wieczur@jabberpl.org


Franz Ferdinand - Tonight: Franz Ferdinand

Wpis na 0. poziomie, wysłany 01 lutego 2009 o 20:40:14

rok wydania:2009
wydawca: Domino Records
gatunek: rock

Brytyjczycy przed wydaniem trzeciej płyty byli w podobnej sytuacji, co The Killers. Pierwsza płyta bezbłędna, druga dobra, ale nie na miarę oczekiwań (to pierwsza różnica z Amerykanami, bo Sam’s Town to płyta beznadziejna), więc trzecim krążkiem musieli udowodnić, że jeszcze się nie skończyli. I tu kończą się podobieństwa do The Killers. Bo Franz Ferdinand wywiązali się z tego zadania bardzo dobrze, choć kazali sobie czekać prawie pięć lat.

Ullysses zaatakował już w listopadzie i zrobił furorę, bo wreszcie zaczęło się coś u nich dziać, no i słychać było, że nowa płyta będzie bardziej elektroniczna, co oznacza rozwój i innowację. I że będzie tak samo bezwstydnie przebojowo.

Sięgnięcie po syntetyczne brzmienia wyszło Arcyksięciu na dobre, co słychać chociażby w Live Alone, iście dyskotekowym przeboju, z pędzącym basem i klasycznymi klawiszami. Murowany hit. Tak samo zresztą, jak utrzymany w podobnych klimatach, tyle że bardziej pierwotny Can’t Stop Feeling. Jeszcze w ramach elektroniczności wyróżnia się Lucid Dreams, niby taka zwykła Franzowa piosenka, może troszkę bardziej bitelsowa, niż zwykle, jednak to, co dzieje się po jej zakończeniu, przechodzi najśmielsze oczekiwania. Gdzieś tak od 3:30 zaczyna się jam session. Najpierw z psychodelicznymi gitarami, które powoli ustępują elektronice, która ociera się o The Prodigy. Tak, to nie żart, dobrze przeczytaliście. To jeden z najmocniejszych momentów na płycie, jak na nich niesamowicie eksperymentalny.

Jednak Tonight: Franz Ferdinand to nie tylko elektronika. Z gitarowych czadów wyróżnia się Bite Hard, którym zaczęli koncert w Stodole. Choć nie wiem, czy czad to najlepsze określenie. Franz Ferdinand uspokoili się, wydorośleli, nie pędzą już na złamanie karku, więc takich killerów jak Well That Was Easy nie uświadczymy, a Bite Hard jest li tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę, Siłą Tonight: Franz Ferdinand nie jest rokendrolowość, ale taneczność i zmysłowość.

Niektórzy skreślili ich jeszcze przed wydaniem tego krążka. Stwierdzili, że dwie dobre płyty to na nich i tak za dużo i na nic więcej ich nie stać. Okazało się, że byli zbyt szybcy, bo Arcyksiążę umocnił swoją pozycję w rockowej czołówce. Jedna z płyt roku, a mamy dopiero początek lutego.

4 komentuje | recenzje rock |

The Killers - Day & Age

Wpis na 0. poziomie, wysłany 24 stycznia 2009 o 19:03:03

rok wydania: 2008 gatunek: pop rock
wydawca: Island Records


W ciągu ostatnich dwóch miesięcy swoje trzecie płyty wydały dwa z najważniejszych zespołów początku XXI wieku. Na pierwszy ogień poszli The Killers, którzy musieli się zrehabilitować za zupełnie nieudane Sam’s Town.

Największą bolączką poprzedniej płyty było zagubienie lekkości, która charakteryzowała Hot Fuss i od pierwszych dźwięków słychać, że Amerykanie wrócili do formy. Losing Touch to murowany przebój, ale i wyznacznik brzmienia całej płyty. Całkowitą dominację przejmują klawisze a gitary pobrzmiewają gdzieś w tle. Singlowy Human dodaje do tego krajobrazu taneczność, czy może nawet dyskotekowość. Czyli popadli ze skrajności w skrajność, bo na Sam’s Town dominowało brzmienie gitar.

Spaceman to już czysty pop, zalatujący banałem i korporacyjnością, oj nieładnie chłopaki, nieładnie. Gdzie podziała się ta zadziorność z debiutu? Choć i tak jest lepiej niż na Sam’s Town, gdzie nic nie było tak, jak powinno, a tu przynajmniej są melodie.

Zupełnie zaskakuje Joy Ride, brzmi jak soundtrack z amerykańskich filmów akcji z lat 70., czyli jest po prostu funk + dyskotekowa pulsacja. No i oczywiście obowiązkowe solo na saksofonie. Dla mnie bomba, szkoda, że nie ma tu więcej takich kawałków.

Pociągnijmy jeszcze wątek dobrych stron Day And Age. Kończące płytę Goodnight, Travel Well to jak na nich monumentalna piosenka, dostojna, powolna, po prostu piękna. A z szybszych rytmów na wyróżnienie zasługuje A Dustland Fairytale.

In minus trzeba im zapisać wokal Brandona, który coraz bardziej zbliża się do Bono. Nie tędy droga, nie próbujcie być nowym U2, to się wam nie opłaci.

I już. Nic więcej nie da się o tej płycie napisać. Jest lepiej, niż na Sam’s Town, ale Day and Age to dowód na to, że na powrót do poziomu Hot Fuss nie ma już co liczyć

Ocena: 6/10

6 komentujów | pop recenzje rock |

Ladyhawke - Ladyhawke

Wpis na 0. poziomie, wysłany 16 stycznia 2009 o 20:45:51

rok wydania: 2008
gatunek: pop
wydawca: Island Records

Nazywa się Philippa Brown, dla przyjaciół Pip, choć świat zna ją jako Ladyhawke. Pochodzi z niewielkiego miasteczka Masterton niedaleko Wellington w Nowej Zelandii. Cierpi na syndrom Aspergera. I nagrała najlepszy debiut zeszłego roku.

Magiczne słowa, które najlepiej charakteryzują tę płytę to „lata osiemdziesiąte. Tak, te lata osiemdziesiąte, będące dla mnie uosobieniem kiczu, wiochy i obrzydliwie płaskiego brzmienia perkusji. Jednak Pip udało się z tamtej wyciągną coś wartościowego, melodie na przykład.

Tak, melodie decydują o sile tej płyty. Melodie wkręcające się do głowy, niesamowicie przebojowe refreny, jak na przykład w Better Than Sunday, choć tych wyśmienitych refrenów jest jeszcze 12.

Z lat 80. Pip wzięła też taneczność i syntezatory oraz taki ogólny posmak, ale na szczęście trzyma się z daleka od obciachu. Najbardziej ejtisy słychać we wspomnianym dyskotekowym Better Than Sunday z obłędnym refrenem, od którego zaczęła się moja miłość do Nowozelandki oraz w Back Of the Van, które nawet klip ma ejtisowy. Another Runaway przypomina Kylie, tylko bardziej rockową. Zdecydowanie rockowy jest mój faworyt na płycie Love Don’t Live Here prowadzone przez świetny, charakterystyczny riff, kóry (wybaczcie moje zboczenie) ma w sobie coś z Branta Bjorka (choć bardzo wątpliwym jest, by Pip wiedziała kim on jest), ale oczywiście kawałek idzie w inną, dużo bardziej taneczną stronę. Do tańca zachęca również Professional Suicide.

Ladyhawke to świetna płyta na obecną pogodę. Nie, nie jest smutna, ale świetnie ładuje baterie i pobudza do życia. No i świetnie się śpiewa razem z Pip, gdy nikt nie widzi ;)

Ocena: 8/10

dodaj komentuja | pop recenzje |

The Killers - Hot Fuss

Wpis na 0. poziomie, wysłany 16 grudnia 2008 o 23:33:19

rok wydania: 2004
gatunek: pop rock
wydawca: Island Records

The Killers właśnie wydali Day & Age. To doskonała okazja, by przypomnieć ich debiut, płytę niezwykle ważną dla mnie. Z różnych powodów.

Znów zrobi się wspominkowo. Killersów poznałem dzięki MTV2. Pierwszy singiel, Somebody Told Me nie zachwycił mnie wtedy. To znaczy piosenka podobała mi się, ale nie rzuciła na kolana. Jak łatwo się domyśleć zrobił to następny singiel, Mr. Brightside, jedna z najlepszych piosenek, jakie w ogóle powstały. A w połączeniu z czarno-białym teledyskiem (to jedyny słuszny teledysk do tej piosenki, ten drugi dla mnie nie istnieje). Robiłem nawet tak, że po powrocie do domu ze szkoły włączałem MTV i czatowałem tylko po to, żeby obejrzeć ten teledysk. Potem strasznie rozpaczałem, że Hot Fuss nigdzie nie można kupić, nawet w Holandii, gdzie byłem na wakacjach. Dopiero we wrześniu udało mi się ją dorwać w empiku i oczywiście kupiłem ją bez wahania. Tak zaczęła się moja miłość do Brandona i spółki (niestety, mocno nadwyrężona przez Sam’s Town).

Ale, powtarzając pytanie z recenzji Relationship of Command, co jest w tej płycie rozkładającego na łopatki? Przede wszystkim melodie. Na płycie jest 12 piosenek (licząc z bonusowym Glamorous Indie Rock And Roll), 11 to przeboje (o tym jednym wyjątku później) wkręcające się w głowę z niesamowitą łatwością i bez poczucia obciachu. Żeby tylko wymienić tylko te najdoskonalsze: Mr. Brightside, Jenny Was A Friend of Mine, On Top, Somebody Tlod Me, Midnight Show, Andy You’re A Star. Teraz więc zajmiemy się nimi trochę dokładniej.

Mr. Brightside to piosenka doskonała. Od gitar przez wokal, tekst o zazdrości, na samym (dość nietypowym) układzie piosenki kończąc. Po prostu mistrzostwo. Brak mi słów, lepiej jej posłuchać samemu i zrozumieć, dlaczego jest tak niesamowita. On Top to piosenka, która pokazał mi, że klawisze to nie tylko wiocha. I ten refren, rozpływam się przy nim, bezwstydnie przebojowy, choć Somebody Told Me to jeszcze bardziej bezwstydnie popowy przebój. Można je tak wymieniać bez końca.

