Hjálmar - Hljóðlega af stað
rok wydania: 2004
gatunek: reggae
wydawca: Sena Records
Islandczycy grający reggae. Jeszcze raz. Islandczycy grający reggae. Potomkowie wikingów śpiewający o Babilonie. I to jeszcze po islandzku. Wydawało mi się to tak absurdalne i nierzeczywiste, że musiałem sięgnąć po tę płytę.
Już od pierwszych dźwięków Jamm Og Jú słychać, że inspirują się klasyką. Żadnych elektronicznych wstawek, żadnego rapowania, tylko 100% marleyowego reggae. Jeszcze bardziej słychać to w następnym Borgin, które niesamowicie buja, pojawiają się nawet plemienne zaśpiewy.
Potrafią rozciągnąć piosenki do prawie dziesięciu minut, a to dość pokaźny rozmiar, jak na reggae. Orð Hins Heilaga Manns trwa właśnie tyle, ale na szczęście nie nuży. Czasem urozmaicą muzykę gitarą klasyczną, zabawnymi chórkami. Melodie też im ładnie wychodzą, ale wokal może niektórych drażnić.
Tak ciągnie się leniwie ta płyta. Niby wszystko w porządku, ale coś tu nie gra. Ta muzyka nie grzeje tak, jak powinno grzać reggae. Czuć ten zimny, islandzki klimat. To nie zarzut, ale i nie zaleta, bo reggae powinno być rozpalone słońcem, a nie zakopane w śniegu. Nie wiem, czemu tak się dzieje, przecież wszystko powinno być w porządku: jest skocznie przycinana gitarka, jest bujanie, jest pulsujący bas. Może to wina brzmienia, a może tego, że reggae potrafią grać tylko prawdziwi Jamajczycy, doprawdy nie wiem.
Wspomniana partia gitary akustycznej budzi niepokój. I wprowadza do przygnębiającego Hljóðlega Af Stað. Od kiedy reggae jest przygnębiające? Chyba trzeba to zrzucić na karb pochodzenia. Jednak Islandia to nie Jamajka.
Żadnych fajerwerków nie przynosi ta płyta. Żadnego przełomu też nie. Jako ciekawostka jest super, jako płyta, do której miałbym wracać codziennie – już nie. Od czasu do czasu można posłuchać.
Ocena: 6/10