więc takich killerów jak Well That Was Easy nie uświadczymy, a Bite Hard jest li tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę, Siłą Tonight: Franz Ferdinand nie jest rokendrolowość, ale taneczność i zmysłowość.

Niektórzy skreślili ich jeszcze przed wydaniem tego krążka. Stwierdzili, że dwie dobre płyty to na nich i tak za dużo i na nic więcej ich nie stać. Okazało się, że byli zbyt szybcy, bo Arcyksiążę umocnił swoją pozycję w rockowej czołówce. Jedna z płyt roku, a mamy dopiero początek lutego.

4 komentuje | recenzje rock |

The Killers - Day & Age

Wpis na 0. poziomie, wysłany 24 stycznia 2009 o 19:03:03

rok wydania: 2008 gatunek: pop rock
wydawca: Island Records


W ciągu ostatnich dwóch miesięcy swoje trzecie płyty wydały dwa z najważniejszych zespołów początku XXI wieku. Na pierwszy ogień poszli The Killers, którzy musieli się zrehabilitować za zupełnie nieudane Sam’s Town.

Największą bolączką poprzedniej płyty było zagubienie lekkości, która charakteryzowała Hot Fuss i od pierwszych dźwięków słychać, że Amerykanie wrócili do formy. Losing Touch to murowany przebój, ale i wyznacznik brzmienia całej płyty. Całkowitą dominację przejmują klawisze a gitary pobrzmiewają gdzieś w tle. Singlowy Human dodaje do tego krajobrazu taneczność, czy może nawet dyskotekowość. Czyli popadli ze skrajności w skrajność, bo na Sam’s Town dominowało brzmienie gitar.

Spaceman to już czysty pop, zalatujący banałem i korporacyjnością, oj nieładnie chłopaki, nieładnie. Gdzie podziała się ta zadziorność z debiutu? Choć i tak jest lepiej niż na Sam’s Town, gdzie nic nie było tak, jak powinno, a tu przynajmniej są melodie.

Zupełnie zaskakuje Joy Ride, brzmi jak soundtrack z amerykańskich filmów akcji z lat 70., czyli jest po prostu funk + dyskotekowa pulsacja. No i oczywiście obowiązkowe solo na saksofonie. Dla mnie bomba, szkoda, że nie ma tu więcej takich kawałków.

Pociągnijmy jeszcze wątek dobrych stron Day And Age. Kończące płytę Goodnight, Travel Well to jak na nich monumentalna piosenka, dostojna, powolna, po prostu piękna. A z szybszych rytmów na wyróżnienie zasługuje A Dustland Fairytale.

In minus trzeba im zapisać wokal Brandona, który coraz bardziej zbliża się do Bono. Nie tędy droga, nie próbujcie być nowym U2, to się wam nie opłaci.

I już. Nic więcej nie da się o tej płycie napisać. Jest lepiej, niż na Sam’s Town, ale Day and Age to dowód na to, że na powrót do poziomu Hot Fuss nie ma już co liczyć

Ocena: 6/10

6 komentujów | pop recenzje rock |

The Killers - Hot Fuss

Wpis na 0. poziomie, wysłany 16 grudnia 2008 o 23:33:19

rok wydania: 2004
gatunek: pop rock
wydawca: Island Records

The Killers właśnie wydali Day & Age. To doskonała okazja, by przypomnieć ich debiut, płytę niezwykle ważną dla mnie. Z różnych powodów.

Znów zrobi się wspominkowo. Killersów poznałem dzięki MTV2. Pierwszy singiel, Somebody Told Me nie zachwycił mnie wtedy. To znaczy piosenka podobała mi się, ale nie rzuciła na kolana. Jak łatwo się domyśleć zrobił to następny singiel, Mr. Brightside, jedna z najlepszych piosenek, jakie w ogóle powstały. A w połączeniu z czarno-białym teledyskiem (to jedyny słuszny teledysk do tej piosenki, ten drugi dla mnie nie istnieje). Robiłem nawet tak, że po powrocie do domu ze szkoły włączałem MTV i czatowałem tylko po to, żeby obejrzeć ten teledysk. Potem strasznie rozpaczałem, że Hot Fuss nigdzie nie można kupić, nawet w Holandii, gdzie byłem na wakacjach. Dopiero we wrześniu udało mi się ją dorwać w empiku i oczywiście kupiłem ją bez wahania. Tak zaczęła się moja miłość do Brandona i spółki (niestety, mocno nadwyrężona przez Sam’s Town).

Ale, powtarzając pytanie z recenzji Relationship of Command, co jest w tej płycie rozkładającego na łopatki? Przede wszystkim melodie. Na płycie jest 12 piosenek (licząc z bonusowym Glamorous Indie Rock And Roll), 11 to przeboje (o tym jednym wyjątku później) wkręcające się w głowę z niesamowitą łatwością i bez poczucia obciachu. Żeby tylko wymienić tylko te najdoskonalsze: Mr. Brightside, Jenny Was A Friend of Mine, On Top, Somebody Tlod Me, Midnight Show, Andy You’re A Star. Teraz więc zajmiemy się nimi trochę dokładniej.

Mr. Brightside to piosenka doskonała. Od gitar przez wokal, tekst o zazdrości, na samym (dość nietypowym) układzie piosenki kończąc. Po prostu mistrzostwo. Brak mi słów, lepiej jej posłuchać samemu i zrozumieć, dlaczego jest tak niesamowita. On Top to piosenka, która pokazał mi, że klawisze to nie tylko wiocha. I ten refren, rozpływam się przy nim, bezwstydnie przebojowy, choć Somebody Told Me to jeszcze bardziej bezwstydnie popowy przebój. Można je tak wymieniać bez końca.

Kolejną zaletą Hot Fuss jest to, że wyróżniali się z zalewu noworockowych, miałkich zespołów, o których dziś nikt nie pamięta. Wtedy nie znosiłem tego nurtu, dziś kojarzy mi się z beztroskim gimnazjalno-licealnym okresem w moim życiu, ale regularnie wracam tylko do nich, tylko do Hot Fuss.szkoda, ze nie udźwignęli ciężaru drugiej płyty.

Tak rozpływam się nad Hot Fuss, że niemal zapomniałem o jej wadzie. Na imię jej Everything Will Be Alright. Nie dość, że pasuje do reszty, jak pięść do oka (przetwarzane wokale) to jeszcze jest tak żałośnie słaby, że nie da się go dosłuchać do końca. Powinni się go wstydzić do tej pory. Tak zepsuć genialną płytę. No nie wiem, jak oni mogli to zrobić.

Hot Fuss miało na mnie ogromny wpływ, otworzyła mi głowę na nowe nurty i po prostu jej słuchanie sprawia mi niesamowitą radość , mogę jej słuchać bez przerwy, nie tylko z powodów sentymentalnych. Doskonała popowa płyta i nawet koszmarek w postaci Everything Will Be Alright nie przeszkadza w ogólnym rozrachunku(po prostu go nie słucham)

Ocena: 10/10

2 komentuje | pop recenzje rock |

The Freeks - The Freeks

Wpis na 0. poziomie, wysłany 15 listopada 2008 o 16:55:58

rok wydania: 2008
gatunek: space rock
wydawca: Cargo Records

Pisałem niedawno, że Ruben Romano odszedł z Nebuli. Na szczęście nie zniknął ze sceny muzycznej, tylko powołał do życia nowy projekt, a właściwie stonerową supergrupę, The Freeks właśnie. Supergrupę, bo w The Freeks udzielają/udzielali się oprócz Romano: Scott Reeder, Jack Endino, John McBain, Isaihia Mitchell, Lorenzo Woodrose, Jason Corbin, Bernie Worrell, Andy DuVall, Glen Slater, Carl Horne, czyli mieszanka iście wybuchowa. Choć trzeba zaznaczyć, że McBain był producentem, Reeder inżynierem dźwięku, a reszta wystąpiła bardziej w charakterze muzyków sesyjnych lub jest „touring member”

W jednym z artykułów poświęconych świrom, przeczytałem, że Ruben odszedł z Nebuli, by rozwijać własne pomysły, pójść swoją drogą. Bardzo fajnie, ale na pierwszy rzut ucha tego nie słychać. Po prostu The Freeks brzmią jak Nebula, może tylko bardziej pokręcona, ale reszta bez zmian. Na przykład At the Station spokojnie mogłaby być na Charged. Nawet wokal Romano jest podobny. Jednak jest to tylko pierwsze wrażenie, bo gdy już machniemy ręką na powierzchowne podobieństwo The Freeks do Nebuli i wgryziemy się głębiej to usłyszymy…

Hawkwind i Monster Magnet. Czyli Romano zawsze ciągnęło do space rocka. Zaraz, zaraz, czy ostatnia EPka Nebuli nie jest przypadkiem bardzo space rockowa i Monster Magnetowa? No właśnie jest. Miały być własne pomysły i odcięcie się od Nebuli, a wyszło na to samo, choć może, gdy odchodził w 2006 roku, Ruben nie wiedział, że tak się stanie. Tak czy siak, nie jest to pozytyw tej płyty.

Odrzućmy jednak zarzuty nieoryginalności i skupmy się na zawartości. Jeśli space rock, to wiadomo, psychodela obowiązkowa, pojawiają się też dyskretne, bardzo fajne klawisze (jak na przykład w Lunette), dają też popalić gitarom, a nawet pojawia się miniaturka przypominająca tegoroczne Black Rebel Motorcycle Club (The Tribal Council Adjourn). Basque In Splendor to czas na uspokojenie się w tej międzygwiezdnej podróży, mamy więc akustyczne instrumenty, sitar między innymi. Większość kawałków jest oparta na bluesie, ale niekoniecznie jest wolno i dostojnie. No i, oczywiście lata 70. Rządzą, co najbardziej słychać w Lunette, moim ulubionym utworze na płycie.

