wieczur@jabberpl.org


The Killers - Day & Age

Wpis na 0. poziomie, wysłany 24 stycznia 2009 o 19:03:03

rok wydania: 2008 gatunek: pop rock
wydawca: Island Records


W ciągu ostatnich dwóch miesięcy swoje trzecie płyty wydały dwa z najważniejszych zespołów początku XXI wieku. Na pierwszy ogień poszli The Killers, którzy musieli się zrehabilitować za zupełnie nieudane Sam’s Town.

Największą bolączką poprzedniej płyty było zagubienie lekkości, która charakteryzowała Hot Fuss i od pierwszych dźwięków słychać, że Amerykanie wrócili do formy. Losing Touch to murowany przebój, ale i wyznacznik brzmienia całej płyty. Całkowitą dominację przejmują klawisze a gitary pobrzmiewają gdzieś w tle. Singlowy Human dodaje do tego krajobrazu taneczność, czy może nawet dyskotekowość. Czyli popadli ze skrajności w skrajność, bo na Sam’s Town dominowało brzmienie gitar.

Spaceman to już czysty pop, zalatujący banałem i korporacyjnością, oj nieładnie chłopaki, nieładnie. Gdzie podziała się ta zadziorność z debiutu? Choć i tak jest lepiej niż na Sam’s Town, gdzie nic nie było tak, jak powinno, a tu przynajmniej są melodie.

Zupełnie zaskakuje Joy Ride, brzmi jak soundtrack z amerykańskich filmów akcji z lat 70., czyli jest po prostu funk + dyskotekowa pulsacja. No i oczywiście obowiązkowe solo na saksofonie. Dla mnie bomba, szkoda, że nie ma tu więcej takich kawałków.

Pociągnijmy jeszcze wątek dobrych stron Day And Age. Kończące płytę Goodnight, Travel Well to jak na nich monumentalna piosenka, dostojna, powolna, po prostu piękna. A z szybszych rytmów na wyróżnienie zasługuje A Dustland Fairytale.

In minus trzeba im zapisać wokal Brandona, który coraz bardziej zbliża się do Bono. Nie tędy droga, nie próbujcie być nowym U2, to się wam nie opłaci.

I już. Nic więcej nie da się o tej płycie napisać. Jest lepiej, niż na Sam’s Town, ale Day and Age to dowód na to, że na powrót do poziomu Hot Fuss nie ma już co liczyć

Ocena: 6/10

6 komentujów | pop recenzje rock |

Ladyhawke - Ladyhawke

Wpis na 0. poziomie, wysłany 16 stycznia 2009 o 20:45:51

rok wydania: 2008
gatunek: pop
wydawca: Island Records

Nazywa się Philippa Brown, dla przyjaciół Pip, choć świat zna ją jako Ladyhawke. Pochodzi z niewielkiego miasteczka Masterton niedaleko Wellington w Nowej Zelandii. Cierpi na syndrom Aspergera. I nagrała najlepszy debiut zeszłego roku.

Magiczne słowa, które najlepiej charakteryzują tę płytę to „lata osiemdziesiąte. Tak, te lata osiemdziesiąte, będące dla mnie uosobieniem kiczu, wiochy i obrzydliwie płaskiego brzmienia perkusji. Jednak Pip udało się z tamtej wyciągną coś wartościowego, melodie na przykład.

Tak, melodie decydują o sile tej płyty. Melodie wkręcające się do głowy, niesamowicie przebojowe refreny, jak na przykład w Better Than Sunday, choć tych wyśmienitych refrenów jest jeszcze 12.

