wieczur@jabberpl.org


Sigur Rós - Hvarf-Heim

Wpis na 0. poziomie, wysłany 28 stycznia 2008 o 19:45:42

rok wydania: 2007
gatunek: post-rock
wydawca: XL Records

Sigur Rós nie byli dla mnie objawieniem. Nie spuszczałem się nad Ágætis Byrjun. Nie czekałem na żadną ich płytę z wytęsknieniem. Byli dla mnie jednym z tych kultowych zespołów, które mnie nie oczarują. Takie tam pedalskie brzdąkanie, bez zbędnych podniet. Los chciał, że w tym roku (po zastanowieniu: już w zeszłym) święty Mikołaj dostał błędne dane, bo pod choinką znalazłem właśnie ostatnie wydawnictwo Islandczyków.

Opakowanie takie fajne jest, jakby dwie płyty złączone w jedną. No i dobra zapuszczam Hvarf. Salka zaczyna się dobrze, gitara taka trochę przypominająca mi Explosions in the Sky. W ogóle to nie przypomina mi tego, co słuchałem i słyszałem o nich wcześniej. Pozytywne zaskoczenie. Hvarf ma taką zimową, surową okładkę, która idealnie oddaje klimat tej EP-ki (bo dla mnie to dwie EP-ki wydane razem są). Jest zimno, ale spokojnie, żadnych zaskoczeń. No i ciemno jest też. Von atakuje zawodzącymi skrzypkami, czyli wszystko w normie – smęty. Urokliwe, ale że od razu kultowe? Bez przesady. Ożywienie wnosi Hjómalind, szybszy i mniej smętny od pozostałych. Krótkie jednak to ożywienie, bo potem znów wracamy do smęcenia. Finał płytki, czyli Hafsól jest trochę ponad moje siły, skróciliby go o połowę, byłoby dużo lepiej.

Druga płytka, Heim to nagrania akustyczne. Czyli jeszcze większe smęty. I już początek Samskeyti potwierdza moje podejrzenia. Długi fortepianowy wstęp mógłby uśpić prawie każdego, oprócz hardkorowych fanów SR. Normalnie, jakby się zapętlili w automacie. Pięć minut to trwa. Przynajmniej 3 za długo. Już zaraz za nim Staralfur, jeden z niewielu, które znałem wcześniej. No taki fajny, przytulny jest, ale brakuje mu... Mocy raczej nie, bo nie o moc chodzi w tym zespole, może energii? Ale przecież nie jest ona ich celem. W każdym razie ten kawałek jest jak dla mnie za spokojny, wiem, że tak miało być, ale po prostu do mnie to nie trafia. I tak jest z resztą tej płyty. Za wolno, za spokojnie jak dla mnie. Można posłuchać, ale na dłuższą metę męczy to.

Mojej dziewczynie podoba się Hvarf/Heim, mnie tak średnio. Ona bardzo lubi takie smęty, ja niekoniecznie (choć kocham Tori Amos). W sumie jestem zadowolony z tego prezentu, bo jakieś smęty przydadzą mi się na zimne, chłodne dni, gdy zmęczy mnie gitarowe łupanie.

Ocena: 6/10

1 komentuj | post-rock recenzje |