Debiutu The Freeks słucha się bardzo dobrze, gdy zapomni się o Monster Magnet, Hawkwind i Nebuli. Bo tak, to strasznie rzuca się w uszy wtórność. No i od takich gości spodziewałbym się czegoś oryginalniejszego i zupełnie innego. Niemniej, warto posłuchać.

Ocena: 6/10

dodaj komentuja | recenzje rock space rock stoner |

Eagles Of Death Metal - Heart On

Wpis na 0. poziomie, wysłany 12 listopada 2008 o 16:32:34

rok wydania: 2008
gatunek: rock
wydawca: Downtown Recordings

Eagles of Death Metal wracają, by już po raz trzeci zabrać nas w świat rock ‘n’ rolla i wszystkiego, co z nim związane. Tego fajniejszego (jak zwykle) i tego mniej (po raz pierwszy).

Trzeba przyzwyczaić się do faktu, że Orły stały się pełnoprawnym zespołem. Regularnie wydają płyty (prawie zawsze rok po QOTSA), jeżdżą w trasy, zabierają coraz więcej czasu bardziej znanej połówce duety, czyli Joshowi Homme. I od niego tym razem zaczniemy. Rudzielec, pierwotnie tylko perkusista, po raz pierwszy stojący w cieniu kolegi z dzieciństwa, Jessego Hughesa, lidera zespołu. Na drugiej płycie sięgnął po bas, czasem gitarę, do bębnów wracając okazjonalnie bądź na koncertach (na tych, na których był). Na Heart On odcisnął bardzo wyraźne piętno. Weźmy High Voltage, najbardziej jaskrawy przykład. Gitara żywcem wyjęta z Misfit Love, bas też. I ogólne wrażenie, ale jak już napisałem, to najjaskrawszy przykład.

Wpływ Josha to przede wszystkim skomplikowanie prostej łupanki EODM (na przykład synkopowany rytm w (I Used to Couldn’t Dance) Tight Pants) i wydaje mi się, że też spoważnienie tekstów, przez co czasem zdają się korespondować z tekstami Josha na ostatniej płycie QOTSA. Czyli w pewnym sensie Eagles of Death Metal stali się „Queens of the Stone Age w wersji light”, cytując redaktora Koziczyńskiego. I to mnie trochę boli, bo starałem się ich bronić przed tym krzywdzącym epitetem, bo Eagles of Death Metal to nie tylko (a nawet nie przede wszystkim) Josh. Prawdziwym liderem tego zespołu jest Jesse Hughes.

I dzięki temu, możemy zgrabnie przejść do drugiego Orła, rok starszego od Rudzielca. Jesse Hughes do tej pory śpiewał o seksie i narkotykach (cytując Mike’a z Rachael: „bo o czym można śpiewać, jak nie o seksie i narkotykach), a dokładniej o ich pozytywnych aspektach. Na Heart On częściej sięga do mroczniejszej strony życia. Często ukrywając to pod zgrabnymi melodiami, jak w How Can a Man with so many Friends Feel so Alone, choć tutaj poważniejsza zawartość rzuca się w oczy w tytule, ale już w Solo Flights, piosence mającej chwalić masturbację, Jesse śpiewa no one gets to love me. Jest też o sławie i zaprzedawaniu duszy, oczywiście w wersji humorystycznej w Wannabe In L.A.

Jesse oczywiście cały czas jest wierny swojej największej muzycznej inspiracji, czyli Stonesom. I tu najbardziej ich słychać, poczynając od Anything ‘cept the Truth (ach te dziewczęce chórki!), które wiele zawdzięcza Richardsowi, przez Secret Plans do Pissy Prancin’, w którym nie dość, że solówka jest zerżnięta od Stonesów, to jeszcze Jesse śpiewa jak Jagger po kwasie.

Najciekawiej jest w I’m your Torpedo, które też wiele zawdzięcza obecności Josha, nie tylko w warstwie wokalnej. O właśnie, to też novum w muzyce EODM, Josh śpiewa, co jeszcze bardziej zbliża ich do QOTSA. Wracając do I’m your Torpedo, takiej ilości transu w EODM nie słyszałem. Miodzio.

Eagles of Death Metal poważnieją i dojrzewają z płyty na płytę, nagrywają coraz lepsze płyty, nie tracąc jednak dystansu do siebie i humoru, co czyni ich jednym z najlepszych zespołów „czysto” rockowych końca pierwszej dekady XXI wieku, o czym cztery lata temu, nikt o zdrowych zmysłach nie pomyślał.

Ocena: 9/10

dodaj komentuja | desert rock recenzje rock |

The Black Tapes - Black City EP

Wpis na 0. poziomie, wysłany 29 października 2008 o 23:54:12

rok wydania: 2007
gatunek: rock, punk
wydawca: Warsaw City Rockers Records

Na słowa polski punk do niedawna reagowałem dość alergicznie. Kultowości Kultu nigdy naprawdę nie mogłem zczaić, oldskul i klasyka do mnie nie przemawiają, a Pidżamę Porno i podobne wynalazki pozostawię bez komentarza. Aż tu nagle pojawili się The Black Tapes.

No, nie tak z nicości, bo panowie strunowcy (gitarzysta i basista) to ziomki znane choćby z mojego ulubionego Elvis Deluxe. Pozostała dwójka to też dość znane postaci warszawskiej sceny niezależnej. Nie tak znowu nagle, bo działają już ponad dwa lata, ale oczywiście jestem strasznie zapóźniony w tych sprawach.Black City EP to szybki i konkretny strzał w pysk. Nie zdążysz pozbierać się do kupy, a tu już koniec. Średnia długość kawałków to 2 minut z małym hakiem, a na płycie jest ich 4.

Najbardziej rajcujące momenty to Black Tapes i Love Letter. Ten pierwszy zabija od samego początku. Wejście perkusji, zwrotki, refren, wszystko ma jedno zadanie, poderwać cię z krzesła na nogi, a potem znokautować. Taki punk to ja rozumiem. Z przytupem, melodią, energią, bez prostactwa, z nerwem, z rokendrolem. Buja dokładnie tak, jak powinien. Robicie imprezę w troszkę mocniejszych, gitarowych klimatach? To puśćcie Black Tapes, rozwali wszystkich, gwarantuję. Love Letter to przede wszystkim superaśna gitara i harmonie wokalne. I oczywiście energia zmuszająca do czegoś więcej niż tylko tupania nóżką. Ładunek energetyczny jest porównywalny do Relationship Of Command (i to jedyna wspólna cecha z At the Drive-In, no może Tolly jest trochę podobny do Jima Warda).

Black City i Starlight Story to również niesamowite killery, jakich mało, ale nie z tak niszczącym ładunkiem przebojowości. Pierwszy zaczyna się filmową wstawką wprowadzającą w klimat wielkiego miasta nocą. Drugi zapada w pamięć przede wszystkim dzięki skandowaniu w refrenie.

Ocena: 8/10

dodaj komentuja | punk recenzje rock |

Nebula - Heavy Psych

Wpis na 0. poziomie, wysłany 25 października 2008 o 11:59:51

rok wydania:2008
gatunek: rock

Minęły już dwa lata od wydania Apollo, a Nebuli nie spieszy się jakoś bardzo z wydaniem nowej płyty, pewnie częściowo z powodów personalnych, bo odszedł ostatni poza Eddiem Glassem oryginalny członek zespołu, perkusista Ruben Romano. Zastąpił go Rob Oswald z legendarnego Karma tu Burn. W tak odnowionym składzie trio przystąpiło do nagrywania EPki, która ma za zadanie umilić czas oczekiwania na kolejny długograj.

Heavy Psych nie przynosi żadnego zaskoczenia, jeśli chodzi o styl Nebuli. Nadal jest bardzo miodny stoner rock z dużą dawką psychodelii, lat 70. i kosmosu. Jedyne co się zmieniło to proporcje tych elementów. Pierwsze płyty Nebuli niewiele różniły się od albumów Fu Manchu, w którym grali Eddie Glass, Ruben i Mark Abshire, było tylko trochę więcej psychodelii. Wiecie, sytuacja podobna do tej z At The Drive-In. Nebula to The Mars Volta, a Fu to Sparta. Z dwoma wyjątkami: Nebula nie ssie, a Fu Manchu się nie rozpadło po odejściu wyżej wymienionej trójki. Wróćmy jednak do meritum. Dziś to właśnie ta psychodelia i kosmos są głównymi składnikami muzyki Nebuli.

Eddie nie do końca zapomniał o swoich korzeniach i Aphrodite brzmi jak żywcem wyjęte z Charged , najlepszej płyty Nebuli. Ciężki, bluesowy riff, wolne tempo, ujarany wokal i mnóstwo efektów i różnorakich pogłosów. Bardziej space rockowe oblicze zespołu prezentuje Dream Submarine, choć tu też skojarzenia biegną do Charged.

Pozostałe kawałki dryfują dość blisko w stronę Monster Magnet. Na szczęście nie za blisko, choć na granicy zrzynania. Nawet Eddie śpiewa trochę pod Wyndorfa. Przynajmniej wiadomo, czemu Dave wziął Nebulę na europejską trasę (z czego się niezmiernie cieszę). Jest przestrzennie, narkotykowo, bluesowo, transowo. Czyli dokładnie tak, jak być powinno.

Nebula tą EPką nie zaskoczyła, ale dała wskazówkę, jak będzie brzmieć nowy longplej. Będzie kosmiczniej niż zwykle i to mi się podoba.

Ocena: 6/10

dodaj komentuja | recenzje rock stoner |

Bruce Springsteen - Greatest Hits

Wpis na 0. poziomie, wysłany 18 października 2008 o 23:59:13

rok wydania: 1995
gatunek: rock
wydawca: Columbia Records

Dziś mija rok od założenia tego bloga, więc jest to najlepsza okazja, bym znów sięgnął po album bardzo ważny dla mnie. Tym razem zamiast oczywistości będzie album niesamowicie ważny, ale przez długi czas zapomniany. I tak, wiem, że to jest kompilacja, ale zacznijmy od początku.

