wieczur@jabberpl.org


The Black Tapes - Black City EP

Wpis na 0. poziomie, wysłany 29 października 2008 o 23:54:12

rok wydania: 2007
gatunek: rock, punk
wydawca: Warsaw City Rockers Records

Na słowa polski punk do niedawna reagowałem dość alergicznie. Kultowości Kultu nigdy naprawdę nie mogłem zczaić, oldskul i klasyka do mnie nie przemawiają, a Pidżamę Porno i podobne wynalazki pozostawię bez komentarza. Aż tu nagle pojawili się The Black Tapes.

No, nie tak z nicości, bo panowie strunowcy (gitarzysta i basista) to ziomki znane choćby z mojego ulubionego Elvis Deluxe. Pozostała dwójka to też dość znane postaci warszawskiej sceny niezależnej. Nie tak znowu nagle, bo działają już ponad dwa lata, ale oczywiście jestem strasznie zapóźniony w tych sprawach.Black City EP to szybki i konkretny strzał w pysk. Nie zdążysz pozbierać się do kupy, a tu już koniec. Średnia długość kawałków to 2 minut z małym hakiem, a na płycie jest ich 4.

Najbardziej rajcujące momenty to Black Tapes i Love Letter. Ten pierwszy zabija od samego początku. Wejście perkusji, zwrotki, refren, wszystko ma jedno zadanie, poderwać cię z krzesła na nogi, a potem znokautować. Taki punk to ja rozumiem. Z przytupem, melodią, energią, bez prostactwa, z nerwem, z rokendrolem. Buja dokładnie tak, jak powinien. Robicie imprezę w troszkę mocniejszych, gitarowych klimatach? To puśćcie Black Tapes, rozwali wszystkich, gwarantuję. Love Letter to przede wszystkim superaśna gitara i harmonie wokalne. I oczywiście energia zmuszająca do czegoś więcej niż tylko tupania nóżką. Ładunek energetyczny jest porównywalny do Relationship Of Command (i to jedyna wspólna cecha z At the Drive-In, no może Tolly jest trochę podobny do Jima Warda).

Black City i Starlight Story to również niesamowite killery, jakich mało, ale nie z tak niszczącym ładunkiem przebojowości. Pierwszy zaczyna się filmową wstawką wprowadzającą w klimat wielkiego miasta nocą. Drugi zapada w pamięć przede wszystkim dzięki skandowaniu w refrenie.

Ocena: 8/10

dodaj komentuja | punk recenzje rock |

Nick Oliveri & the Mondo Generator - Dead Planet: SonicSlowMotionTrails

Wpis na 0. poziomie, wysłany 29 października 2007 o 23:25:32

rok wydania: 2006/2007
gatunek: punk/hard rock
wydawca: Mother Tongue Records/ Suburban Noize Records

Nick Oliveri. W Queens of the Stone Age odpowiedzialny za przysłowiowe “darcie mordy” i granie na basie. Prywatnie przyjaciel Josha Homme od lat szczenięcych. Idylla trwała do roku 2004. gdy Josh wyrzucił niesfornego łysola za naganny tryb życia i (jak się to później okazało) bicie dziewczyny. Nick obsmarował rudzielca, mówiąc, że pan Homme to wredny, apodyktyczny typ. Jak już ochłonęli to weszli do studia. Znaczy Josh wszedł nagrywać Lullabies to Paralyze, a Nick odkurzył swój projekt Mondo Generator (w którego skład wchodził kiedyś też Joshua) i zmienił mu nazwę na Nick Oliveri and The Mondo Generator.

Jak to ładnie zauważył recenzent na allmusic.com, jeśli ktoś uważa, że jaja i wykop QOTSA gdzieś zaginęły na Lullabies, znajdzie je na Dead Planet. Prawdy w tym stwierdzeniu jest sporo, bowiem Mondo Generator od zawsze grało punk. Nie taki ramonesowski, oparty na dwóch akordach (choć na płycie jest cover Mental Hell Ramonesów), ani taki niechlujny i anarchistyczny jak Sex Pistols. Punk w wykonaniu zespołu Nicka jest nieokrzesany, pędzący, brutalny, znaczy porządny i rasowy. Taki przepełniony słońcem Kalifornii i podobny do mojej ukochanej piosenki QOTSA, czyli You Think I ain’t worth a dollar, but I feel like a millionaire.

Z drugiej strony, to z tym punkiem, to trochę przesadziłem, bo na Dead Planet jest tez sporo szeroko pojętego rocka: od psychodelicznego hard rocka (Like a Bomb) przez desert rock (Lie Detector) do balladowo-akustycznego Take Me Away.

Formuła zespołu nie zmieniła się w porównaniu do wcześniejszych płyt. Jest Nick i jego goście. Znany sposób na zespół, bo przecież w QOTSA jest tak samo. Pan Oliveri zagrał większość partii gitar i basu, na perkusji też trochę sobie pobębnił. Zrobił się z niego prawdziwy multiinstrumentalista. Chyba rozstanie z Joshem zrobiło mu dobrze, bo przestał być postrzegany jako łysy basista QOTSA, a zaczął jako pełnoprawny i bardzo utalentowany muzyk i kompozytor.

Ocena: 9/10

PS. 17 lipca tego roku wyszła amerykańska edycja albumu ze zmienionym artworkiem, kolejnością utworów, powrotem do nazwy Mondo Generator i zmianą tytułu na Dead Planet.

PS2. Ich koncerty to miażdżąca miazga i walec przetaczający się po słuchaczu. Wiem, bo byłem.

4 komentuje | punk recenzje rock |