Z lat 80. Pip wzięła też taneczność i syntezatory oraz taki ogólny posmak, ale na szczęście trzyma się z daleka od obciachu. Najbardziej ejtisy słychać we wspomnianym dyskotekowym Better Than Sunday z obłędnym refrenem, od którego zaczęła się moja miłość do Nowozelandki oraz w Back Of the Van, które nawet klip ma ejtisowy. Another Runaway przypomina Kylie, tylko bardziej rockową. Zdecydowanie rockowy jest mój faworyt na płycie Love Don’t Live Here prowadzone przez świetny, charakterystyczny riff, kóry (wybaczcie moje zboczenie) ma w sobie coś z Branta Bjorka (choć bardzo wątpliwym jest, by Pip wiedziała kim on jest), ale oczywiście kawałek idzie w inną, dużo bardziej taneczną stronę. Do tańca zachęca również Professional Suicide.

Ladyhawke to świetna płyta na obecną pogodę. Nie, nie jest smutna, ale świetnie ładuje baterie i pobudza do życia. No i świetnie się śpiewa razem z Pip, gdy nikt nie widzi ;)

Ocena: 8/10

dodaj komentuja | pop recenzje |

The Killers - Hot Fuss

Wpis na 0. poziomie, wysłany 16 grudnia 2008 o 23:33:19

rok wydania: 2004
gatunek: pop rock
wydawca: Island Records

The Killers właśnie wydali Day & Age. To doskonała okazja, by przypomnieć ich debiut, płytę niezwykle ważną dla mnie. Z różnych powodów.

Znów zrobi się wspominkowo. Killersów poznałem dzięki MTV2. Pierwszy singiel, Somebody Told Me nie zachwycił mnie wtedy. To znaczy piosenka podobała mi się, ale nie rzuciła na kolana. Jak łatwo się domyśleć zrobił to następny singiel, Mr. Brightside, jedna z najlepszych piosenek, jakie w ogóle powstały. A w połączeniu z czarno-białym teledyskiem (to jedyny słuszny teledysk do tej piosenki, ten drugi dla mnie nie istnieje). Robiłem nawet tak, że po powrocie do domu ze szkoły włączałem MTV i czatowałem tylko po to, żeby obejrzeć ten teledysk. Potem strasznie rozpaczałem, że Hot Fuss nigdzie nie można kupić, nawet w Holandii, gdzie byłem na wakacjach. Dopiero we wrześniu udało mi się ją dorwać w empiku i oczywiście kupiłem ją bez wahania. Tak zaczęła się moja miłość do Brandona i spółki (niestety, mocno nadwyrężona przez Sam’s Town).

Ale, powtarzając pytanie z recenzji Relationship of Command, co jest w tej płycie rozkładającego na łopatki? Przede wszystkim melodie. Na płycie jest 12 piosenek (licząc z bonusowym Glamorous Indie Rock And Roll), 11 to przeboje (o tym jednym wyjątku później) wkręcające się w głowę z niesamowitą łatwością i bez poczucia obciachu. Żeby tylko wymienić tylko te najdoskonalsze: Mr. Brightside, Jenny Was A Friend of Mine, On Top, Somebody Tlod Me, Midnight Show, Andy You’re A Star. Teraz więc zajmiemy się nimi trochę dokładniej.

Mr. Brightside to piosenka doskonała. Od gitar przez wokal, tekst o zazdrości, na samym (dość nietypowym) układzie piosenki kończąc. Po prostu mistrzostwo. Brak mi słów, lepiej jej posłuchać samemu i zrozumieć, dlaczego jest tak niesamowita. On Top to piosenka, która pokazał mi, że klawisze to nie tylko wiocha. I ten refren, rozpływam się przy nim, bezwstydnie przebojowy, choć Somebody Told Me to jeszcze bardziej bezwstydnie popowy przebój. Można je tak wymieniać bez końca.

Kolejną zaletą Hot Fuss jest to, że wyróżniali się z zalewu noworockowych, miałkich zespołów, o których dziś nikt nie pamięta. Wtedy nie znosiłem tego nurtu, dziś kojarzy mi się z beztroskim gimnazjalno-licealnym okresem w moim życiu, ale regularnie wracam tylko do nich, tylko do Hot Fuss.szkoda, ze nie udźwignęli ciężaru drugiej płyty.