Wszystko zaczęło się w 1995 roku. Moi rodzice, fani Bossa, kupują Greatest Hits, jeszcze na kasecie, żeby można jej było słuchać w samochodzie. Od tamtej pory Bruce towarzyszył mi w każdej podróży samochodem, ale także w domu odtwarzany w nieskończoność. A potem zająłem się dorastaniem. I zapomniałem o Nim na długi czas.

Przypomniałem sobie na dobre dopiero w zeszłym roku, kiedy ten album znów pojawił się u nas w domu, tym razem w wersji kompaktowej. Postanowiłem sobie go posłuchać, a wtedy uświadomiłem sobie, że wszystko znam, że niczego nie zapomniałem przez te kilka lat bez Niego. Każdy dźwięk wrył mi się w pamięć, gdy byłem małym szkrabem i pozostał tam do dziś.

Sam wybór piosenek jest oczywisty. Same wielkie hity od Born to Run do Streets of Philadelphia, a do tego jeszcze cztery całkiem nowe piosenki. Czyli jest i coś, dla tych, którzy dopiero przygodę z Bruce’em zaczynają, jak i dla tych, którzy kochają go miłością wielką (jak ja). Układ jest chronologiczny, czyli zaczynamy od nieśmiertelnego Born to Run, które od 1975 roku nie postarzało się ani o sekundę i nadal wyraża uczucia młodych ludzi chcących się wyrwać się ze swoich małych mieścin. I ten saksofon… po prostu rozpływam się, przenoszę się w czasie i przestrzeni do New Jersey ’75. W to samo miejsce zabiera mnie Thunder Road też z Born to Run. Badlands to takie tańcowanie w rytmach rock’n’rolla, ale z głębszym przesłaniem, tak charakterystycznym dla Bossa, dla którego słowo zawsze było bardzo ważne. The River, piosenka opowieść w stylu Dylana, przepiękna, ale i smutna. Hungry Heart to pierwszy singel Springsteena, który dotarł na sam szczyt Billboardu. Wiadomo, czemu. Świetna melodia, wyrazista perkusja, wszyscy to uwielbiają.

Przy Atlantic City zatrzymam się na chwilkę, bo to moja ukochana piosenka Bossa ever. Mógłbym policzyć na palcach jednej ręki piosenki, które działają na mnie tak, jak ona. Mogę jej słuchać bez końca. Niesamowicie smutna piosenka i bardzo nietypowa, jak na Bruce’a, ale już o tym pisałem przy okazji Nebraski, z której pochodzi, choć może napiszę o tym jeszcze raz. Tu jest tylko On i gitara, nic więcej. I jeszcze ten pogłos, który po prostu niszczy. Absolut? Tak, z całą pewnością. I pomyśleć, że to miała być tylko wersja demo, bo Bruce początkowo chciał nagrać Nebraskę z E Street Band.

Teraz zatrzymujemy się na stacji Born In the U.S.A., czyli najbardziej znanym albumie Bossa. Był rok ’84, więc mamy lata osiemdziesiąte pełną gębą. Wielokrotnie już pisałem, co myślę o tamtych latach. Krótko mówiąc: ssą. Jednak Springsteen jest tu wyjątkiem. Jego muzyka z lat osiemdziesiątych, mimo że ma wszystkie wady tamtych lat, czyli plastikowe brzmienie, kiczowatość, przeładowanie syntezatorami, to jednak nadal ją kocham, bo to Bruce i muzyka mojego dzieciństwa.

Z tego albumu (który był pierwszym albumem wydanym na płytach CD wyprodukowanych w USA, a nie sprowadzanych z Japonii, taka mała ciekawostka) na Greatest Hits trafiły aż cztery piosenki, więcej niż z jakiegokolwiek innego albumu. Mamy Dancing In The Dark, utwór tytułowy, My Hometown i Glory Days, wszystkie bardzo bruce’owe i bardzo ejtisowe. I każda z nich była singlem. Każdy zna przynajmniej Born In the U.S.A., którą wielu Amerykanów uważa za pochwałę kraju gwiaździstego sztandaru, cóż, chyba za bardzo się nie wsłuchiwali w tekst, bo jest to piosenka o tym, że w Ameryce wcale nie jest tak fajnie, jak się ludziom wydaje.

Brilliant Disguise to ostatni przystanek w latach osiemdziesiątych. Już mniej plastikowy niż czwórka z Born In the U.S.A., ale nadal ejtisowy. W latach 90 wita Human Touch jedna z moich ulubionych ballad Bossa. Better Days – równie spokojne, choć z Bruce’em nie mruczącym tekst, a wydzierającym sobie struny. Wreszcie Streets of Philadelphia, oscarowa piosenka, mająca w sobie delikatny posmak poprzedniej dekady.

I w końcu to, co dla starych fanów Bossa jest najważniejsze, czyli cztery nowe piosenki. Dwie z nich, Murder Incorporated i This Hard Land Springsteen napisał w 1982 roku, pierwsza miała nawet trafić na Born In The U.S.A. Dwie to kompozycje całkowicie nowe. Secret Garden - leniwa ballada, typowa dla Bossa z lat 90. Podobna troszkę do Streets Philadelphia, ale jeszcze ładniejsza, z lekko jazzowym feelingiem. Blood Brothers to powrót do folku, ale w większym gronie, bo z E Street Band.

I to już koniec tej muzycznej wędrówki do moich korzeni. Od Born to Run do This Hard Land, zabrakło na tej kompilacji dwóch pierwszych płyt Bossa, ale nie czyni jej to niepełną, bo dla mnie jest to składanka doskonała.

dodaj komentuja | recenzje rock |

Reverox - The Unexpected

Wpis na 0. poziomie, wysłany 16 października 2008 o 18:28:52

rok wydania: 2008
gatunek: rock
wydawca: Revetunes

Od kilku lat, wzorem brytyjskich kolegów, różne polskie media praktycznie co roku ogłaszają kolejny zespół „nadzieją polskiego rocka”. Czasem nazywają tak zespoły absolutnie nie zasługujące na to miano (choćby Coma i Cool Kids Of Death), czasem nazwą tak dobry zespół, jak zeszłoroczną nadzieję, czyli Muchy. W tym roku pojawiają się nieśmiałe na razie głosy, że nadzieją jest Reverox. Czy słusznie?

Zanim odpowiem na to pytanie, zacznę od tego, z czego Reverox są znani zwykłemu zjadaczowi chleba. Z reklam Open’era, w których za podkład robiła ich piosenka, Fire In Your Ears (która znalazła się na tej płycie), a co jest najbardziej zabawne w tym, to, to, że Reverox nie zagrali na tym festiwalu. Teraz możemy przejść do meritum, czy spróbowania odpowiedzenia na postawione we wstępie pytanie.

Najpierw trzeba zdefiniować kryteria, które musi spełniać „nadzieja polskiego rocka”. Jeśli ma to być zespół, który nagrał płytę bez kompleksów, której nie musi się wstydzić, która wygrywa porównania z zachodnimi produkcjami, idącą z duchem czasu, ale niepodążającą ślepo za trendami, to Reverox jest nadzieją polskiego rocka i to jedną z najbardziej rokujących na przyszłość. Jeśli jednak szukamy bardziej zbawcy, zespołu, który wprowadzi nowe trendy, odmieni scenę rockową, to niestety, Reverox nie spełnia tych wymagań, to po prostu trochę inna muzyczna bajka.

Bajka z Wysp, bo Reverox wpisuje się w tamtą scenę. Jest tanecznie, z wyrazistym basem, ale z drugiej strony brak tego, co najbardziej razi u Brytyjczyków: powtarzalności, przewidywalności, nudy i indie smętów. Reverox to rokendrolowcy z krwi i kości, choć czasem, aż się prosi o mocniejsze uderzenie albo więcej przesteru.

Ogromną zaleta Reverox jest nieprzewidywalność: Bullshit zaczyna się prawie, jak Rage Against The Machine, by przejść przez etap delikatniejszy, a w zwrotce znów wrócić w rejony RATM (ale oczywiście lżejsze). YYY to odwrócenie tego, co działo się w Bullshit, czyli zaczynamy delikatną, skocznie przycinaną gitarką, by w zwrotce stać się prawdziwym kilerem.

Druga duża zaleta to wokalista. The Unexpected to jedna z niewielu polskich płyt, na których nie razi kanciasty angielski, teksty (bardzo proste) są pozbawione idiotycznych błędów językowych. Choć czasem zdarzy mu się coś dziwacznie wymówić, ale są to przede wszystkim zabiegi artystyczne (żeby się ładniej rymowało na przykład). Michał wymyśla też bardzo fajne, wpadające w ucho melodie.

Trzecia zaleta to produkcja. Wszystko brzmi bardzo selektywnie , nic się nie zlewa, słychać każdą nutę basu i można dzięki niej naprawdę docenić rolę obydwu gitarzystów. Bębny brzmią naprawdę solidnie, z głębokimi dołami, nie ma poczucia płaskości, jak to już nieraz bywało na innych płytach. Naprawdę, za produkcję należą im się brawa.

The Unexpected jest taka, na jaką wskazuje tytuł. Niespodziewanie dobra, zaskakująca kompozycyjnie, bo chłopaki czasem ukradną motorykę QOTSA, czasem jakiś patencik Franz Ferdinand. Niesamowicie energetyczna, lepiej posłuchać sobie She’s Gonna Kill You niż wypić małą czarną. Wreszcie słychać, że to zespól mający pomysł na siebie, już na debiucie charakterystyczny styl. Chłopaki, Zachód czeka na was.

Ocena: 9/10

dodaj komentuja | recenzje rock |

Kings Of Leon - Only By The Night

Wpis na 0. poziomie, wysłany 09 października 2008 o 22:31:21

rok wydania: 2008
gatunek: rock
wydawca: RCA Records

Kings of Leon do tej pory uważałem za jeden z wielu niemających dużo do zaoferowania zespołów, które wypłynęły na fali retro rocka. Żadna ich płyta nie zachwyciła mnie aż do teraz. Bo Kings of Leon zmienili się. Obcięli włosy i brody, zapomnieli o latach 60. i 70.