Kolejną zaletą Hot Fuss jest to, że wyróżniali się z zalewu noworockowych, miałkich zespołów, o których dziś nikt nie pamięta. Wtedy nie znosiłem tego nurtu, dziś kojarzy mi się z beztroskim gimnazjalno-licealnym okresem w moim życiu, ale regularnie wracam tylko do nich, tylko do Hot Fuss.szkoda, ze nie udźwignęli ciężaru drugiej płyty.

Tak rozpływam się nad Hot Fuss, że niemal zapomniałem o jej wadzie. Na imię jej Everything Will Be Alright. Nie dość, że pasuje do reszty, jak pięść do oka (przetwarzane wokale) to jeszcze jest tak żałośnie słaby, że nie da się go dosłuchać do końca. Powinni się go wstydzić do tej pory. Tak zepsuć genialną płytę. No nie wiem, jak oni mogli to zrobić.

Hot Fuss miało na mnie ogromny wpływ, otworzyła mi głowę na nowe nurty i po prostu jej słuchanie sprawia mi niesamowitą radość , mogę jej słuchać bez przerwy, nie tylko z powodów sentymentalnych. Doskonała popowa płyta i nawet koszmarek w postaci Everything Will Be Alright nie przeszkadza w ogólnym rozrachunku(po prostu go nie słucham)

Ocena: 10/10

2 komentuje | pop recenzje rock |

Fifty Foot Woman - Demo EP

Wpis na 0. poziomie, wysłany 10 grudnia 2008 o 12:58:10

rok wydania: 2008
gatunek: stoner
wydawca: Fifty Foot Woman

W zeszłym roku, mniej więcej o tej porze narzekałem, że w polskim stoner rocku niewiele się dzieje. Jednak od tamtego czasu sporo się zmieniło. Na dobre. Wreszcie się coś ruszyło (choć dezaktywacja Oregano Chino to zbrodnia przeciwko ludzkości). Powstały nowe projekty, ja dogrzebałem się do tych starszych. Jednym z nich (tych nowych) jest właśnie ta lublińska załoga.

Inspiracje mają naprawdę przednie – od Orange Goblin przez klasyków i bogów, czyli kyussa aż do absolutnych mistrzów, czyli Black Sabbath. I zero wieśniactwa, tak obecnego w polskim stonerze.

Słychać, że chłopaki czają kult i świetnie się czują w tej (bądź co bądź mocno wyeksploatowanej) konwencji, co dziwnym nie jest, bo na przykład pan basista, Domelius, prywatnie zajmuje się promocją takiego grania w lubelskim radiu Centrum. To tyle tytułem wstępu. Czas stawić czoła pięćdziesięciostopowej kobiecie.

Pierwszym, co wali po uszach jest groove. Potężniasty groove. I potężne gitary. Jeśli gitary atakują swoim brzmieniem, to oznacza jedno. Produkcja jest dobra, jak na płytę wydaną samemu i do tego jeszcze debiut, nawet bardzo dobra. Drugim, a właściwie trzecim, co rzuca się w uszy to wokal. Pan wokalista śpiewa bardzo siłowo i mocno, no mnie to nie przekonuje, choć idzie się przyzwyczaić.

Pustynny klimat słychać w otwierającym The Beginning of What’s Not About to Happen/The Hitchhiker (nie tylko za sprawą pierwszej części tytułu). Bardziej klasycznie robi się w the Black Hills. Tu słychać przede wszystkim Orange Goblin przyprawione Black Sabbath (gitary). Fajnym patentem okazało się powielenie wokalisty i zwolnienie kawałka tak, że znalazł się w doomowych okolicach.

Najlepsze zostawili na koniec. The Blessing Of Non-Existence to prawdziwy stonerowy walec rozjeżdżalec. Potężny, dostojny, niszczący. Po prostu miodzio. Szkoda tylko, że po 17 minutach płytka się kończy.

Pięćdziesięciostopowej kobiecie można zarzucić dwie rzeczy: brak oryginalności i słaby akcent wokalisty. Co do pierwszej kwestii, w stonerze bycie super oryginalnym nie jest najważniejsze i w tym przypadku takie klasyczne granie jest absolutnie w porządku. Codo sprawy drugiej: nie lubię wokalistów śpiewających ze słowiańskim, twardym akcentem. Może jakiś ekspresowy kurs wymowy? Choć z drugiej strony ma to jakiś perwersyjny urok.

Elvisom wreszcie rośnie mocna konkurencja (bo po dezaktywacji Oregano Chino było w tej materii bardzo biednie). I dobrze, bo czas najwyższy

Ocena: 7/10

13 komentujów | recenzje stoner |

The Freeks - The Freeks

Wpis na 0. poziomie, wysłany 15 listopada 2008 o 16:55:58

rok wydania: 2008
gatunek: space rock
wydawca: Cargo Records

Pisałem niedawno, że Ruben Romano odszedł z Nebuli. Na szczęście nie zniknął ze sceny muzycznej, tylko powołał do życia nowy projekt, a właściwie stonerową supergrupę, The Freeks właśnie. Supergrupę, bo w The Freeks udzielają/udzielali się oprócz Romano: Scott Reeder, Jack Endino, John McBain, Isaihia Mitchell, Lorenzo Woodrose, Jason Corbin, Bernie Worrell, Andy DuVall, Glen Slater, Carl Horne, czyli mieszanka iście wybuchowa. Choć trzeba zaznaczyć, że McBain był producentem, Reeder inżynierem dźwięku, a reszta wystąpiła bardziej w charakterze muzyków sesyjnych lub jest „touring member”

W jednym z artykułów poświęconych świrom, przeczytałem, że Ruben odszedł z Nebuli, by rozwijać własne pomysły, pójść swoją drogą. Bardzo fajnie, ale na pierwszy rzut ucha tego nie słychać. Po prostu The Freeks brzmią jak Nebula, może tylko bardziej pokręcona, ale reszta bez zmian. Na przykład At the Station spokojnie mogłaby być na Charged. Nawet wokal Romano jest podobny. Jednak jest to tylko pierwsze wrażenie, bo gdy już machniemy ręką na powierzchowne podobieństwo The Freeks do Nebuli i wgryziemy się głębiej to usłyszymy…

Hawkwind i Monster Magnet. Czyli Romano zawsze ciągnęło do space rocka. Zaraz, zaraz, czy ostatnia EPka Nebuli nie jest przypadkiem bardzo space rockowa i Monster Magnetowa? No właśnie jest. Miały być własne pomysły i odcięcie się od Nebuli, a wyszło na to samo, choć może, gdy odchodził w 2006 roku, Ruben nie wiedział, że tak się stanie. Tak czy siak, nie jest to pozytyw tej płyty.

Odrzućmy jednak zarzuty nieoryginalności i skupmy się na zawartości. Jeśli space rock, to wiadomo, psychodela obowiązkowa, pojawiają się też dyskretne, bardzo fajne klawisze (jak na przykład w Lunette), dają też popalić gitarom, a nawet pojawia się miniaturka przypominająca tegoroczne Black Rebel Motorcycle Club (The Tribal Council Adjourn). Basque In Splendor to czas na uspokojenie się w tej międzygwiezdnej podróży, mamy więc akustyczne instrumenty, sitar między innymi. Większość kawałków jest oparta na bluesie, ale niekoniecznie jest wolno i dostojnie. No i, oczywiście lata 70. Rządzą, co najbardziej słychać w Lunette, moim ulubionym utworze na płycie.

Debiutu The Freeks słucha się bardzo dobrze, gdy zapomni się o Monster Magnet, Hawkwind i Nebuli. Bo tak, to strasznie rzuca się w uszy wtórność. No i od takich gości spodziewałbym się czegoś oryginalniejszego i zupełnie innego. Niemniej, warto posłuchać.

Ocena: 6/10

dodaj komentuja | recenzje rock space rock stoner |

Eagles Of Death Metal - Heart On

Wpis na 0. poziomie, wysłany 12 listopada 2008 o 16:32:34

rok wydania: 2008
gatunek: rock
wydawca: Downtown Recordings

Eagles of Death Metal wracają, by już po raz trzeci zabrać nas w świat rock ‘n’ rolla i wszystkiego, co z nim związane. Tego fajniejszego (jak zwykle) i tego mniej (po raz pierwszy).

Trzeba przyzwyczaić się do faktu, że Orły stały się pełnoprawnym zespołem. Regularnie wydają płyty (prawie zawsze rok po QOTSA), jeżdżą w trasy, zabierają coraz więcej czasu bardziej znanej połówce duety, czyli Joshowi Homme. I od niego tym razem zaczniemy. Rudzielec, pierwotnie tylko perkusista, po raz pierwszy stojący w cieniu kolegi z dzieciństwa, Jessego Hughesa, lidera zespołu. Na drugiej płycie sięgnął po bas, czasem gitarę, do bębnów wracając okazjonalnie bądź na koncertach (na tych, na których był). Na Heart On odcisnął bardzo wyraźne piętno. Weźmy High Voltage, najbardziej jaskrawy przykład. Gitara żywcem wyjęta z Misfit Love, bas też. I ogólne wrażenie, ale jak już napisałem, to najjaskrawszy przykład.

Wpływ Josha to przede wszystkim skomplikowanie prostej łupanki EODM (na przykład synkopowany rytm w (I Used to Couldn’t Dance) Tight Pants) i wydaje mi się, że też spoważnienie tekstów, przez co czasem zdają się korespondować z tekstami Josha na ostatniej płycie QOTSA. Czyli w pewnym sensie Eagles of Death Metal stali się „Queens of the Stone Age w wersji light”, cytując redaktora Koziczyńskiego. I to mnie trochę boli, bo starałem się ich bronić przed tym krzywdzącym epitetem, bo Eagles of Death Metal to nie tylko (a nawet nie przede wszystkim) Josh. Prawdziwym liderem tego zespołu jest Jesse Hughes.