Tak rozpływam się nad Hot Fuss, że niemal zapomniałem o jej wadzie. Na imię jej Everything Will Be Alright. Nie dość, że pasuje do reszty, jak pięść do oka (przetwarzane wokale) to jeszcze jest tak żałośnie słaby, że nie da się go dosłuchać do końca. Powinni się go wstydzić do tej pory. Tak zepsuć genialną płytę. No nie wiem, jak oni mogli to zrobić.

Hot Fuss miało na mnie ogromny wpływ, otworzyła mi głowę na nowe nurty i po prostu jej słuchanie sprawia mi niesamowitą radość , mogę jej słuchać bez przerwy, nie tylko z powodów sentymentalnych. Doskonała popowa płyta i nawet koszmarek w postaci Everything Will Be Alright nie przeszkadza w ogólnym rozrachunku(po prostu go nie słucham)

Ocena: 10/10

2 komentuje | pop recenzje rock |

Silver Rocket - Tesla

Wpis na 0. poziomie, wysłany 23 września 2008 o 21:15:00

rok wydania: 2008
gatunek: pop, rock
wydawca: Revolution 9

Nikola Tesla od swojej śmierci w 1943 jest otoczony nimbem tajemniczości. Zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach, jego mieszkanie przetrząsnęli agenci FBI, wynosząc z niego podobno 80 skrzyń różnych planów. Pod koniec życia Tesla głosił, że odkrył darmową energię, o jego wynalazkach krążą legendy. Nic dziwnego, że inspiruje również muzyków. Był już zespół Tesla, wielu artystów odnosiło się do niego do niego w swojej twórczości, a teraz do tego grona dołączyli Polacy z Silver Rocket z koncept albumem o tym geniuszu.

Koncept album. Co przychodzi wam na myśl, gdy słyszycie te słowa? Mnie nic dobrego: stare dziadki, kwiczący Cedric. No dobra, przesadzam trochę, by uwypuklić różnicę między, a niech będzie, TMV, a Silver Rocket. Tesla to koncept przystępny, momentami nawet popowy.

Weźmy na przykład Niagara Falls. Ładna melodia, krystaliczna produkcja. Miodzio. Kto śpiewa? Monika Brodka. I co? Żadnego obciachu, żadnego banału. Można robić taki pop w Polsce? Można, trzeba tylko chcieć. I to wcale nie znaczy, że są skazani na komercyjną porażkę, bo już ten singiel atakuje stacje radiowe.

Drugi taki przykład to If duet Tomka Makowieckiego z Marsiją. Uroczy, łatwy do zapamiętania refren, ale bez popadania w prostactwo. Żadnego chrząkania, nygerzenia, rapowania, jakbym przeniósł się w lata 90., gdy najważniejsza była melodia, aż się łezka w oku kręci.

Pozostałe piosenki nie są już takimi potencjalnymi hitami. New Yorker zaczyna się hipnotyzującym śpiewem Marsiji , a potem przechodzi w coś w rodzaju instrumentalnego jamu. Trochę psychodelicznie to brzmi, ale czego można się spodziewać po utworze o szaleństwie. Psychodelizujący jest też Vivekananda z sitarem w tle. A płytę kończy cover Space Oddity Davida Bowie.

Mariuszowi Szypurze, liderowi tego przedsięwzięcia udało się ożenić ideę koncept albumu z ambitnym popem. Świetna płyta, przyjemna w odbiorze nawet dla bardziej wymagającego słuchacz, choć nie wolno się po niej spodziewać przewrotu kopernikańskiego w muzyce. Polska płyta roku? Pewnie tak

Ocena: 9/10

1 komentuj | pop recenzje rock |

Trés.b - Scylla and Charybdis

Wpis na 0. poziomie, wysłany 18 września 2008 o 10:54:29

rok wydania: 2007
gatunek: rock, pop
wydawca: ISAM Records

Poznali się w liceum artystycznym w Danii. Ona, Misia, Polka, oni zewsząd. Oliver, pół-Holender, pół- Amerykanin. Tom, pół-Anglik, pół-Duńczyk. Potem dołączył Alex, pół-Holender, pół-Hiszpan. Mieszanka iście wybuchowa. A jak jeszcze dodam, że zaczynali od coveru Who the Fuck Polly Harvey, to robi się jeszcze bardziej interesująco.