Jest za to duża dawka melancholii i smutku, jak choćby w przestrzennym, zamykającym płytę Cold Desert, w którym Caleb Followill rozlicza się ze swoją wiarą. Robi to tak, że normalnie ciarki przechodzą po plecach. I tu dość niespodziewanie pojawia się skojarzenie, którego w przypadku tego zespołu zupełnie się nie spodziewałem – The Twilight Singers. Może to ze mną jest coś nie tak, ale nie potrafię się pozbyć tego wrażenia. I jeszcze Caleb trochę jak Dulli śpiewa. Wybaczcie mi, wiem, że Dulli jest ostatnią osobą, która może pojawić się w recenzji Kings Of Leon, ale oni naprawdę się zmienili. Jeszcze, jakby tego było mało, Gregowy posmak pojawia się już na samym początku płyty, w Closer.

Followillowie zapomnieli o starych czasach, ale podstawą ich muzyki nadal pozostał blues. To bardzo amerykańska płyta, choć przenieśli się z Tennessee w stronę Nowego Jorku, czego dowodzi singlowe Sex On Fire, bardzo w stylu tych nowojorskich smutasów z Interpol, co niestety czyni ją najsłabszą na płycie piosenką. Wracając jednak do bluesa, najbardziej go słychać, we wspomnianym już przepięknie smutnym Closer i w wokalach każdej piosenki. Nawet w Crawl, które ze swoim sfuzzowanym basem przypomina Kasabian. Tych brytyjskich akcentów jest więcej, chociażby w Use Somebody.

To nie jest wesoła płyta. Caleb śpiewa o narkotykach, przypadkowym seksie, tym wszystkim, co kojarzy się z rokendrolowym życiem i żałuje, że to tak wyglądało. Wyglądało, bo chłopcy wydorośleli i nadszedł czas na rozliczanie się z przeszłością, z młodością chmurną i durną i z sobą samym.

To wyznanie gwiazd rocka, czasem zmęczonych sławą, mających wątpliwości, czasem chcących się mimo wszystko zabawić , zepsutych i zapijaczonych, ale przede wszystkim nareszcie wielkich. Do słuchania tylko nocą, bo o takich rzeczach nie śpiewa się za dnia.

Ocena: 9/10

5 komentujów | recenzje rock |

The Offspring - Rise And Fall, Rage And Grace

Wpis na 0. poziomie, wysłany 05 października 2008 o 20:55:09

rok wydania: 2008
gatunek: rock
wydawca: Columbia Records

Od razu przyznaję, że mam z tą płytą problem. Z jednej strony The Offspring to ciągle jeden z najważniejszych dla mnie zespołów, z drugiej od ich ostatniej płyty straciłem nadzieję, że nagrają coś na miarę Ignition czy chociażby Americany.

Rise and Fall, Rage and Grace wyszło w czerwcu i od tamtej pory miałem kilkanaście podejść do zrecenzowania tej płyty. Nie wychodziło mi to zbytnio, ale w końcu nadszedł czas na rozliczenia. Tak, jak rozliczyłem się z Echoes, Silence, Patience & Grace i Stadium Arcadium, musiałem to zrobić z nowym Offspringiem.

Początek nie zapowiada niczego złego, przeciwnie, zaczyna się bardzo dobrze. Half-Truism to stary dobry Offspring, gdzieś tak z okolic Conspiracy Of One, czyli momentu, gdy skręcali w stronę zwykłego rocka. Za to Trust In You to już prawdziwy powrót do przeszłości. Ignition się kłania. Po prostu miód na moje serce i uszy, aż się łezka w oku kręci. Tylko te klawisze w refrenie zostawiają niemiłe wrażenie i psują klimat.

Źle zaczyna się dziać już w You gonna go far, Kid. Początek, jak z jakiegoś koszmaru, zero pazura, słaba melodia. Przez chwilę się wydaje, że będą jakieś Conspiracy’owe klimaty, ale nie, to był tylko refren. Reszta to żenada, szczególnie pre-chorus. Ale nie to jest najgorsze.

Początek A Lot Like Me to wykapana ostatnia płyta Linkin Park. Za co? Na szczęście wcześniej jest dobry Hammerhead. Tylko dlatego nie umarłem na serce. Niby dalej w tym kawałku robi się offspringowo, ale ten początek to po prostu że-na-da. Wstydź się Dexter, to najgorsza rzecz, jaką napisałeś.

Take Me Nowhere też niestety nie zachwyca, a Kristy, Are You Doing Okay?… typowa amerykańska balladka, szybko wpada w ucho, jeszcze szybciej wypada. Do zapomnienia, tylko to nieznośnie skojarzenie z Green Day. Nothingtown to wolniejsze Want You Bad. Pięknie, autoplagiat. W tytułowym utworze rżną z American Idiot, no super… Pozostałe piosenki też nie są jakieś super.

Mimo tych narzekań Rise and Fall, Rage and Grace jest lepsza od Splinter, po prostu w końcu zdecydowali się pójść w kierunku, który zaczynali obierać na Conspiracy of One. Nie wiem, czy chcę za nimi podążyć, choć pewnie i tak na ich następną płytę będę czekał z wypiekami na twarzy.

Ocena: 5/10

dodaj komentuja | recenzje rock |

Mark Lanegan Band - Bubblegum

Wpis na 0. poziomie, wysłany 02 października 2008 o 00:25:34

rok wydania: 2004
gatunek: rock, blues
wydawca: Beggars Banquet Records

Choć minęły już cztery lata od wydania przez Marka Lanegana ostatniej solowej płyty, to ostatnio tak się rozpanoszył, że wypada ją przypomnieć. Tym bardziej, że jest bardzo dobra.

Zaczynamy od grobowej ballady When Your Number Isn’t Up, jednocześnie typowej i nietypowej dla Marka. Typowej, bo konstrukcja taka sama, jak wcześniej, podobny klimat, nietypowej, bo brzmienie ma zupełnie inne, dalekie od tego, co robił na swoich płytach. Jest brudno, brudniej niż na jego pierwszej solowej płycie, którą nagrał w złotych czasach grunge’u. To nietypowe, elektryczne brzmienie jest charakterystyczne dla całej tej płyty.

W singlowym Hit the City pojawia się pierwszy gość czyli Polly Jean Harvey, tworząca idealny duet z Laneganem. Mogłaby nagrać z nim coś więcej niż dwie piosenki na tej płycie. Płytę na przykład, coś w rodzaju jego współpracy z Isobel Campbell, ale wróćmy do piosenki. Jest niesamowicie przebojowa. Prosta, ale hipnotyzująca. Prowadzi ją świetny basowy riff.

W następnym kawałku tez pojawia się gość płci pięknej, Wendy Rae Fowler, była żona Marka. Gości na tej płycie Mark ma znamienitych: Dulli, Homme, Oliveri, Goss, McKagan, Stradlin. Wszyscy wnieśli swój osobisty wkład, ale całość jest utrzymana w knajpianym, bluesowo-rockowym Laneganowym stylu.

Metamphetmine Blues zabija. Niszczy każdą komórkę ciała. Wciąga zupełnie jak narkotyk. Można jej słuchać cały czas. Równie dobrze mogłaby się znaleźć na płycie QOTSA, nie tylko dlatego, że grają w niej Homme i Oliveri. To także jeden z kilku wyjątków, bo Bubblegum to przede wszystkim spokojne, klimatyczne piosenki, które snują się dostojnie.

Strange Religion to personalnie najciekawsze połączenie na płycie. Lanegan, Duff McKagan i Izzy Stradlin. Grunge kontra hair metal. Jaki tego wynik? Poniżej oczekiwań, to po prostu dobra ballada, bez rewelacji.

Jesteśmy już w połowie, czas więc na odrobinę ożywienia. Sideways In Reverse może nie jest tak mocna jak Methamphetamine Blues, ale to nadal kawałek niezłego rokendrola. Szybciej robi się też w Driving Death Valley Blues, prawdziwej jeździe bez trzymanki i Head, którego początek nieznośnie przypomina Scorpio Rising Death In Vegas.

Little Willie John to już klimaty mojej ukochanej płyty Marka, I’ll Take Care Of You. Come to me z Polly Harvey też, a Morning Glory Wine i kończący płytę naprawdę piękny i smutny utwór, Out of Nowhere przywodzą na myśl Whiskey for the Holy Ghost.

Udała się Markowi ta płyta. Zadowoli fanów Screaming Trees, Queens of the Stone Age, jak i tego, co robi Mark solo. Pozycja obowiązkowa.

Ocena: 9/10

6 komentujów | blues recenzje rock |

Silver Rocket - Tesla

Wpis na 0. poziomie, wysłany 23 września 2008 o 21:15:00

rok wydania: 2008
gatunek: pop, rock
wydawca: Revolution 9

Nikola Tesla od swojej śmierci w 1943 jest otoczony nimbem tajemniczości. Zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach, jego mieszkanie przetrząsnęli agenci FBI, wynosząc z niego podobno 80 skrzyń różnych planów. Pod koniec życia Tesla głosił, że odkrył darmową energię, o jego wynalazkach krążą legendy. Nic dziwnego, że inspiruje również muzyków. Był już zespół Tesla, wielu artystów odnosiło się do niego do niego w swojej twórczości, a teraz do tego grona dołączyli Polacy z Silver Rocket z koncept albumem o tym geniuszu.

Koncept album. Co przychodzi wam na myśl, gdy słyszycie te słowa? Mnie nic dobrego: stare dziadki, kwiczący Cedric. No dobra, przesadzam trochę, by uwypuklić różnicę między, a niech będzie, TMV, a Silver Rocket. Tesla to koncept przystępny, momentami nawet popowy.