I dzięki temu, możemy zgrabnie przejść do drugiego Orła, rok starszego od Rudzielca. Jesse Hughes do tej pory śpiewał o seksie i narkotykach (cytując Mike’a z Rachael: „bo o czym można śpiewać, jak nie o seksie i narkotykach), a dokładniej o ich pozytywnych aspektach. Na Heart On częściej sięga do mroczniejszej strony życia. Często ukrywając to pod zgrabnymi melodiami, jak w How Can a Man with so many Friends Feel so Alone, choć tutaj poważniejsza zawartość rzuca się w oczy w tytule, ale już w Solo Flights, piosence mającej chwalić masturbację, Jesse śpiewa no one gets to love me. Jest też o sławie i zaprzedawaniu duszy, oczywiście w wersji humorystycznej w Wannabe In L.A.

Jesse oczywiście cały czas jest wierny swojej największej muzycznej inspiracji, czyli Stonesom. I tu najbardziej ich słychać, poczynając od Anything ‘cept the Truth (ach te dziewczęce chórki!), które wiele zawdzięcza Richardsowi, przez Secret Plans do Pissy Prancin’, w którym nie dość, że solówka jest zerżnięta od Stonesów, to jeszcze Jesse śpiewa jak Jagger po kwasie.

Najciekawiej jest w I’m your Torpedo, które też wiele zawdzięcza obecności Josha, nie tylko w warstwie wokalnej. O właśnie, to też novum w muzyce EODM, Josh śpiewa, co jeszcze bardziej zbliża ich do QOTSA. Wracając do I’m your Torpedo, takiej ilości transu w EODM nie słyszałem. Miodzio.

Eagles of Death Metal poważnieją i dojrzewają z płyty na płytę, nagrywają coraz lepsze płyty, nie tracąc jednak dystansu do siebie i humoru, co czyni ich jednym z najlepszych zespołów „czysto” rockowych końca pierwszej dekady XXI wieku, o czym cztery lata temu, nikt o zdrowych zmysłach nie pomyślał.

Ocena: 9/10

dodaj komentuja | desert rock recenzje rock |

Black Rebel Motorcycle Club - The Effects of 333

Wpis na 0. poziomie, wysłany 11 listopada 2008 o 21:39:37

rok wydania: 2008
gatunek: ambient
wydawca: Abstract Records

Black Rebel Motorcycle Club mają chyba jakiś sentyment do liczb nieparzystych. Ich pierwsza płyta to najjaśniejszy punkt nowej rockowej rewolucji, druga to powtórzenie formuły debiutu, trzecia, Howl , to totalne zaskoczenie, bo jest country’owa i akustyczna; ich najlepsza i najpiękniejsza. Czwarta, Baby 81 to znów powrót do rokendrola, ale po Howl, rozczarowujący. A teraz bez rozgłosu, po cichu duet z San Fransisco wydał piątą płytę. Jak łatwo można się domyślić z toku mojego przydługiego wywodu, jest to płyta dobra.

Jeśli kochacie BRMC za rokendrolowość, zadziorność, moc, gitary, melodie, lepiej nie sięgajcie po The Effects of 333, bo to zupełnie inna bajka. Ambient, czyli jeszcze bardziej zaskakująca niż akustyczne granie na Howl. Zapomnijcie o wokalach i melodii, przywitajcie się ciepło z szumami, trzaskami, buczeniem, efektami, abstrakcją.

The Effects of 333 ciężko opisać słowami, bo dla mnie to pierwsze poważniejsze spotkanie z taką muzyką. Jedyne, co przychodzi mi na myśl to jakiś soundtrack do postapokaliptycznego filmu. Te szumy, trzaski wywołują uczucie niepokoju i grozy, idealnie pasujące do obrazu zrujnowanej cywilizacji.

Po 15 minutach znów zaskakują (jakby tych zaskoczeń było mało). And with This Comes zaczyna się od akustycznej gitary przypominającej… Angie Stonesów. I dołączają do niej przeróżne efekty. Razem daje to naprawdę niesamowity efekt. Drugie takie wyrwanie z transu to A Twisted State, które zaskakuje jeszcze bardziej, bo brzmi, jak żywcem wyjęte z Howl (minus wokale. Coś jak odnalezienie starej płyty (wracając do filmowej interpretacji). Rozwijając dalej porównania filmowe, to nowa płytę Amerykanów można odnieść do świata maszyn w Matrixie lub do jakiegoś filmu grozy rozgrywającego się w wysoce zindustrializowanym otoczeniu. A najlepiej dzieje się w ostatnim utworze, w który wsamplowali cytaty z filmów i życia, dobierając je tak, że postapokaliptyczny pomysł na tę płytę zwycięża i objawia się w całej okazałości.

The Effects of 333 zaskakują straszliwie, nigdy nie spodziewałbym się, że Black Rebel Motorcycle Club mogą nagrać taką płytę. Strasznie mi się podoba to, że nie trzymają się kurczowo jednej konwencji, zmieniając się powoli we własna karykaturę, jak na przykład AC/DC. Nie, BRMC znów pokazali, że są zespołem o wielu twarzach, którego nie można prosto zaszufladkować. I, co najważniejsze nagrali po prostu świetną płytę, dużo bardziej zaskakującą niż Howl, ale prawie tak samo dobrą. A pomyśleć, że po Baby 81 chciałem ich skreślić…

Ocena: 9/10

dodaj komentuja | ambient recenzje |

Dark Tooth Encounter - Soft Monsters

Wpis na 0. poziomie, wysłany 30 października 2008 o 00:49:06

rok wydania: 2008
gatunek: desert rock
wydawca:Lexicon Devil Records

Dark Toth Encounter to najbardziej solowy projekt Gary’ego Arce’a, jednej z najważniejszych postaci sceny Palm Desert. Gary wziął przykład ze swojego przyjaciela Brant Bjorka i postanowił zagrać na wszystkim sam, no, prawie na wszystkim, bo perkusję obsługuje Bill Stinson, znany chociażby z Ten East.

Skoro mamy trochę zarysowany obraz całości, nasuwa się jedno pytanie: czym różni się Dark Tooth Encounter od Yawning Man i Ten East. Po pierwsze, jest powolniejszy, spokojniejszy dostojniejszy, bardziej rozbudowany (pojawiają się klawisze, syntezatory, efekty komputerowe, lap steel), trochę mniej pustynny, a raczej pustynny w inny, mniej oczywisty sposób. Z drugiej strony jest bardzo podobny do tych zespołów. Tak samo piosenki polegają na transowym powtarzaniu motywów, brzmienie gitary jest identyczne. Czy to źle? Nie, bo takiej muzyki, płynącej prosto z serca, szczerej nigdy za wiele.

W Alloy Pop gitara czasem przypomina Jaded Aerosmith. Weeping Pine jest przecudownie płaczliwe i autentycznie wzruszające. Deep Sleep Flower to prawdziwie pustynne granie, za które uwielbiam Gary’ego. Bardzo dobra piosenka, wyjątkowa na tej płycie, mogłaby się znaleźć na Extraterrestrial Highway. Hyper Air chyba najlepsza w zestawie, z ciekawymi klawiszami i bardzo wzruszająca, po prostu najciekawsza. Kończący płytę Engine Drone to prawdziwy odlot, transowy, ale ciekawy, nienużący, dynamiczny, idealny na zakończenie płyty.

Tytuły utworów są mówiące. Jeśli mamy mieć Płaczące sosny to, gitara zawodzi, wyje, płacze. Jeśli Pomruk silnika, to są uwypuklone doły. A, i oczywiście jest to płyta całkowicie instrumentalna. Zero głosu. Utworów jest tylko siedem, ciężko coś o nich napisać konkretnego, bo w tym przypadku słowa nie wystarczają. Nie potrafię opisać tego piękna, po prostu mnie to przerasta. Niesamowita płyta i dowód na to, że Gary ma jeszcze wiele do pokazania (a jeszcze przede mną odsłuch nowego Ten East, w tym roku Gary wydaje jeszcze dwie płyty). Jedna z płyt roku? Na pewno.

Ocena: 9/10

1 komentuj | desert rock recenzje |

The Black Tapes - Black City EP

Wpis na 0. poziomie, wysłany 29 października 2008 o 23:54:12

rok wydania: 2007
gatunek: rock, punk
wydawca: Warsaw City Rockers Records

Na słowa polski punk do niedawna reagowałem dość alergicznie. Kultowości Kultu nigdy naprawdę nie mogłem zczaić, oldskul i klasyka do mnie nie przemawiają, a Pidżamę Porno i podobne wynalazki pozostawię bez komentarza. Aż tu nagle pojawili się The Black Tapes.

No, nie tak z nicości, bo panowie strunowcy (gitarzysta i basista) to ziomki znane choćby z mojego ulubionego Elvis Deluxe. Pozostała dwójka to też dość znane postaci warszawskiej sceny niezależnej. Nie tak znowu nagle, bo działają już ponad dwa lata, ale oczywiście jestem strasznie zapóźniony w tych sprawach.Black City EP to szybki i konkretny strzał w pysk. Nie zdążysz pozbierać się do kupy, a tu już koniec. Średnia długość kawałków to 2 minut z małym hakiem, a na płycie jest ich 4.

Najbardziej rajcujące momenty to Black Tapes i Love Letter. Ten pierwszy zabija od samego początku. Wejście perkusji, zwrotki, refren, wszystko ma jedno zadanie, poderwać cię z krzesła na nogi, a potem znokautować. Taki punk to ja rozumiem. Z przytupem, melodią, energią, bez prostactwa, z nerwem, z rokendrolem. Buja dokładnie tak, jak powinien. Robicie imprezę w troszkę mocniejszych, gitarowych klimatach? To puśćcie Black Tapes, rozwali wszystkich, gwarantuję. Love Letter to przede wszystkim superaśna gitara i harmonie wokalne. I oczywiście energia zmuszająca do czegoś więcej niż tylko tupania nóżką. Ładunek energetyczny jest porównywalny do Relationship Of Command (i to jedyna wspólna cecha z At the Drive-In, no może Tolly jest trochę podobny do Jima Warda).