Zaczyna się dość typowym intrem, czyli najpierw jest cicho i spokojnie, a potem głośniej. Głos Misi kojarzy się w tym momencie z siostrami Casady. Sam początek recenzji to dobre miejsce, by napisać coś więcej o Misi właśnie. A raczej jej iście kameleonowych zdolnościach. Czasem przypomina Polly, czasem wspomniane już panny Casady, czasem Joan Wasser, czasem nawet Bjork. Ciągle zaskakuje, raz śpiewa wysoko, raz nisko. I to w ciągu kilkunastu sekund. A jej barwa jest doprawdy przepiękna. Coś idealnego dla wielbicieli kobiecych wokali.

Muzycznie Trés.b mieszczą się w podobnych ramach, czyli szeroko pojętej alternatywy. Mają w sobie coś brytyjskiego, a jednocześnie czasem słyszę echa Myslovitz. Mają w sobie również amerykańskiego, czego najlepszym przykładem jest Ola, czy majstersztyk melancholii Flooding Empty Holes, który zaczyna się jak jakaś piosenka Joan as Police Woman, a potem przechodzi w rejony okołomysłowickie. Man Inside the Wolf to już bliższa strona Atlantyku. Tak biegają z jednej strony na drugą, bardzo miło się słucha tych ich podróży.

Całość ma bardzo miękki brzmienie, złagodzone, ale nie stępione. Kiedy trzeba pojawia się pazur, no może bardziej pazurek, bo Scylla And Charybdis to płyta spokojna, leniwa nawet, ale nie jednowymiarowa. Zaskakująco dużo dzieje się w tle, jakieś pogłosy, hałasy, delikatne eksperymenty. Album ma pogłos, jakby był nagrywany w ogromnym pomieszczeniu, ale na szczęście brzmienie jest selektywne i wyraźne.

Z tego leniwego, przyjemnego odrętwienia wyrywa słuchacza Raisin, dość mocny kawałek i dowód na to, że zaczynanie od Polly Harvey to nie był przypadek. Dobrze, że robi się taką muzykę, melodyjną, przyjemną, niby zwyczajną, ale wciągającą i nienudzącą się.

Ocena: 7/10

dodaj komentuja | pop recenzje rock |

Angelfish - Angelfish

Wpis na 0. poziomie, wysłany 05 sierpnia 2008 o 22:28:14

rok wydania: 1994
gatunek: rock, pop
wydawca: Radioactive records

Angelfish zostanie zapamiętany przede wszystkim (jeśli nie tylko) jako zespół, w którym śpiewała Shirley Manson, zanim przeszła do Garbage. Całkiem niesłusznie, czego dowodzi ich jedyna płyta.

Oczywiście pierwsze skojarzenia i porównania muszą prowadzić do Garbage. Ta sama frontmenka, głos ten sam. Czyli oczywistości. Ale nie tylko osoba Shirley Manson łączy te dwa zespoły. Większość piosenek z tej płyty, wyprodukowanej przez członków The Talking Heads, mogłaby się znaleźć na debiucie Garbage. Taki King of the World na przykład. Podobne w brzmieniu i rytmie do Only Happy When it Rains. Albo końcowe The End, ballada, która po drobnych brzmieniowych zabiegach mogłaby się kończyć każdy album Garbage. Takich podobieństw jest jeszcze więcej.