Weźmy na przykład Niagara Falls. Ładna melodia, krystaliczna produkcja. Miodzio. Kto śpiewa? Monika Brodka. I co? Żadnego obciachu, żadnego banału. Można robić taki pop w Polsce? Można, trzeba tylko chcieć. I to wcale nie znaczy, że są skazani na komercyjną porażkę, bo już ten singiel atakuje stacje radiowe.

Drugi taki przykład to If duet Tomka Makowieckiego z Marsiją. Uroczy, łatwy do zapamiętania refren, ale bez popadania w prostactwo. Żadnego chrząkania, nygerzenia, rapowania, jakbym przeniósł się w lata 90., gdy najważniejsza była melodia, aż się łezka w oku kręci.

Pozostałe piosenki nie są już takimi potencjalnymi hitami. New Yorker zaczyna się hipnotyzującym śpiewem Marsiji , a potem przechodzi w coś w rodzaju instrumentalnego jamu. Trochę psychodelicznie to brzmi, ale czego można się spodziewać po utworze o szaleństwie. Psychodelizujący jest też Vivekananda z sitarem w tle. A płytę kończy cover Space Oddity Davida Bowie.

Mariuszowi Szypurze, liderowi tego przedsięwzięcia udało się ożenić ideę koncept albumu z ambitnym popem. Świetna płyta, przyjemna w odbiorze nawet dla bardziej wymagającego słuchacz, choć nie wolno się po niej spodziewać przewrotu kopernikańskiego w muzyce. Polska płyta roku? Pewnie tak

Ocena: 9/10

1 komentuj | pop recenzje rock |

Trés.b - Scylla and Charybdis

Wpis na 0. poziomie, wysłany 18 września 2008 o 10:54:29

rok wydania: 2007
gatunek: rock, pop
wydawca: ISAM Records

Poznali się w liceum artystycznym w Danii. Ona, Misia, Polka, oni zewsząd. Oliver, pół-Holender, pół- Amerykanin. Tom, pół-Anglik, pół-Duńczyk. Potem dołączył Alex, pół-Holender, pół-Hiszpan. Mieszanka iście wybuchowa. A jak jeszcze dodam, że zaczynali od coveru Who the Fuck Polly Harvey, to robi się jeszcze bardziej interesująco.

Zaczyna się dość typowym intrem, czyli najpierw jest cicho i spokojnie, a potem głośniej. Głos Misi kojarzy się w tym momencie z siostrami Casady. Sam początek recenzji to dobre miejsce, by napisać coś więcej o Misi właśnie. A raczej jej iście kameleonowych zdolnościach. Czasem przypomina Polly, czasem wspomniane już panny Casady, czasem Joan Wasser, czasem nawet Bjork. Ciągle zaskakuje, raz śpiewa wysoko, raz nisko. I to w ciągu kilkunastu sekund. A jej barwa jest doprawdy przepiękna. Coś idealnego dla wielbicieli kobiecych wokali.

Muzycznie Trés.b mieszczą się w podobnych ramach, czyli szeroko pojętej alternatywy. Mają w sobie coś brytyjskiego, a jednocześnie czasem słyszę echa Myslovitz. Mają w sobie również amerykańskiego, czego najlepszym przykładem jest Ola, czy majstersztyk melancholii Flooding Empty Holes, który zaczyna się jak jakaś piosenka Joan as Police Woman, a potem przechodzi w rejony okołomysłowickie. Man Inside the Wolf to już bliższa strona Atlantyku. Tak biegają z jednej strony na drugą, bardzo miło się słucha tych ich podróży.

Całość ma bardzo miękki brzmienie, złagodzone, ale nie stępione. Kiedy trzeba pojawia się pazur, no może bardziej pazurek, bo Scylla And Charybdis to płyta spokojna, leniwa nawet, ale nie jednowymiarowa. Zaskakująco dużo dzieje się w tle, jakieś pogłosy, hałasy, delikatne eksperymenty. Album ma pogłos, jakby był nagrywany w ogromnym pomieszczeniu, ale na szczęście brzmienie jest selektywne i wyraźne.

Z tego leniwego, przyjemnego odrętwienia wyrywa słuchacza Raisin, dość mocny kawałek i dowód na to, że zaczynanie od Polly Harvey to nie był przypadek. Dobrze, że robi się taką muzykę, melodyjną, przyjemną, niby zwyczajną, ale wciągającą i nienudzącą się.

Ocena: 7/10

dodaj komentuja | pop recenzje rock |

The Gutter Twins - Adorata

Wpis na 0. poziomie, wysłany 13 września 2008 o 10:26:46

rok wydania: 2008
gatunek: rock
wydawca: iTunes/SubPop

Minęło raptem pół roku od wydania Saturnaliów, a już the Gutter Twins uraczyli nas EPką, co prawda z odrzutami z poprzedniej sesji, ale i rarytasami, czyli sytuacja podobna do tej z 2006, gdy The Twilight Singers najpierw wydali Powder Burns, a po nim A Stitch In Time. I tak, jak w tamtym przypadku, teraz też jest to swoiste uzupełnienie albumu.

Żeby było śmieszniej, Belles, cover Vetiver brzmi jak dokończenie The Lure Would Prove Too Much, które kończyło A Stitch In Time. To samo rozmyte, Twilightowe brzmienie, tylko Dulli na wokalu. Śliczny cover, ale nie odeszli daleko od oryginału.

Twilightowy jest też następny cover, Down The Line Jose Gonzaleza, który można było usłyszeć w Proximie. Rola Lanegana ogranicza się tylko do robienia chórków w refrenie. Tylko i aż, bo nadaje to piosence pewnego niepokoju i tajemniczości.

Trzeci cover, Deep Hit Of Morning Sun Primal Scream przynosi pewne zaskoczenie. Nie dość, że zmieniony na bardziej rockową modłę, to jeszcze Lanegan (bo tym razem jego jest więcej) w wyższych partiach przypomina… Chrisa Cornella z czasów świetności. Stara szkoła grunge’u się kłania.

Flow Like A River z repertuaru Eleven (nagrany w hołdzie dla zmarłej niedawno Natashy Shneider) to już całkowity powrót czasów flaneli. I Dulli, i Lanegan, który tym razem przypomina zmarłego Layne’a Staleya (szczególnie, gdy robi Yeah) i Chrisa Cornella, przypominają, że kiedyś byli grunge’owcami. Jest moc i brud, a raczej brud i moc. I ten niepowtarzalny klimat tamtych czasów . Jeden z najjaśniejszych punktów płyty.

W St. James Infirmary pojawia się pewien zgrzyt. Dość poważny. Bluesior to stary i klasyczny, i ciężki. Ta wersja mogłaby się znaleźć na I’ll Take Care Of You Marka, ale… no właśnie jest „ale”. Chłopcy wpadli na przegenialny pomysł śpiewania na przemian. Na Saturnaliach wychodziło to bardzo dobrze, na Flow Like A River też. A tu nie. Głos Dulliego ni w ząb nie pasuje do tej piosenki, za wysoki, za jasny ma głos i koniec. To powinien zaśpiewać tylko Lanegan. W Duchess Scotta Walkera znów króluje Lanegan , a piosenka mogłaby się spokojnie znaleźć na Dust Screaming Trees i nikt by nie wpadł na to, że to nie ich piosenka.

I skończyły się covery, przechodzimy do dania głównego, czyli dwóch odrzutów.

Spanish Doors jest już znane, pojawiło się na ich myspace’owej stronie. Typowa Guttersowa piosenka, jeśli można już wyodrębnić ich styl. Bardzo dobra, ale brak jej „tego” czegoś, więc nie znalazła się na płycie. Zupełnie inaczej rzecz dzieje się z We Have Met Before. Mroczna,smutna, laneganowa, z nieziemską, ale banalną zagrywką na banjo. Też typowa dla nich piosenka. I ma „to” coś. Powinna się znaleźć na płycie. Tylko gdzie? Pewnie zamiast Front Street, też by świetnie kończyła tę płytę, ale jestem w stanie zrozumieć ich decyzję. Dobrze, że chociaż nie chowali jej w szufladzie.

Co tu dużo gadać, chłopaki znowu nie zawiedli, jak zwykle. Czekam na więcej, też jak zwykle.

Ocena: 9/10

2 komentuje | recenzje rock |

Rachael - I Bet You Like Drugs Instead of Sex

Wpis na 0. poziomie, wysłany 05 września 2008 o 19:45:10

rok wydania: 2008
gatunek: rock
wydawca: Rachael

Warszawiaki z Rachael grają razem niecały rok, a już mają no koncie pierwszą EPkę, wydaną własnym sumptem, a jakże.

Już tytuł I Bet You Like Drugs Instead Of Sex zapowiada zawartość. Rock psychodeliczny raczej nie, bardziej indie granie z elementami psychodelii. Coś pomiędzy Black Rebel Motorcycle Club a dwiema ostatnimi płytami Queens of the Stone Age. Czyli to, co tygrysy lubią bardzo, jeśli nie najbardziej.

Najbardziej grzeje Juditha z obłędnym wokalem Olgi. O właśnie, niewątpliwą zaletą Rachael jes dwójka wokalistów Mike i Olga. Patent podobny na przykład do The Subways (spodziewajcie się, że do końca roku będą się pojawiać w prawie każdym tekście) i podobnie wykorzystany. Do złagodzenia chropowatego wokalu Mike’a, choć akurat tej piosence głos Olgi nadaje ostrości.

Świetny jest też Going Up In Smoke ujarana zielskiem pseudoballada. Ze świetną, trochę Joshową gitarą. Przypomina też spokojniejsze momenty BRMC, czyli w niej najbardziej słychać czemu Rachael mieści się tam właśnie.