Black City i Starlight Story to również niesamowite killery, jakich mało, ale nie z tak niszczącym ładunkiem przebojowości. Pierwszy zaczyna się filmową wstawką wprowadzającą w klimat wielkiego miasta nocą. Drugi zapada w pamięć przede wszystkim dzięki skandowaniu w refrenie.

Ocena: 8/10

dodaj komentuja | punk recenzje rock |

Nebula - Heavy Psych

Wpis na 0. poziomie, wysłany 25 października 2008 o 11:59:51

rok wydania:2008
gatunek: rock

Minęły już dwa lata od wydania Apollo, a Nebuli nie spieszy się jakoś bardzo z wydaniem nowej płyty, pewnie częściowo z powodów personalnych, bo odszedł ostatni poza Eddiem Glassem oryginalny członek zespołu, perkusista Ruben Romano. Zastąpił go Rob Oswald z legendarnego Karma tu Burn. W tak odnowionym składzie trio przystąpiło do nagrywania EPki, która ma za zadanie umilić czas oczekiwania na kolejny długograj.

Heavy Psych nie przynosi żadnego zaskoczenia, jeśli chodzi o styl Nebuli. Nadal jest bardzo miodny stoner rock z dużą dawką psychodelii, lat 70. i kosmosu. Jedyne co się zmieniło to proporcje tych elementów. Pierwsze płyty Nebuli niewiele różniły się od albumów Fu Manchu, w którym grali Eddie Glass, Ruben i Mark Abshire, było tylko trochę więcej psychodelii. Wiecie, sytuacja podobna do tej z At The Drive-In. Nebula to The Mars Volta, a Fu to Sparta. Z dwoma wyjątkami: Nebula nie ssie, a Fu Manchu się nie rozpadło po odejściu wyżej wymienionej trójki. Wróćmy jednak do meritum. Dziś to właśnie ta psychodelia i kosmos są głównymi składnikami muzyki Nebuli.

Eddie nie do końca zapomniał o swoich korzeniach i Aphrodite brzmi jak żywcem wyjęte z Charged , najlepszej płyty Nebuli. Ciężki, bluesowy riff, wolne tempo, ujarany wokal i mnóstwo efektów i różnorakich pogłosów. Bardziej space rockowe oblicze zespołu prezentuje Dream Submarine, choć tu też skojarzenia biegną do Charged.

Pozostałe kawałki dryfują dość blisko w stronę Monster Magnet. Na szczęście nie za blisko, choć na granicy zrzynania. Nawet Eddie śpiewa trochę pod Wyndorfa. Przynajmniej wiadomo, czemu Dave wziął Nebulę na europejską trasę (z czego się niezmiernie cieszę). Jest przestrzennie, narkotykowo, bluesowo, transowo. Czyli dokładnie tak, jak być powinno.

Nebula tą EPką nie zaskoczyła, ale dała wskazówkę, jak będzie brzmieć nowy longplej. Będzie kosmiczniej niż zwykle i to mi się podoba.

Ocena: 6/10

dodaj komentuja | recenzje rock stoner |

Bruce Springsteen - Greatest Hits

Wpis na 0. poziomie, wysłany 18 października 2008 o 23:59:13

rok wydania: 1995
gatunek: rock
wydawca: Columbia Records

Dziś mija rok od założenia tego bloga, więc jest to najlepsza okazja, bym znów sięgnął po album bardzo ważny dla mnie. Tym razem zamiast oczywistości będzie album niesamowicie ważny, ale przez długi czas zapomniany. I tak, wiem, że to jest kompilacja, ale zacznijmy od początku.

Wszystko zaczęło się w 1995 roku. Moi rodzice, fani Bossa, kupują Greatest Hits, jeszcze na kasecie, żeby można jej było słuchać w samochodzie. Od tamtej pory Bruce towarzyszył mi w każdej podróży samochodem, ale także w domu odtwarzany w nieskończoność. A potem zająłem się dorastaniem. I zapomniałem o Nim na długi czas.

Przypomniałem sobie na dobre dopiero w zeszłym roku, kiedy ten album znów pojawił się u nas w domu, tym razem w wersji kompaktowej. Postanowiłem sobie go posłuchać, a wtedy uświadomiłem sobie, że wszystko znam, że niczego nie zapomniałem przez te kilka lat bez Niego. Każdy dźwięk wrył mi się w pamięć, gdy byłem małym szkrabem i pozostał tam do dziś.

Sam wybór piosenek jest oczywisty. Same wielkie hity od Born to Run do Streets of Philadelphia, a do tego jeszcze cztery całkiem nowe piosenki. Czyli jest i coś, dla tych, którzy dopiero przygodę z Bruce’em zaczynają, jak i dla tych, którzy kochają go miłością wielką (jak ja). Układ jest chronologiczny, czyli zaczynamy od nieśmiertelnego Born to Run, które od 1975 roku nie postarzało się ani o sekundę i nadal wyraża uczucia młodych ludzi chcących się wyrwać się ze swoich małych mieścin. I ten saksofon… po prostu rozpływam się, przenoszę się w czasie i przestrzeni do New Jersey ’75. W to samo miejsce zabiera mnie Thunder Road też z Born to Run. Badlands to takie tańcowanie w rytmach rock’n’rolla, ale z głębszym przesłaniem, tak charakterystycznym dla Bossa, dla którego słowo zawsze było bardzo ważne. The River, piosenka opowieść w stylu Dylana, przepiękna, ale i smutna. Hungry Heart to pierwszy singel Springsteena, który dotarł na sam szczyt Billboardu. Wiadomo, czemu. Świetna melodia, wyrazista perkusja, wszyscy to uwielbiają.

Przy Atlantic City zatrzymam się na chwilkę, bo to moja ukochana piosenka Bossa ever. Mógłbym policzyć na palcach jednej ręki piosenki, które działają na mnie tak, jak ona. Mogę jej słuchać bez końca. Niesamowicie smutna piosenka i bardzo nietypowa, jak na Bruce’a, ale już o tym pisałem przy okazji Nebraski, z której pochodzi, choć może napiszę o tym jeszcze raz. Tu jest tylko On i gitara, nic więcej. I jeszcze ten pogłos, który po prostu niszczy. Absolut? Tak, z całą pewnością. I pomyśleć, że to miała być tylko wersja demo, bo Bruce początkowo chciał nagrać Nebraskę z E Street Band.

Teraz zatrzymujemy się na stacji Born In the U.S.A., czyli najbardziej znanym albumie Bossa. Był rok ’84, więc mamy lata osiemdziesiąte pełną gębą. Wielokrotnie już pisałem, co myślę o tamtych latach. Krótko mówiąc: ssą. Jednak Springsteen jest tu wyjątkiem. Jego muzyka z lat osiemdziesiątych, mimo że ma wszystkie wady tamtych lat, czyli plastikowe brzmienie, kiczowatość, przeładowanie syntezatorami, to jednak nadal ją kocham, bo to Bruce i muzyka mojego dzieciństwa.

Z tego albumu (który był pierwszym albumem wydanym na płytach CD wyprodukowanych w USA, a nie sprowadzanych z Japonii, taka mała ciekawostka) na Greatest Hits trafiły aż cztery piosenki, więcej niż z jakiegokolwiek innego albumu. Mamy Dancing In The Dark, utwór tytułowy, My Hometown i Glory Days, wszystkie bardzo bruce’owe i bardzo ejtisowe. I każda z nich była singlem. Każdy zna przynajmniej Born In the U.S.A., którą wielu Amerykanów uważa za pochwałę kraju gwiaździstego sztandaru, cóż, chyba za bardzo się nie wsłuchiwali w tekst, bo jest to piosenka o tym, że w Ameryce wcale nie jest tak fajnie, jak się ludziom wydaje.

Brilliant Disguise to ostatni przystanek w latach osiemdziesiątych. Już mniej plastikowy niż czwórka z Born In the U.S.A., ale nadal ejtisowy. W latach 90 wita Human Touch jedna z moich ulubionych ballad Bossa. Better Days – równie spokojne, choć z Bruce’em nie mruczącym tekst, a wydzierającym sobie struny. Wreszcie Streets of Philadelphia, oscarowa piosenka, mająca w sobie delikatny posmak poprzedniej dekady.

I w końcu to, co dla starych fanów Bossa jest najważniejsze, czyli cztery nowe piosenki. Dwie z nich, Murder Incorporated i This Hard Land Springsteen napisał w 1982 roku, pierwsza miała nawet trafić na Born In The U.S.A. Dwie to kompozycje całkowicie nowe. Secret Garden - leniwa ballada, typowa dla Bossa z lat 90. Podobna troszkę do Streets Philadelphia, ale jeszcze ładniejsza, z lekko jazzowym feelingiem. Blood Brothers to powrót do folku, ale w większym gronie, bo z E Street Band.

I to już koniec tej muzycznej wędrówki do moich korzeni. Od Born to Run do This Hard Land, zabrakło na tej kompilacji dwóch pierwszych płyt Bossa, ale nie czyni jej to niepełną, bo dla mnie jest to składanka doskonała.

dodaj komentuja | recenzje rock |

Reverox - The Unexpected

Wpis na 0. poziomie, wysłany 16 października 2008 o 18:28:52

rok wydania: 2008
gatunek: rock
wydawca: Revetunes

Od kilku lat, wzorem brytyjskich kolegów, różne polskie media praktycznie co roku ogłaszają kolejny zespół „nadzieją polskiego rocka”. Czasem nazywają tak zespoły absolutnie nie zasługujące na to miano (choćby Coma i Cool Kids Of Death), czasem nazwą tak dobry zespół, jak zeszłoroczną nadzieję, czyli Muchy. W tym roku pojawiają się nieśmiałe na razie głosy, że nadzieją jest Reverox. Czy słusznie?