Otwierający Dogs In a Cage zaczyna się świetnymi bębnami. Brzmienie perkusji, pełne, solidne, dudniące to, to, co tygrysy lubią najbardziej. Na szczęście bębny brzmią tak na całej płycie, ale wróćmy do otwieracza, który wciąga i zapowiada świetną płytę: mroczną, ale jednocześnie bardzo melodyjną, czerpiącą trochę z The Cure, trochę z rocka gotyckiego i bardzo brytyjską.

To łączenie melodii i drapieżnych gitar pojawi się też na Garbage. Wygląda na to, że Shirley miała duży wpływ na zespół już od samego początki. Mocna musi być z niej babka, skoro zdominowała trzech facetów.

Suffocate Me to mroczniejsza i mocniejsza strona płyty. Mniej tu melodii, a więcej zgiełku i klimatu. Podobnie rzecz ma się z Mummy Can’t Drive. Zupełnym przeciwieństwem tych piosenek jest You Can Love Her, cover Holly Vincent, piosenka weselsza i melodyjna.

Najmocniejszym punktem w zestawie jest King of the World murowany kandydat do podboju stacji radiowych. Oczywiście w 1994 roku, bo tak się dziś nie gra. Z tego wniosek taki, że Angelfish się zestarzało. To prawda, ale nadal jest to świetna płyta.

Można by rozpaczać, że się rozpadli, ale byłoby to bardzo krótkowzroczne, bo przecież Garbage to naprawdę niesamowicie dobry zespół.

Ocena: 9/10

2 komentuje | pop recenzje rock |

Tim Vanhamel - Welcome to the Blue House

Wpis na 0. poziomie, wysłany 08 czerwca 2008 o 02:13:05

rok wydania: 2008
gatunek: pop rock
wydawca: Loud Tongues

Nie ukrywam, że, choć Millionaire bardzo lubię, to o tym, że ich lider wydaje solową płytę, dowiedziałem się kilka dni przed jej premierą. Zaskoczony, ale i pełen nadziei, sięgnąłem po nią.

Pierwsze spotkanie z Welcome to the Blue House było bolesne. Bardzo bolesne. Zupełnie nie tego oczekiwałem. Millionaire to był ogień, rzężące gitary, połamany rytm, przesterowany, krzykliwy wokal, naturalnym było więc, że chciałem, by solowy Vanhamel był utrzymany w podobnej stylistyce. Zamiast tego otrzymałem… zwykły pop rock. Zniechęcony tym, że Tim tak zmiękł, rzuciłem płytę w kąt i zapomniałem o niej.

Przypomniałem sobie o niej dopiero kilka dni temu. Tak jakoś mnie wzięło, by może dać jej drugą szansę. O dziwo, tym razem zaskoczyło bez problemu, chyba już dotarło do mnie, że to zupełnie inne granie niż w Millionaire.

Jak już napisałem, jest to pop rock. Wokal Tim ma wysoki, czasem kobiecy, a czasem przypomina Jacka White’a czy Thoma Yorke’a. Możemy zapomnieć o zadziorności, choć zdarzają szybkie i dynamiczne momenty, jak w Sometimes I Wanna Run. Zaskakuje też powszechne użycie smyczków, które dają tej płycie posmaku muzyki lat 60.

Wydawać by się mogło, że to taka zwykła płyta, lecz przy dokładniejszym słuchaniu ujawni swoje walory. W warstwie instrumentalne dzieje się sporo. A tu te smyczki w tle, a tam klawisze, choć przeważnie jest dość oszczędnie, a brzmienie jest tak ładnie rozmyte. Nie jest tak gęsto, jak na płytach Millionaire, ale przecież ten album to zupełnie inny ciężar gatunkowy.

Jednego Vanhamelowi nie można odmówić. Melodie robi takie, że te popowe gwiazdki i ich producenci powinni zzielenieć z zazdrości. Żadna melodia nie jest banalna, mimo że większość jest urocza (tak, urocza) i świetnie zapada w pamięć. Nienachalna przebojowość, czyli moje ulubione określenie, się kłania.