V-66­ zaczyna się riffem bardzo, ale to bardzo przypominającym Smells Like Teen Spirit, wiadomo czyje. Na szczęście idzie w zupełną, bardziej pokręconą stronę. Na koniec zostawili All You Need Is Lead, trochę cygańskie, trochę hamerykańskie z solówką w stylu Neila Younga, gdzieś w środku psychodelicznie rozjeżdżające się. No nie mogli wybrać lepszego zakończenia płyty.

I Bet You Like Instead Of Sex najlepiej słuchać idąc w nocy ulicami wielkiego miasta, jak Nowy Jork, albo bardziej lokalnie, Warszawa. Wiecie, klimat podobny do Stories from the City, Stories from the Sea Polly Harvey.

Gdyby byli z Nowego Jorku albo z Londynu już mieliby kontrakt w kieszeni, a tak muszą gnić w podziemiu, przykre.

Ocena: 8/10

4 komentuje | recenzje rock |

The Subways - All Or Nothing

Wpis na 0. poziomie, wysłany 26 sierpnia 2008 o 11:57:52

rok wydania: 2008
wydawca: Warner Bros. Records
gatunek: rock

Jesteś zmęczony dzisiejszą sceną muzyczną Wielkiej Brytanii? Nie podniecają cię Arctic Monkeys, nie znosisz Bloc Party, dance punk uważasz za najgorsze, co przytrafiło się muzyce od lat 80., wolisz skakanie od kręcenia tyłkiem, tęsknisz za prawdziwymi rokendrolowcami? Mam dla ciebie idealny zespół. The Subways.

Zaczyna się dość niewinnie, ładnym motywem gitary, nie dajcie się jednak zwieść temu, bo już po kilku sekundach dostajemy kopa w twarz, czyli metalowy wręcz riff. Moc, proszę państwa. I ten świetny patent wokalny, najpierw on, potem zaraz ona, a w refrenie razem. Nigdy nie grali tak agresywnie, indie granie zostawili daleko za sobą, przenieśli się w bardziej rokendrolowe momenty. Gdzieś tak w okolice Foo Fighters (ale przed nagraniem ostatniej płyty). Posłuchajcie dokładnie początku Kalifornia. Potem robi się delikatniej, ale główny riff mógłby znaleźć się na In Your Honor, tylko wokale za mało krzykliwe, przystępniejsze takie, co jednak nie znaczy, że Billy nie potrafi się wydrzeć. Potrafi i to całkiem nieźle, co udowodnił w I Won’t Let You Down, krzyczy tam, jakby był jakimś screamowcem.

Kolejny mocny kop w szczękę to Shake! Shake! z obłędnym refrenem i krzykiem a la Dave Grohl. Dobrze im zrobiła trasa z Foo Fighters, nie ma co. Tym bardziej, że sami przyznają, że przede wszystkim piszą w trasie. Turnaround to powtórka z Oh Yeah, tylko dwa razy bardziej i dwa razy bardziej punkowo i fufajtersowo. Żywa moc.

Nie zapomnieli o swoich indie korzeniach, Move to Newlyn mogłoby spokojnie znaleźć się na debiucie, taka typowa brytyjska piosenka. Następne All Or Nothing też. Ten pierwszy spełnia rolę spowalniacza po pierwszych czterech killerach. Tytułowy kawałek ma przygotować nas na powrót mocy w I Won’t Let You Down i przede wszystkim w Obsession, kawałku, który Billy napisał razem z Charlotte jako terapię po rozpadzie ich związku. Sam Billy przyznawał w wywiadach, że gdyby nie to wydarzenie, ta płyta nie byłaby tak agresywna. Cóż, nie to, żebym mu źle w życiu osobistym, ale jeśli ma pisać takie piosenki…

Za konsoletą All Or Nothing usiadł Butch Vig, twórca sukcesów Nevermind Nirvany, Siamese Dream Smashing Pumpkins, o Garbage nie wspominając. Czyli jakość sama w sobie. Vig poprawił brzmienie, wykrystalizował je i wyostrzył tak, że tymi dźwiękami można ciąć drewno. Sam sprawdzałem. Butch miał też wpływ na stworzenie Strawberry Blonde, które miało być przerywnikiem, ale tak spodobało się producentowi, że kazał napisać resztę piosenki. Co z tego wyszło? Prześliczna ballada, wyznanie miłości Billy'ego do obecnej dziewczyny. A na koniec zostawili Lostboys, przyjemnie kołyszące do snu.

Trzeba im przyznać, że wybrali idealny tytuł. Poszli na całość, żadnych kompromisów. Zdobyli wszystko, nic nie zostawiając konkurencji. Billy, Charlotte, Josh, witamy w rokendrolowej ekstraklasie. I w dziesiątce najlepszych płyt tego roku.

Ocena: 9/10

6 komentujów | recenzje rock |

Angelfish - Angelfish

Wpis na 0. poziomie, wysłany 05 sierpnia 2008 o 22:28:14

rok wydania: 1994
gatunek: rock, pop
wydawca: Radioactive records

Angelfish zostanie zapamiętany przede wszystkim (jeśli nie tylko) jako zespół, w którym śpiewała Shirley Manson, zanim przeszła do Garbage. Całkiem niesłusznie, czego dowodzi ich jedyna płyta.

Oczywiście pierwsze skojarzenia i porównania muszą prowadzić do Garbage. Ta sama frontmenka, głos ten sam. Czyli oczywistości. Ale nie tylko osoba Shirley Manson łączy te dwa zespoły. Większość piosenek z tej płyty, wyprodukowanej przez członków The Talking Heads, mogłaby się znaleźć na debiucie Garbage. Taki King of the World na przykład. Podobne w brzmieniu i rytmie do Only Happy When it Rains. Albo końcowe The End, ballada, która po drobnych brzmieniowych zabiegach mogłaby się kończyć każdy album Garbage. Takich podobieństw jest jeszcze więcej.

Otwierający Dogs In a Cage zaczyna się świetnymi bębnami. Brzmienie perkusji, pełne, solidne, dudniące to, to, co tygrysy lubią najbardziej. Na szczęście bębny brzmią tak na całej płycie, ale wróćmy do otwieracza, który wciąga i zapowiada świetną płytę: mroczną, ale jednocześnie bardzo melodyjną, czerpiącą trochę z The Cure, trochę z rocka gotyckiego i bardzo brytyjską.

To łączenie melodii i drapieżnych gitar pojawi się też na Garbage. Wygląda na to, że Shirley miała duży wpływ na zespół już od samego początki. Mocna musi być z niej babka, skoro zdominowała trzech facetów.

Suffocate Me to mroczniejsza i mocniejsza strona płyty. Mniej tu melodii, a więcej zgiełku i klimatu. Podobnie rzecz ma się z Mummy Can’t Drive. Zupełnym przeciwieństwem tych piosenek jest You Can Love Her, cover Holly Vincent, piosenka weselsza i melodyjna.

Najmocniejszym punktem w zestawie jest King of the World murowany kandydat do podboju stacji radiowych. Oczywiście w 1994 roku, bo tak się dziś nie gra. Z tego wniosek taki, że Angelfish się zestarzało. To prawda, ale nadal jest to świetna płyta.

Można by rozpaczać, że się rozpadli, ale byłoby to bardzo krótkowzroczne, bo przecież Garbage to naprawdę niesamowicie dobry zespół.

Ocena: 9/10

2 komentuje | pop recenzje rock |

Joan as Police Woman - To Survive

Wpis na 0. poziomie, wysłany 09 lipca 2008 o 16:43:36

rok wydania: 2008
gatunek: jazz, blues, rock
wydawca: Reveal Records (UK) / Cheap Lullaby Records (US)

Gdzieś kiedyś przeczytałem, że Joan Wasser ma przyjechać do Polski ze swoim projektem Joan as Police Woman. Nie wiedziałem wtedy, kto zacz, więc ta informacja nie zagościła na długo w mojej głowie. Dopiero po jakimś czasie zabrałem się za jej płyty. Pech chciał, że dopiero dzień po jej warszawskim koncercie.

Joan Wasser ma znanych kolegów. Na debiucie pomógł jej Antony Hegarty, tutaj Rufus Wainwright, a ona sama nagrywała z Lou Reedem. I jeszcze jest z Nowego Jorku, a niektórzy chcą ją porównywać do CocoRosie. Mając to na uwadze można by się spodziewać po jej płycie unurzanej w folku, bezwstydnie snobistycznej alternatywy dla nowojorskiej bohemy. Nie napiszę, że to nic bardziej mylnego, bo w tym stwierdzeniu jest sporo prawdy. Ale jest jedno, co się nie zgadza. To folk, a raczej jego brak. Joan zamiast tegoi oferuje bluesowo-jazzową mieszankę z jakiejś niewielkiej nowojorskiej knajpki. Do tego dorzuca soul i malutką szczyptę funku.

Nie spodziewajcie się więc muzyki, która was poderwie z fotela, raczej zatopicie się zamyśleni w nim. Jeden z niewielu momentów ożywienia to Furious. W porównaniu z debiutem jest tu dużo spokojniej.

Ta płyta to przede wszystkim melancholia i zaduma, czasem podszyta smutkiem, jak w To Be Lonely, czasem troską, jak w To America, a czasem po prostu zakochana, jak w To Be Loved. Mogą pojawić się skojarzenia z Norą Jones, jednak Joan ma czarniejszy głos, a jej muzyka jest mniej uładzona. Jest tu surowość, ale zupełnie inna niż ta, do której się przyzwyczaiłem. Na tej płycie to wrażenie jest zbudowane nie na brzmieniu gitar, których tu na lekarstwo, lecz na skromności użytych środków. Dominuje fortepian i sekcja smyczkowa, przez co wszystko brzmi, jak nagrywane na żywo we wspomnianym wyżej barze. Z powodu tej dominacji mogą przyjść na myśl również The Dresden Dolls, ale to zupełnie inna, dużo poważniejsza konwencja.

Coś, co może zaskakiwać, to brak melodii, które wchodzą do głowy od razu. Może jest tak w przypadku Holiday, ale to naprawdę wyjątek. W resztę trzeba się wsłuchać, a gdy już to zrobimy, te piosenki, odpłacą nam z nawiązką.