Zanim odpowiem na to pytanie, zacznę od tego, z czego Reverox są znani zwykłemu zjadaczowi chleba. Z reklam Open’era, w których za podkład robiła ich piosenka, Fire In Your Ears (która znalazła się na tej płycie), a co jest najbardziej zabawne w tym, to, to, że Reverox nie zagrali na tym festiwalu. Teraz możemy przejść do meritum, czy spróbowania odpowiedzenia na postawione we wstępie pytanie.

Najpierw trzeba zdefiniować kryteria, które musi spełniać „nadzieja polskiego rocka”. Jeśli ma to być zespół, który nagrał płytę bez kompleksów, której nie musi się wstydzić, która wygrywa porównania z zachodnimi produkcjami, idącą z duchem czasu, ale niepodążającą ślepo za trendami, to Reverox jest nadzieją polskiego rocka i to jedną z najbardziej rokujących na przyszłość. Jeśli jednak szukamy bardziej zbawcy, zespołu, który wprowadzi nowe trendy, odmieni scenę rockową, to niestety, Reverox nie spełnia tych wymagań, to po prostu trochę inna muzyczna bajka.

Bajka z Wysp, bo Reverox wpisuje się w tamtą scenę. Jest tanecznie, z wyrazistym basem, ale z drugiej strony brak tego, co najbardziej razi u Brytyjczyków: powtarzalności, przewidywalności, nudy i indie smętów. Reverox to rokendrolowcy z krwi i kości, choć czasem, aż się prosi o mocniejsze uderzenie albo więcej przesteru.

Ogromną zaleta Reverox jest nieprzewidywalność: Bullshit zaczyna się prawie, jak Rage Against The Machine, by przejść przez etap delikatniejszy, a w zwrotce znów wrócić w rejony RATM (ale oczywiście lżejsze). YYY to odwrócenie tego, co działo się w Bullshit, czyli zaczynamy delikatną, skocznie przycinaną gitarką, by w zwrotce stać się prawdziwym kilerem.

Druga duża zaleta to wokalista. The Unexpected to jedna z niewielu polskich płyt, na których nie razi kanciasty angielski, teksty (bardzo proste) są pozbawione idiotycznych błędów językowych. Choć czasem zdarzy mu się coś dziwacznie wymówić, ale są to przede wszystkim zabiegi artystyczne (żeby się ładniej rymowało na przykład). Michał wymyśla też bardzo fajne, wpadające w ucho melodie.

Trzecia zaleta to produkcja. Wszystko brzmi bardzo selektywnie , nic się nie zlewa, słychać każdą nutę basu i można dzięki niej naprawdę docenić rolę obydwu gitarzystów. Bębny brzmią naprawdę solidnie, z głębokimi dołami, nie ma poczucia płaskości, jak to już nieraz bywało na innych płytach. Naprawdę, za produkcję należą im się brawa.

The Unexpected jest taka, na jaką wskazuje tytuł. Niespodziewanie dobra, zaskakująca kompozycyjnie, bo chłopaki czasem ukradną motorykę QOTSA, czasem jakiś patencik Franz Ferdinand. Niesamowicie energetyczna, lepiej posłuchać sobie She’s Gonna Kill You niż wypić małą czarną. Wreszcie słychać, że to zespól mający pomysł na siebie, już na debiucie charakterystyczny styl. Chłopaki, Zachód czeka na was.

Ocena: 9/10

dodaj komentuja | recenzje rock |

Marnie Stern - This Is It and I Am It and You Are It and So Is That and He Is It and She Is It and It Is It and That Is That

Wpis na 0. poziomie, wysłany 11 października 2008 o 19:50:33

rok wydania: 2008
gatunek: math rock, noise pop
wydawca: Kill Rock Stars Records

Niecałe 20 miesięcy. Tyle minęło od wydania debiutu Marnie Stern In The Advance of the Broken Arm. W tym czasie Amerykanka zdążyła pojechać w trasę, wrócić i nagrać nową płytę . Jeśli dodam, że płyta wyciekła w połowie września, to tego czasu zrobi się jeszcze mniej. Jak na dzisiejsze czasy, tempo iście ekspresowe.

Na pierwszy rzut ucha nie zmieniło się nic. Marnie nadal wspomaga Zach Hill (który także wyprodukował obie płyty) na perkusji i John Reed-Thompson na basie. Tak samo jest mieszanka math rocka i noise popu z niesamowitymi partiami gitary.

Może od tej gitary zacznę. Jest porwana rytmicznie, jest karkołomna, Marnie uwielbia finger tapping, doprowadzając gitarę czasem do nintendopodobnych dźwięków á la Steve Vai, albo inny Satriani, ale w jej przypadku, o dziwo, to się broni. Do tych gitar dołączamy bębnienie Zacha Hilla, który ani na moment nie ustępuje tempa Marnie, czyli hałas i jazda na maksa gwarantowane. Na szczęście jest to szaleństwo kontrolowane.

Tym, co najbardziej odróżnia This Is It… od poprzedniej płyty Marnie to właśnie mniejsza chaotyczność. In the Advance of the Broken Arm było bardzo ciężko przesłuchać za jednym podjeście, a jeśli się już to udało, to musiałem od niej odpocząć przez kilka dni, choć była to bardzo płyta. Jest jeszcze coś. Najłatwiej byłoby to nazwać „nieśmiałą przebojowością”, ale pojęcie przebojowości zupełnie nie pasuje do muzyki, która gra Marnie. Może przystępność w takim razie? Z pewnością, płyty można słuchać prawie na okrągło. Niektóre motywy wkręcają się w głowę, jak początek Vault, czy fragment Steely w okolicy 1:20. Takie fragmenty mają wręcz radiowy potencjał, ale giną w kompozycyjnym zgiełku. Utwory na This Is It są przeładowane motywami, a mimo to świetnie się ich słucha.

Czy wspomniałem o tym, że Marnie oprócz grania na gitarze, śpiewa? Chyba nie. Może nie ma specjalnie mocnego czy charakterystycznego głosu, ale szepce, śpiewa, skanduje, nawet krzyczy i hipnotyzuje swoim głosem. Wszędzie jej pełno. A czasem jak wymyśli jakąś melodię to te wszystkie stękające popy się przy niej chowają. Najbardziej wybija się Package Is Wrapped z obłędnym powtarzaniem Re-arrange your mind i Vault, które przeplata świetne melodie z nintendowaniem i hałasem.

Dziewczęta, jeśli jakiś facet powie wam, że nie nadajecie się do gitary, albo, że dziewczyny to tylko do popu, puśćcie mu tę płytę i każcie przeprosić.

Ocena: 8/10

dodaj komentuja | math rock noise pop recenzje |

Kings Of Leon - Only By The Night

Wpis na 0. poziomie, wysłany 09 października 2008 o 22:31:21

rok wydania: 2008
gatunek: rock
wydawca: RCA Records

Kings of Leon do tej pory uważałem za jeden z wielu niemających dużo do zaoferowania zespołów, które wypłynęły na fali retro rocka. Żadna ich płyta nie zachwyciła mnie aż do teraz. Bo Kings of Leon zmienili się. Obcięli włosy i brody, zapomnieli o latach 60. i 70.

Jest za to duża dawka melancholii i smutku, jak choćby w przestrzennym, zamykającym płytę Cold Desert, w którym Caleb Followill rozlicza się ze swoją wiarą. Robi to tak, że normalnie ciarki przechodzą po plecach. I tu dość niespodziewanie pojawia się skojarzenie, którego w przypadku tego zespołu zupełnie się nie spodziewałem – The Twilight Singers. Może to ze mną jest coś nie tak, ale nie potrafię się pozbyć tego wrażenia. I jeszcze Caleb trochę jak Dulli śpiewa. Wybaczcie mi, wiem, że Dulli jest ostatnią osobą, która może pojawić się w recenzji Kings Of Leon, ale oni naprawdę się zmienili. Jeszcze, jakby tego było mało, Gregowy posmak pojawia się już na samym początku płyty, w Closer.

Followillowie zapomnieli o starych czasach, ale podstawą ich muzyki nadal pozostał blues. To bardzo amerykańska płyta, choć przenieśli się z Tennessee w stronę Nowego Jorku, czego dowodzi singlowe Sex On Fire, bardzo w stylu tych nowojorskich smutasów z Interpol, co niestety czyni ją najsłabszą na płycie piosenką. Wracając jednak do bluesa, najbardziej go słychać, we wspomnianym już przepięknie smutnym Closer i w wokalach każdej piosenki. Nawet w Crawl, które ze swoim sfuzzowanym basem przypomina Kasabian. Tych brytyjskich akcentów jest więcej, chociażby w Use Somebody.

To nie jest wesoła płyta. Caleb śpiewa o narkotykach, przypadkowym seksie, tym wszystkim, co kojarzy się z rokendrolowym życiem i żałuje, że to tak wyglądało. Wyglądało, bo chłopcy wydorośleli i nadszedł czas na rozliczanie się z przeszłością, z młodością chmurną i durną i z sobą samym.

To wyznanie gwiazd rocka, czasem zmęczonych sławą, mających wątpliwości, czasem chcących się mimo wszystko zabawić , zepsutych i zapijaczonych, ale przede wszystkim nareszcie wielkich. Do słuchania tylko nocą, bo o takich rzeczach nie śpiewa się za dnia.

Ocena: 9/10

5 komentujów | recenzje rock |

The Offspring - Rise And Fall, Rage And Grace

Wpis na 0. poziomie, wysłany 05 października 2008 o 20:55:09

rok wydania: 2008
gatunek: rock
wydawca: Columbia Records

Od razu przyznaję, że mam z tą płytą problem. Z jednej strony The Offspring to ciągle jeden z najważniejszych dla mnie zespołów, z drugiej od ich ostatniej płyty straciłem nadzieję, że nagrają coś na miarę Ignition czy chociażby Americany.