Całość ma melancholijny klimat, który kojarzy mi się z latami 60. i Paryżem tuż przed marcem ’68. Niby wszystko w porządku, ale to tylko cisza przed burzą, od czasu do czasu słychać jakieś jej pomruki z oddali.

Ciężko mi ocenić tę płytę, pamiętając o pierwszym wrażeniu. Z jednej strony to bardzo fajna pop rockowa płyta, z drugiej, niektóre piosenki brzmią, jak łagodniejszy i mniej skomplikowany Millionaire. Niemniej bardzo przyjemna to płyta i jako taką ją traktuję

Ocena: 6/10

dodaj komentuja | pop recenzje rock |

Duffy - Rockferry

Wpis na 0. poziomie, wysłany 11 maja 2008 o 15:20:21

rok wydania: 2008
gatunek: pop, soul
wydawca: Mercury Records

Amy Winehouse zmieniła oblicze brytyjskiej muzyki rozrywkowej. Swoją fenomenalna płytą Back to Black odesłała do lamusa girls bandy w stylu Sugababes, przywróciła lata 60. i stała się inspiracją i katalizatorem dla fali młodych piosenkarek, zwanych po prostu the New Amys. Tak, Duffy jest jedną z nich.

Bez porównań do pani Winehouse oczywiście się nie obędzie. Muzyka Duffy jest mniej bluesowa, mniej zadziorna niż Amy. Więcej tu popu z lat 60 niż czarnej muzyki, czemu nie można się dziwić, bo Duffy to urocza blondynka przypominająca Brigitte Bardot, czy, jak chcą jej rodacy, Dusty Springfield. Nie dysponuje też tak charakterystycznym, skrzekliwym głosem. To znaczy, nie w takim stopniu. Ogólny zarys już znamy, czas przejść do szczegółów.

Nie przypadkiem na singiel wybrano Mercy. Najbardziej przebojowy, najbardziej taneczny i, co chyba najważniejsze, najbardziej przypominający Amy. Nie jest to oczywiście chamska zrzynka, ale po prostu najbardziej słychać charakterystyczną chrypkę w głosie. Początek przypomina Stand by Me, a pod koniec pojawia się harmonijka żywcem wyjęta z Gimme Shelter Stonesów.

Sjaojarzenie z Największym Zespołem Wszechczasów budzi też pierwszy singiel z płyty, czyli tytułowe Rockferry. Tym razem gitara brzmi bardzo Stonesowi. W solówce, bo tak poza tym, to ta piosenka spokojnie mogłaby zostać napisana w latach 60.

Tak, lata 60. są motywem przewodnim tej płyty. Produkcja, klimat, melodie, brzmienie. Wszystko to przywodzi na myśl tamte odległe lata. Retro pełną gębą, ale udane, nie to, co The White Stripes, czy całą ta nowa rockowa rewolucja. Nie, tu wszystko jest z klasą.

Nowoczesne akcenty pojawiają się w Serious i Mercy. To mówione partie na początku piosenek. I tyle. Reszta płyty – wiadomo. Rockferry przypomina czasem płyty Joss Stone, która też siedzi w przeszłości, ale bardziej w soulu. Tak, soul też tu słychać. W takim Syrup & Honey na przykład.

Płyta ładnie wchodzi do głowy, z głośników sączy się ta leniwa muzyka, ładnie buja, zachęca do tańca z piękną dziewczyną, najlepiej tą jedyną. Z drugiej strony potrafi ukoić skołatane nerwy po stresującym dniu.

Można narzekać, że Duffy śpiewa podobnie do Winehouse, że jest Amy w wersji light, bez zadziorności, bez skandali, delikatniejsza. Można. Ale nie można jej zarzucić, że nagrała słabą płytę. Nagrałaświetny debiut, który podoba mi się tak samo, jak Back to Black, a może nawet bardziej.