Niestety, mam straszliwego pecha, bo grała dosłownie pod moim nosem, a mnie tam nie było. Pech straszliwy, bo wokalistką jest charyzmatyczną, hipnotyzującą i po prostu świetną. Pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że to nie był jej jedyny koncert w Warszawie.

Ocena: 8/10

1 komentuj | blues jazz recenzje rock |

The Black Angels - Directions to See a Ghost

Wpis na 0. poziomie, wysłany 20 czerwca 2008 o 20:35:23

rok wydania: 2008
gatunek: rock
wydawca: Light In The Attic Recods

Podczas, gdy szczytem lansu jest zachwycanie się latami 80., kiczem, słuchanie new romantic, Prince’a i innych wynalazków, które lepiej wymazać z historii ludzkości, a indie-zespoły, żeby zostać zauważonymi przez media muszą przyznawać się do fascynacji tamtą nieszczęsną dekadą, The Black Angels konsekwentnie idą własną drogą.

Ta droga nazywa się lata 60., a konkretniej The Velvet Underground, choć znajdzie się na niej i miejsce na The Doors. Mamy więc mniej więcej zarysowany obraz całości. Będą średnie, majestatyczne, marszowe tempa, monotonia, różne hałasy, dziwaczne dźwięki. Jednym słowem psychodela. Co bystrzejsi doszli do tego wniosku patrząc tylko na okładkę. Drugie słowo-klucz to trans, spotęgowany plemiennymi zaśpiewami, brzmieniem, soczyście dźwięczącymi bębnami.

Płyta wchodzi do głowy bardzo łatwo i na długo tam zostaje właśnie dzięki tej dawce psychodelii, która przenosi nas w różne miejsca i czasy. Również dzięki przewrotnej przebojowości, jak w 18 years ze świetnymi klawiszami.

Zaskakujące jest to, ze czasem słychać podobieństwa do Skalarów, mieczyków, neonków Myslovitz. Pewnie to wynik wspólnych inspiracji, bo przecież wydaje się niemożliwe, by Teksańczycy słyszeli ich płytę.

Directions to see a ghost ma jedną wadę. Dla jednych dość poważną, dla innych pewnie nie tak bardzo. Brzmi jak ich debiut Passover. Wszystko, piosenki, brzmienie, instrumenty. Gdyby puścić komuś, kto nie zna zbyt dobrze ich twórczości, po sobie np. Vikings i Manipulation, to na milion procent pomyślałby, że to z jednego albumu są piosenki.

Mnie to jakoś bardzo nie przeszkadza, choć uważam, że zespoły powinny się rozwijać, kombinować z brzmieniem. Może druga płyta to za wcześnie na takie eksperymenty, a i tak minus jeden punkcik.

Ocena: 7/10

12 komentujów | psychodelia recenzje rock |

Eric Avery - Help Wanted

Wpis na 0. poziomie, wysłany 12 czerwca 2008 o 00:11:42

rok wydania: 2008
gatunek: rock, alternative
wydawca: Dangerbird Records

Eric Avery najbardziej znany jest z bycia basistą pierwszego składu Jane’s Addiction. Potem, grał z Dave’em Navarro i Stephenem Perkinsem, jeszcze później założył Polar Bear, a całkiem niedawno wspomagał Garbage na koncertach. A teraz nagrał solową płytę, jako trzeci z kolei członek Jane.

Fani Jane’s Addiction, nie spodziewajcie się, że dostaniecie płytę choć trochę podobną do dokonań tego niesamowitego kwartetu. W przypadku tego zespołu to chyba jakaś reguła, bo solowy Navarro, a tym bardziej solowy Farrell nie grali w stylu choć trochę zbliżonym do pokręconego rocka Jane. Avery poszedł za ich przykładem i na jego płycie tez nie słychać, że kiedykolwiek miał jakiś związek z tą legendą rocka.

Eric do współpracy zaprosił znamienitych gości. W kilku piosenkach na perkusji udziela się Taylor Hawkins, w Maybe śpiewa Shirley Manson. Zabawne, bo ta piosenka brzmi, jak Garbage własnie. Nie tylko z powody Szkotki. Jednak najciekawszymi gośćmi są następcy Erica w Jane, czyli Chris Chaney i Flea. Pierwszy robi, to, co w Jane, a drugi pocina na trąbce.

Wspomniałem wyżej o Garbage. Chyba pobyt z nimi miał znaczny wpływ na Avery’ego. Miesza bowiem elektroniczne szumy z rockowym brzmieniem , ale nie robi z tego imprezki, a zanurza się w otchłani melancholii raczej. I tu pojawia się skojarzenie dość głupie, ale natrętne. Joy Division. Wiem, nie znam się, ale wokal Erica przypomina mi Curtis. Tylko tyle.

Na uwagę zasługuje Remote and No Control. Żywszy niż pozostała część płyty, utrzymana w średnich tempach. I ta świetna gitara w zwrotkach – po prostu miodzio. A, początek tej piosenki to jedyny moment na płycie, w którym Avery zbliża się troszeczkę do Jane.

W Unexploded śpiewa: I don’t want to be a museum. Cóż, na pewno się w nim nie znajdzie, bo mimo że Help Unwanted słucha się dobrze, to dziełem wybitnym ona nie jest.

 

Ocena: 7/10

dodaj komentuja | recenzje rock |

Red Hot Chili Peppers - Californication

Wpis na 0. poziomie, wysłany 08 czerwca 2008 o 03:55:52

rok wydania: 1999
gatunek: rock
wydawca: Warner Records

Wpis numerek 100, więc recenzja będzie specjalna. Oto bowiem jedna z tych najważniejszych płyt w moim życiu. Może i najważniejsza, bo od niej wszystko się zaczęło. Nietypowa to będzie recenzja, bo więcej będzie w niej o recenzencie niż o płycie, ale taka jest natura wpisów jubileuszowych.

Jak zawsze w przypadku moich przedinternetowych odkryć, kluczową rolę odegrała MTV2, która wtedy była moim najważniejszym źródłem informacji o muzyce. Było to tak: siedzę w domu i oglądam telewizję, lecą jakieś klipy i nagle buch! właśnie obejrzałem klip do Californication, moje życie wskoczyło na nowe tory. Co prawda wcześniej była Americana the Offspring, ale była to jedynie krótkotrwała fascynacja, a RHCP owładnęli mną na kilka lat (na dobrą sprawę do wydania Stadium Arcadium). Najpierw ściągnąłem od znajomego rodziców What’s Hits?!. Komentarz niepotrzebny. Dopiero potem pożyczyłem od kumpla Californication… ze stadionu. A na gwiazdkę dostałem własną kopię, która przeszła tyle przez te osiem lat, że nie nadaje się do odtwarzania i muszę kupić sobie nową.

No i teraz, po tym długim wstępie, nie mam pojęcia, co napisać. Że nie ma słabych momentów, że produkcja jest bezbłędna, że wszystko brzmi dokładnie tak, jak powinno, że single wybrali świetne, że tu odwrócili się od rapowania na dobre, że teledysk do Californication do dziś robi wrażenie. To wszystko prawda, ale wydaje mi się to oklepane i dość miałkie.

Takie ważne płyty recenzuj się najtrudniej, bo czego by się nie napisało, to i tak będzie wydawać się marne i miałkie właśnie. Przecież słowami nie da się opisać tych dźwięków, tylko je przybliżyć, sparafrazować. A nie od dziś wiadomo, że parafraza zawodzi. Nie tylko w przypadku poezji.

Najbardziej, najbardziej kocham This Velvet Glove. Do tego stopnia, że na koncercie w Chorzowie spłakałem się jak dziecko, gdy grali tę piosenkę. To piosenka idealna, ale inne tak bardzo nie odstają. Na tamtym koncercie popłakałem się jeszcze raz. Podczas Emit Remmus. Moje dwie ukochane piosenki, jedna po drugiej, a myślałem, że nigdy ich nie usłyszę na żywo.

Właśnie zepsułem koncept. Miało to wyglądać jak jakaś recenzja Ágætis byrjun albo jakiegoś innego „natchnionego” dzieła. Czyli żadnych tytułów, jak najmniej konkretów, tylko opisy uczuć recenzenta. Trudno, ale o tych uczuciach to coś napiszę, by koncept nie legł doszczętnie w gruzach.

Ta płyta to przede wszytki wspomnienie i nostalgia za latem 2000., gdy byliśmy młodzi, niewinni i piękni. W końcu to było między 5. a 6. klasą. Życie było wtedy prostsze.

Zawsze mnie takie osobiste recenzje natchnionych płyt bawiły, ale raz na jakiś czas można taką napisać, bo łatwiej się je pisze, niż takie normalne. Następna taka będzie, ale nie wcześniej niż za kolejne sto postów.

Oceny nie będzie. I tak wiadomo, jaka by była.

5 komentujów | recenzje rock |

Tim Vanhamel - Welcome to the Blue House

Wpis na 0. poziomie, wysłany 08 czerwca 2008 o 02:13:05

rok wydania: 2008
gatunek: pop rock
wydawca: Loud Tongues

Nie ukrywam, że, choć Millionaire bardzo lubię, to o tym, że ich lider wydaje solową płytę, dowiedziałem się kilka dni przed jej premierą. Zaskoczony, ale i pełen nadziei, sięgnąłem po nią.

Pierwsze spotkanie z Welcome to the Blue House było bolesne. Bardzo bolesne. Zupełnie nie tego oczekiwałem. Millionaire to był ogień, rzężące gitary, połamany rytm, przesterowany, krzykliwy wokal, naturalnym było więc, że chciałem, by solowy Vanhamel był utrzymany w podobnej stylistyce. Zamiast tego otrzymałem… zwykły pop rock. Zniechęcony tym, że Tim tak zmiękł, rzuciłem płytę w kąt i zapomniałem o niej.