Rise and Fall, Rage and Grace wyszło w czerwcu i od tamtej pory miałem kilkanaście podejść do zrecenzowania tej płyty. Nie wychodziło mi to zbytnio, ale w końcu nadszedł czas na rozliczenia. Tak, jak rozliczyłem się z Echoes, Silence, Patience & Grace i Stadium Arcadium, musiałem to zrobić z nowym Offspringiem.

Początek nie zapowiada niczego złego, przeciwnie, zaczyna się bardzo dobrze. Half-Truism to stary dobry Offspring, gdzieś tak z okolic Conspiracy Of One, czyli momentu, gdy skręcali w stronę zwykłego rocka. Za to Trust In You to już prawdziwy powrót do przeszłości. Ignition się kłania. Po prostu miód na moje serce i uszy, aż się łezka w oku kręci. Tylko te klawisze w refrenie zostawiają niemiłe wrażenie i psują klimat.

Źle zaczyna się dziać już w You gonna go far, Kid. Początek, jak z jakiegoś koszmaru, zero pazura, słaba melodia. Przez chwilę się wydaje, że będą jakieś Conspiracy’owe klimaty, ale nie, to był tylko refren. Reszta to żenada, szczególnie pre-chorus. Ale nie to jest najgorsze.

Początek A Lot Like Me to wykapana ostatnia płyta Linkin Park. Za co? Na szczęście wcześniej jest dobry Hammerhead. Tylko dlatego nie umarłem na serce. Niby dalej w tym kawałku robi się offspringowo, ale ten początek to po prostu że-na-da. Wstydź się Dexter, to najgorsza rzecz, jaką napisałeś.

Take Me Nowhere też niestety nie zachwyca, a Kristy, Are You Doing Okay?… typowa amerykańska balladka, szybko wpada w ucho, jeszcze szybciej wypada. Do zapomnienia, tylko to nieznośnie skojarzenie z Green Day. Nothingtown to wolniejsze Want You Bad. Pięknie, autoplagiat. W tytułowym utworze rżną z American Idiot, no super… Pozostałe piosenki też nie są jakieś super.

Mimo tych narzekań Rise and Fall, Rage and Grace jest lepsza od Splinter, po prostu w końcu zdecydowali się pójść w kierunku, który zaczynali obierać na Conspiracy of One. Nie wiem, czy chcę za nimi podążyć, choć pewnie i tak na ich następną płytę będę czekał z wypiekami na twarzy.

Ocena: 5/10

dodaj komentuja | recenzje rock |

Mark Lanegan Band - Bubblegum

Wpis na 0. poziomie, wysłany 02 października 2008 o 00:25:34

rok wydania: 2004
gatunek: rock, blues
wydawca: Beggars Banquet Records

Choć minęły już cztery lata od wydania przez Marka Lanegana ostatniej solowej płyty, to ostatnio tak się rozpanoszył, że wypada ją przypomnieć. Tym bardziej, że jest bardzo dobra.

Zaczynamy od grobowej ballady When Your Number Isn’t Up, jednocześnie typowej i nietypowej dla Marka. Typowej, bo konstrukcja taka sama, jak wcześniej, podobny klimat, nietypowej, bo brzmienie ma zupełnie inne, dalekie od tego, co robił na swoich płytach. Jest brudno, brudniej niż na jego pierwszej solowej płycie, którą nagrał w złotych czasach grunge’u. To nietypowe, elektryczne brzmienie jest charakterystyczne dla całej tej płyty.

W singlowym Hit the City pojawia się pierwszy gość czyli Polly Jean Harvey, tworząca idealny duet z Laneganem. Mogłaby nagrać z nim coś więcej niż dwie piosenki na tej płycie. Płytę na przykład, coś w rodzaju jego współpracy z Isobel Campbell, ale wróćmy do piosenki. Jest niesamowicie przebojowa. Prosta, ale hipnotyzująca. Prowadzi ją świetny basowy riff.

W następnym kawałku tez pojawia się gość płci pięknej, Wendy Rae Fowler, była żona Marka. Gości na tej płycie Mark ma znamienitych: Dulli, Homme, Oliveri, Goss, McKagan, Stradlin. Wszyscy wnieśli swój osobisty wkład, ale całość jest utrzymana w knajpianym, bluesowo-rockowym Laneganowym stylu.

Metamphetmine Blues zabija. Niszczy każdą komórkę ciała. Wciąga zupełnie jak narkotyk. Można jej słuchać cały czas. Równie dobrze mogłaby się znaleźć na płycie QOTSA, nie tylko dlatego, że grają w niej Homme i Oliveri. To także jeden z kilku wyjątków, bo Bubblegum to przede wszystkim spokojne, klimatyczne piosenki, które snują się dostojnie.

Strange Religion to personalnie najciekawsze połączenie na płycie. Lanegan, Duff McKagan i Izzy Stradlin. Grunge kontra hair metal. Jaki tego wynik? Poniżej oczekiwań, to po prostu dobra ballada, bez rewelacji.

Jesteśmy już w połowie, czas więc na odrobinę ożywienia. Sideways In Reverse może nie jest tak mocna jak Methamphetamine Blues, ale to nadal kawałek niezłego rokendrola. Szybciej robi się też w Driving Death Valley Blues, prawdziwej jeździe bez trzymanki i Head, którego początek nieznośnie przypomina Scorpio Rising Death In Vegas.

Little Willie John to już klimaty mojej ukochanej płyty Marka, I’ll Take Care Of You. Come to me z Polly Harvey też, a Morning Glory Wine i kończący płytę naprawdę piękny i smutny utwór, Out of Nowhere przywodzą na myśl Whiskey for the Holy Ghost.

Udała się Markowi ta płyta. Zadowoli fanów Screaming Trees, Queens of the Stone Age, jak i tego, co robi Mark solo. Pozycja obowiązkowa.

Ocena: 9/10

6 komentujów | blues recenzje rock |

Blood Ceremony - Blood Ceremony

Wpis na 0. poziomie, wysłany 28 września 2008 o 21:57:10

rok wydania: 2008
gatunek: metal
wydawca: Rise Above Records

Od jakiegoś czasu retro granie jest w cenie. Cała nowa rockowa rewolucja to był powrót do korzeni. Teraz wraca się do lat 80. W metalu też się wraca do przeszłości. Blood Ceremony właśnie to robią.

Przepis na ich debiut jest prosty. Bierzemy pierwsze 4 płyty, dorzucamy klawisze i flet, wymieniamy Ozzy’ego na seksowną pannę, wrzucamy inspiracje starymi horrorami, średniowieczem, trochę innych zrzynaczy z Black Sabbath, szczyptę klasycznego doomu, gotycką mroczność. Et voila, mamy produkt gotowy do spożycia.

Jak smakuje ta płyta (ciągniemy dalej tę kuchenną metaforę)? Zaskakująco dobrze, smak jest znany, ale świeży dzięki przyprawom w postaci organów i fletu, którymi operuje wokalistka. Głos Allison też jest niczego sobie, mocny, dość niepokojący, mroczny. Chłopaki tez dają radę, grając klasycznie aż do bólu. Klimat pierwszych płyt Black Sabbath odtworzony w stu procentach.

Czasem nawet uda im się zaskoczyć słuchacz, jak w A Wine of Wizard folkowej miniaturce, mającej coś z muzyki dawnej, a przynajmniej postrzeganą za taką.

Teraz musimy przejść do przysłowiowej drugiej strony medalu. Spóźnili się z tą płytą jakieś 40 lat. Gdyby nie istniał Black Sabbath, byliby wielcy, ale Black Sabbath istnieje, więc Blood Ceremony pozostaje jedynie delikatną wariacją na ich temat.

I teraz najważniejsze pytanie. Czy to źle? Nie, bo w dzisiejszych czasach opanowanych przez smutasów z Emo-grzywkami, klony Joy Division, plastikowe brzmienie, lata 80. taka klasyczna płyta jest potrzebna. Bo ile razy można przesłuchać Sabbath Bloody Sabbath?

Ocena: 6/10

dodaj komentuja | metal recenzje |

Silver Rocket - Tesla

Wpis na 0. poziomie, wysłany 23 września 2008 o 21:15:00

rok wydania: 2008
gatunek: pop, rock
wydawca: Revolution 9

Nikola Tesla od swojej śmierci w 1943 jest otoczony nimbem tajemniczości. Zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach, jego mieszkanie przetrząsnęli agenci FBI, wynosząc z niego podobno 80 skrzyń różnych planów. Pod koniec życia Tesla głosił, że odkrył darmową energię, o jego wynalazkach krążą legendy. Nic dziwnego, że inspiruje również muzyków. Był już zespół Tesla, wielu artystów odnosiło się do niego do niego w swojej twórczości, a teraz do tego grona dołączyli Polacy z Silver Rocket z koncept albumem o tym geniuszu.

Koncept album. Co przychodzi wam na myśl, gdy słyszycie te słowa? Mnie nic dobrego: stare dziadki, kwiczący Cedric. No dobra, przesadzam trochę, by uwypuklić różnicę między, a niech będzie, TMV, a Silver Rocket. Tesla to koncept przystępny, momentami nawet popowy.

Weźmy na przykład Niagara Falls. Ładna melodia, krystaliczna produkcja. Miodzio. Kto śpiewa? Monika Brodka. I co? Żadnego obciachu, żadnego banału. Można robić taki pop w Polsce? Można, trzeba tylko chcieć. I to wcale nie znaczy, że są skazani na komercyjną porażkę, bo już ten singiel atakuje stacje radiowe.

Drugi taki przykład to If duet Tomka Makowieckiego z Marsiją. Uroczy, łatwy do zapamiętania refren, ale bez popadania w prostactwo. Żadnego chrząkania, nygerzenia, rapowania, jakbym przeniósł się w lata 90., gdy najważniejsza była melodia, aż się łezka w oku kręci.

Pozostałe piosenki nie są już takimi potencjalnymi hitami. New Yorker zaczyna się hipnotyzującym śpiewem Marsiji , a potem przechodzi w coś w rodzaju instrumentalnego jamu. Trochę psychodelicznie to brzmi, ale czego można się spodziewać po utworze o szaleństwie. Psychodelizujący jest też Vivekananda z sitarem w tle. A płytę kończy cover Space Oddity Davida Bowie.

Mariuszowi Szypurze, liderowi tego przedsięwzięcia udało się ożenić ideę koncept albumu z ambitnym popem. Świetna płyta, przyjemna w odbiorze nawet dla bardziej wymagającego słuchacz, choć nie wolno się po niej spodziewać przewrotu kopernikańskiego w muzyce. Polska płyta roku? Pewnie tak

Ocena: 9/10

1 komentuj | pop recenzje rock |

Trés.b - Scylla and Charybdis

Wpis na 0. poziomie, wysłany 18 września 2008 o 10:54:29

rok wydania: 2007
gatunek: rock, pop
wydawca: ISAM Records

Poznali się w liceum artystycznym w Danii. Ona, Misia, Polka, oni zewsząd. Oliver, pół-Holender, pół- Amerykanin. Tom, pół-Anglik, pół-Duńczyk. Potem dołączył Alex, pół-Holender, pół-Hiszpan. Mieszanka iście wybuchowa. A jak jeszcze dodam, że zaczynali od coveru Who the Fuck Polly Harvey, to robi się jeszcze bardziej interesująco.

Zaczyna się dość typowym intrem, czyli najpierw jest cicho i spokojnie, a potem głośniej. Głos Misi kojarzy się w tym momencie z siostrami Casady. Sam początek recenzji to dobre miejsce, by napisać coś więcej o Misi właśnie. A raczej jej iście kameleonowych zdolnościach. Czasem przypomina Polly, czasem wspomniane już panny Casady, czasem Joan Wasser, czasem nawet Bjork. Ciągle zaskakuje, raz śpiewa wysoko, raz nisko. I to w ciągu kilkunastu sekund. A jej barwa jest doprawdy przepiękna. Coś idealnego dla wielbicieli kobiecych wokali.

Muzycznie Trés.b mieszczą się w podobnych ramach, czyli szeroko pojętej alternatywy. Mają w sobie coś brytyjskiego, a jednocześnie czasem słyszę echa Myslovitz. Mają w sobie również amerykańskiego, czego najlepszym przykładem jest Ola, czy majstersztyk melancholii Flooding Empty Holes, który zaczyna się jak jakaś piosenka Joan as Police Woman, a potem przechodzi w rejony okołomysłowickie. Man Inside the Wolf to już bliższa strona Atlantyku. Tak biegają z jednej strony na drugą, bardzo miło się słucha tych ich podróży.

Całość ma bardzo miękki brzmienie, złagodzone, ale nie stępione. Kiedy trzeba pojawia się pazur, no może bardziej pazurek, bo Scylla And Charybdis to płyta spokojna, leniwa nawet, ale nie jednowymiarowa. Zaskakująco dużo dzieje się w tle, jakieś pogłosy, hałasy, delikatne eksperymenty. Album ma pogłos, jakby był nagrywany w ogromnym pomieszczeniu, ale na szczęście brzmienie jest selektywne i wyraźne.

Z tego leniwego, przyjemnego odrętwienia wyrywa słuchacza Raisin, dość mocny kawałek i dowód na to, że zaczynanie od Polly Harvey to nie był przypadek. Dobrze, że robi się taką muzykę, melodyjną, przyjemną, niby zwyczajną, ale wciągającą i nienudzącą się.

Ocena: 7/10

dodaj komentuja | pop recenzje rock |

The Gutter Twins - Adorata

Wpis na 0. poziomie, wysłany 13 września 2008 o 10:26:46

rok wydania: 2008
gatunek: rock
wydawca: iTunes/SubPop

Minęło raptem pół roku od wydania Saturnaliów, a już the Gutter Twins uraczyli nas EPką, co prawda z odrzutami z poprzedniej sesji, ale i rarytasami, czyli sytuacja podobna do tej z 2006, gdy The Twilight Singers najpierw wydali Powder Burns, a po nim A Stitch In Time. I tak, jak w tamtym przypadku, teraz też jest to swoiste uzupełnienie albumu.

Żeby było śmieszniej, Belles, cover Vetiver brzmi jak dokończenie The Lure Would Prove Too Much, które kończyło A Stitch In Time. To samo rozmyte, Twilightowe brzmienie, tylko Dulli na wokalu. Śliczny cover, ale nie odeszli daleko od oryginału.

Twilightowy jest też następny cover, Down The Line Jose Gonzaleza, który można było usłyszeć w Proximie. Rola Lanegana ogranicza się tylko do robienia chórków w refrenie. Tylko i aż, bo nadaje to piosence pewnego niepokoju i tajemniczości.

Trzeci cover, Deep Hit Of Morning Sun Primal Scream przynosi pewne zaskoczenie. Nie dość, że zmieniony na bardziej rockową modłę, to jeszcze Lanegan (bo tym razem jego jest więcej) w wyższych partiach przypomina… Chrisa Cornella z czasów świetności. Stara szkoła grunge’u się kłania.

Flow Like A River z repertuaru Eleven (nagrany w hołdzie dla zmarłej niedawno Natashy Shneider) to już całkowity powrót czasów flaneli. I Dulli, i Lanegan, który tym razem przypomina zmarłego Layne’a Staleya (szczególnie, gdy robi Yeah) i Chrisa Cornella, przypominają, że kiedyś byli grunge’owcami. Jest moc i brud, a raczej brud i moc. I ten niepowtarzalny klimat tamtych czasów . Jeden z najjaśniejszych punktów płyty.

W St. James Infirmary pojawia się pewien zgrzyt. Dość poważny. Bluesior to stary i klasyczny, i ciężki. Ta wersja mogłaby się znaleźć na I’ll Take Care Of You Marka, ale… no właśnie jest „ale”. Chłopcy wpadli na przegenialny pomysł śpiewania na przemian. Na Saturnaliach wychodziło to bardzo dobrze, na Flow Like A River też. A tu nie. Głos Dulliego ni w ząb nie pasuje do tej piosenki, za wysoki, za jasny ma głos i koniec. To powinien zaśpiewać tylko Lanegan. W Duchess Scotta Walkera znów króluje Lanegan , a piosenka mogłaby się spokojnie znaleźć na Dust Screaming Trees i nikt by nie wpadł na to, że to nie ich piosenka.

I skończyły się covery, przechodzimy do dania głównego, czyli dwóch odrzutów.

Spanish Doors jest już znane, pojawiło się na ich myspace’owej stronie. Typowa Guttersowa piosenka, jeśli można już wyodrębnić ich styl. Bardzo dobra, ale brak jej „tego” czegoś, więc nie znalazła się na płycie. Zupełnie inaczej rzecz dzieje się z We Have Met Before. Mroczna,smutna, laneganowa, z nieziemską, ale banalną zagrywką na banjo. Też typowa dla nich piosenka. I ma „to” coś. Powinna się znaleźć na płycie. Tylko gdzie? Pewnie zamiast Front Street, też by świetnie kończyła tę płytę, ale jestem w stanie zrozumieć ich decyzję. Dobrze, że chociaż nie chowali jej w szufladzie.

Co tu dużo gadać, chłopaki znowu nie zawiedli, jak zwykle. Czekam na więcej, też jak zwykle.

Ocena: 9/10

2 komentuje | recenzje rock |

Rachael - I Bet You Like Drugs Instead of Sex

Wpis na 0. poziomie, wysłany 05 września 2008 o 19:45:10

rok wydania: 2008
gatunek: rock
wydawca: Rachael

Warszawiaki z Rachael grają razem niecały rok, a już mają no koncie pierwszą EPkę, wydaną własnym sumptem, a jakże.

Już tytuł I Bet You Like Drugs Instead Of Sex zapowiada zawartość. Rock psychodeliczny raczej nie, bardziej indie granie z elementami psychodelii. Coś pomiędzy Black Rebel Motorcycle Club a dwiema ostatnimi płytami Queens of the Stone Age. Czyli to, co tygrysy lubią bardzo, jeśli nie najbardziej.

Najbardziej grzeje Juditha z obłędnym wokalem Olgi. O właśnie, niewątpliwą zaletą Rachael jes dwójka wokalistów Mike i Olga. Patent podobny na przykład do The Subways (spodziewajcie się, że do końca roku będą się pojawiać w prawie każdym tekście) i podobnie wykorzystany. Do złagodzenia chropowatego wokalu Mike’a, choć akurat tej piosence głos Olgi nadaje ostrości.

Świetny jest też Going Up In Smoke ujarana zielskiem pseudoballada. Ze świetną, trochę Joshową gitarą. Przypomina też spokojniejsze momenty BRMC, czyli w niej najbardziej słychać czemu Rachael mieści się tam właśnie.

V-66­ zaczyna się riffem bardzo, ale to bardzo przypominającym Smells Like Teen Spirit, wiadomo czyje. Na szczęście idzie w zupełną, bardziej pokręconą stronę. Na koniec zostawili All You Need Is Lead, trochę cygańskie, trochę hamerykańskie z solówką w stylu Neila Younga, gdzieś w środku psychodelicznie rozjeżdżające się. No nie mogli wybrać lepszego zakończenia płyty.

I Bet You Like Instead Of Sex najlepiej słuchać idąc w nocy ulicami wielkiego miasta, jak Nowy Jork, albo bardziej lokalnie, Warszawa. Wiecie, klimat podobny do Stories from the City, Stories from the Sea Polly Harvey.

Gdyby byli z Nowego Jorku albo z Londynu już mieliby kontrakt w kieszeni, a tak muszą gnić w podziemiu, przykre.