Przypomniałem sobie o niej dopiero kilka dni temu. Tak jakoś mnie wzięło, by może dać jej drugą szansę. O dziwo, tym razem zaskoczyło bez problemu, chyba już dotarło do mnie, że to zupełnie inne granie niż w Millionaire.

Jak już napisałem, jest to pop rock. Wokal Tim ma wysoki, czasem kobiecy, a czasem przypomina Jacka White’a czy Thoma Yorke’a. Możemy zapomnieć o zadziorności, choć zdarzają szybkie i dynamiczne momenty, jak w Sometimes I Wanna Run. Zaskakuje też powszechne użycie smyczków, które dają tej płycie posmaku muzyki lat 60.

Wydawać by się mogło, że to taka zwykła płyta, lecz przy dokładniejszym słuchaniu ujawni swoje walory. W warstwie instrumentalne dzieje się sporo. A tu te smyczki w tle, a tam klawisze, choć przeważnie jest dość oszczędnie, a brzmienie jest tak ładnie rozmyte. Nie jest tak gęsto, jak na płytach Millionaire, ale przecież ten album to zupełnie inny ciężar gatunkowy.

Jednego Vanhamelowi nie można odmówić. Melodie robi takie, że te popowe gwiazdki i ich producenci powinni zzielenieć z zazdrości. Żadna melodia nie jest banalna, mimo że większość jest urocza (tak, urocza) i świetnie zapada w pamięć. Nienachalna przebojowość, czyli moje ulubione określenie, się kłania.

Całość ma melancholijny klimat, który kojarzy mi się z latami 60. i Paryżem tuż przed marcem ’68. Niby wszystko w porządku, ale to tylko cisza przed burzą, od czasu do czasu słychać jakieś jej pomruki z oddali.

Ciężko mi ocenić tę płytę, pamiętając o pierwszym wrażeniu. Z jednej strony to bardzo fajna pop rockowa płyta, z drugiej, niektóre piosenki brzmią, jak łagodniejszy i mniej skomplikowany Millionaire. Niemniej bardzo przyjemna to płyta i jako taką ją traktuję

Ocena: 6/10

dodaj komentuja | pop recenzje rock |

Brant Bjork - Punk Rock Guilt

Wpis na 0. poziomie, wysłany 09 maja 2008 o 10:44:11

rok wydania: 2008
gatunek: desert rock
wydawca: Low Desert Punk

Na okładce jest tylko on. Stoi i patrzy zza ciemnych okularów. Wygląda, jakby rzucał komuś wyzwanie. Pytanie, komu? Odpowiedź na nie jest ukryta w tytule. Wina punk rocka, co to może znaczyć?

Pojęcia tego wielokrotnie używał Josh Homme mówiąc o kyussie i o samym Brancie. Według niego, wina punk rocka polega na chęci bycia niezależnym, elitarnym oraz bardziej przyziemnie na niechęcido przyjmowania wymiernych korzyści za swoją sztukę, muzykę. Brant się z tym nie zgadza. Dla niego punk rock, czyli „robienie własnych rzeczy, jak się chce, i z własnych powodów” jest czysty, a JHo nie tyle się sprzedał, ile nie chce się przyznać, że zależy mu na sławie i pieniądzach. Tytuł więc rzuca wyzwanie Joshowi.

Album otwiera Lion One, pierwotna wersja Lion Wings z Somera Sól. Pierwotna, bo Brant nagrał Punk Rock Guilt w grudniu 2005 roku, a dopiero teraz stwierdził, że nadszedł czas, by „uwolnić bestię". Ta wersja jest bardziej pustynna i dużo dłuższa, bo Brant pozwolił sobie na smakowity jam, rozciągając ją do dziesięciu minut. Nie ma też dęciaków, które zaczynają Lion Wings. Ale to tylko detal. Ta wersja różni się przede wszystkim „zawartością” pustyni, której tu jest zdecydowanie więcej. Jest piach, przybrudzone brzmienie, wszystko, czego fan desert rocka może sobie zażyczyć.

Kilka kawałków jest zdecydowanie funkujących, w stylu Brant Bjork & the Operators, ale nie tracą przy tym swoich pustynnych walorów. Taki Dr. Special mógłby znaleźć się spokojnie na The Uplift Mofo Party Plan RHCP, gdyby ci wynieśli się z L.A. na pustynię. Tłusty, funkowy Groove prowadzi też Shocked by the Static i This Place (Just Ain’t Our Place).

Utwór tytułowy Brant nagrał w 2007 roku jako the Right Time i umieścił na Tres Dias. Zabawne, że tam ta piosenka nie wyróżniała się, była trochę w cieniu Love Is Revolution czy Messengers. Ta wersja to zupełnie inna para kaloszy. Kopie tyłek straszliwie, przejeżdża jak walec. Mogę jej słuchać cały dzień, nie nudzi się, tylko za każdym razem coraz bardziej energetyzuje, od razu chce się wziąć w łapska gitarę i grać. Tekst oczywiście skierowany jest do Josha.

Drugą piosenką, w której Brant wyraźnie zwraca się do byłego kumpla z zespołu jest Born to Rock. Piękna, słodko-gorzka kompozycja. Chyba w niej najbardziej zbliżył się do tego, co robił w kyussie, mimo że nie ma tu takich riffów, jak w Gardenii czy Green Machine. Nie, tu jest coś, co słychać w drugiej części Whitewater, najdroższej sercu Branta piosence kyussa. Jest tu cała, skąpana w słońcu pustynia. Mniej radosna niż Yawningmanowa, nie tak tajemnicza, jak Ten East i Unidy. Nie, to pustynia, która siedzi w Brancie od urodzenia, którą słychać w kyussie.

Born to Rock jest gorzkie, bo Brant śpiewa o swoim życiu i o Joshu, który nie potrafi go zrozumieć, a przecież kiedyś byli sobie tak bliscy. Słodkie, bo jest delikatna i wyciszająca.

Plant Your Seed mogłoby się znaleźć na Saved By Magic, pierwszej płycie BB z Braćmi. Jest monotonny riff, skanowane słowa, jest fuzz. A na koniec jeszcze jeden długaśny, transowy jam, czyli Locked and Loaded, przypominający troszeczkę dokonania Neila Younga z Crazy Horse. Troszeczkę, bo podobieństwo jest w podejściu, a nie brzmieniu.

Punk Rock Guilt jest zdecydowanie najlepszą solową płytą Branta, łączy w sobie najlepsze cechy jego poprzednich płyt. Nie zaskoczył jakimiś zmianami stylu, tylko zagrał wszystko na 1000%. Jeśli to ma być wina punk rocka, to niech BB nadal będzie winny i elitarny. Jedna z płyt roku, kto wie, może właśnie ta najlepsza.

 

Ocena: 10/10

2 komentuje | desert rock recenzje rock |

Garbage - Garbage

Wpis na 0. poziomie, wysłany 30 kwietnia 2008 o 20:28:12

rok wydania: 1995
gatunek: rock
wydawca: Mushroom Records

Butch Vig, Steve Marker i Duke Erikson siedzą w studiu i bawią się w tworzenie muzyki. Coś tam zagrają, coś tam wysamplują, coś tam zapętlą. Nagle (albo i nie tak nagle, do dziś tego nie wiadomo) przychodzi ktoś (historia nie zapamiętała jego imienia) przychodzi i mówi im” „this shit sounds like garbage”. Panowie mają już nazwę dla rodzącego się właśnie zespołu. Przewijam akcję kilka miesięcy do przodu. Steve Marker ogląda MTV. Widząc teledysk niezbyt znanej szkockiej kapeli Angelfish, zwraca uwagę na wokalistę, Shirley Manson i myśli: „ona by do nas pasowała, muszę o niej opowiedzieć chłopakom. 8 kwietnia 1994. Świat dowiaduje się o tajemniczej śmierci Kurta Cobaina. Vig, Marker i Erikson poznają Shirley Manson.

Taka jest historia powstania tego zespołu. Nietypowa, jak nietypowa jest ich muzyka. Przeważa rock, zgodnie z ówczesnymi standardami przybrudzony, udający garażowe brzmienie. Taki jest największy hi, czyli Only Happy When it Rains. Bez zbędnego mieszania, szybko i do przodu. Ale już następne As Heaven is wide to zupełnie inne oblicze zespołu. Gitary zostały i buczą, aż miło, ale utwór napędza nerwowy beat perkusji, który bardziej pasuje do muzyki elektronicznej. Pojawiają się też różne efekty brzmieniowe, co jest zasługą obecności trzech producentów w składzie.

Nie boją się też poflirtować z popem. Właściwie każdy kawałek ma potencjał, by być przebojem, ale w Fix Me Now mamy prawdziwie popową melodię i brzmienie. Not My Idea to swoista przeplatanka: popowe zwrotki, mocny, rokendrolowy refren. Nas szczęście pop w ich wykonaniu daleki jeset od banalnych melodyjek serwowanych w radiu.

Dog New Tricks w pewnym sensie zapowiada następną płytę. Tu ten element elektroniczny jest najsilniejszy, co czyni ją najciekawszym kawałkiem na płycie. Połączenie mocnych, sfuzzowanych gitar i tego nerwowego rytmu brzmi bardzo intrygująco. Vow i Stupid Girl to kolejne rockowe hity. Pierwszy rozpoczyna się charakterystycznym, przechodzącym przez kanały riffem, a drugi opiera się na loopie perkusji z jednej piosenek The Clash. Na koniec zostawili dramatyczną balladę Milk z poruszającym tekstem Shirley.

Bardzo równa i bardzo dobra płyta. Aż dziw, że to debiut. Choć wpływ na to miał fakt, że osobno już mieli za sobą muzyczne doświadczenia. I to poważne. Tą płytą postawili sobie bardzo wysoko poprzeczkę. I jak wiadomo, następną płytą, dorównali tej.

Ocena: 9/10

1 komentuj | recenzje rock |