Ocena: 8/10

4 komentuje | recenzje rock |

The Subways - All Or Nothing

Wpis na 0. poziomie, wysłany 26 sierpnia 2008 o 11:57:52

rok wydania: 2008
wydawca: Warner Bros. Records
gatunek: rock

Jesteś zmęczony dzisiejszą sceną muzyczną Wielkiej Brytanii? Nie podniecają cię Arctic Monkeys, nie znosisz Bloc Party, dance punk uważasz za najgorsze, co przytrafiło się muzyce od lat 80., wolisz skakanie od kręcenia tyłkiem, tęsknisz za prawdziwymi rokendrolowcami? Mam dla ciebie idealny zespół. The Subways.

Zaczyna się dość niewinnie, ładnym motywem gitary, nie dajcie się jednak zwieść temu, bo już po kilku sekundach dostajemy kopa w twarz, czyli metalowy wręcz riff. Moc, proszę państwa. I ten świetny patent wokalny, najpierw on, potem zaraz ona, a w refrenie razem. Nigdy nie grali tak agresywnie, indie granie zostawili daleko za sobą, przenieśli się w bardziej rokendrolowe momenty. Gdzieś tak w okolice Foo Fighters (ale przed nagraniem ostatniej płyty). Posłuchajcie dokładnie początku Kalifornia. Potem robi się delikatniej, ale główny riff mógłby znaleźć się na In Your Honor, tylko wokale za mało krzykliwe, przystępniejsze takie, co jednak nie znaczy, że Billy nie potrafi się wydrzeć. Potrafi i to całkiem nieźle, co udowodnił w I Won’t Let You Down, krzyczy tam, jakby był jakimś screamowcem.

Kolejny mocny kop w szczękę to Shake! Shake! z obłędnym refrenem i krzykiem a la Dave Grohl. Dobrze im zrobiła trasa z Foo Fighters, nie ma co. Tym bardziej, że sami przyznają, że przede wszystkim piszą w trasie. Turnaround to powtórka z Oh Yeah, tylko dwa razy bardziej i dwa razy bardziej punkowo i fufajtersowo. Żywa moc.

Nie zapomnieli o swoich indie korzeniach, Move to Newlyn mogłoby spokojnie znaleźć się na debiucie, taka typowa brytyjska piosenka. Następne All Or Nothing też. Ten pierwszy spełnia rolę spowalniacza po pierwszych czterech killerach. Tytułowy kawałek ma przygotować nas na powrót mocy w I Won’t Let You Down i przede wszystkim w Obsession, kawałku, który Billy napisał razem z Charlotte jako terapię po rozpadzie ich związku. Sam Billy przyznawał w wywiadach, że gdyby nie to wydarzenie, ta płyta nie byłaby tak agresywna. Cóż, nie to, żebym mu źle w życiu osobistym, ale jeśli ma pisać takie piosenki…

Za konsoletą All Or Nothing usiadł Butch Vig, twórca sukcesów Nevermind Nirvany, Siamese Dream Smashing Pumpkins, o Garbage nie wspominając. Czyli jakość sama w sobie. Vig poprawił brzmienie, wykrystalizował je i wyostrzył tak, że tymi dźwiękami można ciąć drewno. Sam sprawdzałem. Butch miał też wpływ na stworzenie Strawberry Blonde, które miało być przerywnikiem, ale tak spodobało się producentowi, że kazał napisać resztę piosenki. Co z tego wyszło? Prześliczna ballada, wyznanie miłości Billy'ego do obecnej dziewczyny. A na koniec zostawili Lostboys, przyjemnie kołyszące do snu.

Trzeba im przyznać, że wybrali idealny tytuł. Poszli na całość, żadnych kompromisów. Zdobyli wszystko, nic nie zostawiając konkurencji. Billy, Charlotte, Josh, witamy w rokendrolowej ekstraklasie. I w dziesiątce najlepszych płyt tego roku.

Ocena: 9/10

6 komentujów | recenzje rock |

Bruce Springsteen - Nebraska

Wpis na 0. poziomie, wysłany 23 sierpnia 2008 o 16:44:32

rok wydania: 1982
wydawca: Columbia Records
gatunek: folk, country

Na początku lat 80. Bruce Springsteen był na fali wznoszącej. Już po Born To Run, ale jeszcze przed Born In the U.S.A, które wyniosło go na sam szczyt. Jednak miał na tyle silną pozycją, że mógł pozwolić sobie na eksperyment, płytę, która zaskoczy fanów i krytyków, której formę powtórzy kilkanaście lat później na The Ghost of Tom Joad .

Tym zaskoczeniem jest ascetyzm brzmieniowy. Bruce znany z rozbudowanych aranżacji, pełnych rozmachu, wielości instrumentów, jest tu sam. Tylko on, gitara i harmonijka ustna. Przypomina to kogoś? Oczywiście wielkiego idola Bruce’a, Boba Dylana. I tak, jak u Dylana słowo jest ważniejsze niż muzyka. Nie zrozumcie mnie źle, w twórczości Springsteena słowa były zawsze ważne, ale tu wysuwa się na pierwszy plan.

Wszystko zaczyna się od utworu tytułowego, inspirowanego filmem Terrence’a Malicka o seryjnym mordercy i jego dziewczynie. Opowiedzianego z pierwszej osoby. Taki niespringsteenowy to utwór. Nie ma chwytliwej melodii, Bruce śpiewa delikatniej i wyżej niż zwykle. To znów ukłon w stronę Dylana.

Jednak Springsteen nie byłby sobą, gdyby nie napisał choć jednego hitu. To Atlantic City, opowieść o ludziach próbujących zmienić swoje życie. Znów Bruce’owa klasyka. I jaka moc. To jeden z najlepszych utworów napisanych przez Springsteena. Ciary gwarantowane. Szczególnie w refrenie spotęgowanym pogłosem, który charakteryzuje ten album.

Nebraska nie spodobała się przeciętnemu amerykańskiemu słuchaczowi, sprzedawała się słabo, ale krytycy ją docenili. Zresztą nie tylko oni. Dwie piosenki skowerował na swojej płycie nie kto inny, jak wielki Johnny Cash. Wziął Johnny’ego 99, szybkie country, znów o przestępcy i Highway Patrolman balladę o policjancie i jego bracie. A wszystko gończy gorzkie Reason to Believe.

Bruce jak zwykle sięgnął do historii zwykłych ludzi, ale tym razem sięgnął ciemnej strony życia, nie ma tu optymizmu płynące z Born to Run. Ludzie popełniają błędy, wcale nie są tacy dobrzy na jakich wyglądają, ukrywają mroczne sekrety, uciekają przed przeznaczeniem, ale także kochają, mają marzenia, starają się godnie żyć. O tym wszystkim śpiewa Bruce na Nebrasce. I robi to świetnie jak zawsze, a nawet jeszcze lepiej. Udało mu się nagrać płytę przewyższającą Born to Run.

Ocena: 10/10

dodaj komentuja | country folk recenzje |

Alina Orlova - Laukinis šuo dingo

Wpis na 0. poziomie, wysłany 18 sierpnia 2008 o 15:42:22

rok wydania: 2008
gatunek: folk, acoustic
wydawca: Metro Music Records

W muzyce liczy się Zachód. To Stany dyktują trendy, Brytania też, ale w mniejszym stopniu. Wschód pozostaje białą plamą. Artystów pochodzących zza Odry, którzy wybili się na świecie można policzyć na palcach jednej ręki. To niewiele, biorąc pod uwagę potencjał, jaki się tam kryje. Na szczęście, dzięki Internetowi i jego wynalazkom szanse powoli się wyrównują. I można znaleźć takie perełki, jak tę dwudziestoletnia Litwinkę.

Alina śpiewa po litewsku, rosyjsku i angielsku. Nic w tym dziwnego, jej matka jest Rosjanką, ojciec Polakiem, a spotkali się w Kazachstanie, a Alina chodziła do litewskiej szkoły, mimo że większość mieszkańców Visaginas to Rosjanie. W swojej muzyce łączy wpływy rosyjskie, litewskie, a nawet żydowskie.

Śpiewanie po litewsku zapewnia egzotykę, bo to język, który nie jest do niczego podobny. Ewentualnie do łaciny albo sanskrytu, ale kto normalny zna te dwa języki? Tak więc, jej teksty pozostają tajemnicą dla większości ludzi. I tu następuje miejsce na prywatę, miejsce, w którym recenzent napisze coś o sobie. Otóż litewski nie jest dla mnie całkowicie tajemniczy. Niezły szpan, co? Mogę więc przybliżyć mniej więcej jej teksty. Ale zrobię to później.

Muzycznie Alina zajmuje rejony niedaleko Tori Amos. Nie tylko dlatego, że jest ruda i gra na fortepianie. Nie zrzyna, jest bardziej folkowa, ale podobnie skromna aranżacyjnie, jak Tori na Boys for Pele. Najbardziej to podobieństwo słychać w Nesvarbu. Muzyka Aliny jest też bardziej bajkowa, dziecięca i niewinna, a to przede wszystkim dzięki jej głosowi. Ta dziecięcość i bajkowość przywołuje na myśl CocoRosie, ale Alina używa normalniejszych instrumentów.

Piosenki należą do kategorii za krótkich, rzadko która przekracza dwie i pół minuty, na przykład moja ulubiona, Lijo, czyli Padało ma niecałe dwie minuty. Bardzo piękne dwie minuty. Najdłuższa, Slėpynes to dokładnie trzy minuty. Teksty, tak jak i muzyka należą do świata magicznego, realnego, ale trochę innego. Paskutinio Mamuto daina to opowieść ostatniego mamuta, Mėnulis to piosenka o Księżycu, gdzie dają dobre jedzenie za darmo, nie ma samochodów i wojen, dzieci nie mają anginy, nikt nie musi iść do szkoły, ale czemu jest on aż tak daleko. Zasadniczą część płyty kończy Twinkle, Twinkle Little Star, angielska kołysanka.

Laukinis šuo dingo trwa pół godziny. Krótko, ale jednocześnie wystarczająco długo, by zakochać się w muzyce Aliny Orlovej.

Ocena: 8/10

7 komentujów | folk nie wiem ale fajne recenzje |