 

Ocena: 8/10

10 komentujów | pop recenzje soul |

Natalie Imbruglia - Left of the Middle

Wpis na 0. poziomie, wysłany 04 kwietnia 2008 o 15:23:13

rok wydania: 1998
gatunek: pop
wydawca: RCA Records

Pamiętam, że jak byłem jeszcze dziecięciem a Mtv było telewizją muzyczną nie tylko z nazwy, to jednym z bloków tematycznych, było pokazywanie teledysków z różnymi informacjami, jak powstawały i takie inne ciekawostki. Jednym z częściej puszczanych teledysków był Torn tej właśnie Australijki.

Ten singiel, który otwiera jej debiutancki album, to nie jej piosenka – ale mniejsza z tym. Ta piosenka miała wszystko, by stać się przebojem. I stała się nim. Wpadająca w ucho melodia, miękkie, ciepłe brzmienie, krystaliczna produkcja. I teledysk. Prosty, ale niezwykle uroczy. Podoba mi się jeszcze bardziej, niż kiedyś.

Trzeba jednak pamiętać, że Left of the Middle to nie tylko Torn i średniej jakości wypełniacze. Już następna piosenka, One More Addiction to majstersztyk popu poprzedniej dekady. Są fajne gitary, trochę zadziorności, a wszystko to razem ze świetną melodią. Impressed przypomina trochę elektroniczne oblicze Garbage, Big Mistake mogłaby zaśpiewać Alanis Morrissette, do której podobny głos ma Natalie. Leave Me Alone zaczyna się trochę smooth jazzowo, by potem mieć klimat francuskiej piosenki. Don’t You think z samplami skrzypiec i tanecznym rytmem przypomina trochę Robbiego Williamsa.

Teksty są, rzecz jasna, o miłości. Miłości nieudanej, minionej, przyszłej, wymarzonej. Ale o czym może śpiewać dwudziestodwuletnia dziewczyna. Tylko o miłości. No i o facetach. O nich też jest. Jak widać, niby kobieta zmienną jest, ale jak śpiewa, to przeważnie o dwóch rzeczach i nie zmieniło się to przez te dziesięć lat.

Słychać, że płyta ma już swoje lata, bo nie ma ani jednego momentu rapowania, bycia nyggerem na siłę. Zero pozy, ciepłe brzmienie i piękne melodie. To wyróżnia tę płytę, a że dziś (prawie) nie ma takiego popu, to pozostają tylko wspomnienia.

Ocena: 8/10

7 komentujów | pop recenzje |

Seabear - The Ghost That Carried Us Away

Wpis na 0. poziomie, wysłany 13 marca 2008 o 12:17:28

rok wydania: 2007
gatunek: folk, pop
wydawca: Morr Music

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy na hasło „muzyka islandzka” to Sigur Rós, czyli post-rockowe smęty. Drugie to Bjork, czyli muzyczna awangarda. Jednak ostatnio muzyka islandzka kojarzy mi się z Seabear.

Jedynym, co łączy Seabear z wyżej wymienionymi jest klimat, baśniowy, nierzeczywisty. To chyba cecha wszystkiego, co pochodzi z tej wyspy. Seabear w swoich urokliwych pioseneczkach obraz idyllicznej małej osady, gdzieś na odludzi. Oczywiście w zimie, ale nie jest to zima surowa. To zima oglądana z okien domów, w których pali się w kominku, a ich mieszkańcy są zauroczeni spadającymi płatkami śniegu. Czas biegnie powoli, nikomu się nigdzie nie spieszy. Może zbliżają się święta? Kto wie…

To ich cieple brzmienie czasem ociera się o siostry Cassady, choć Islandczycy korzystają z bardziej tradycyjnego instrumentarium. Wokalista śpiewa takim szepto-śpiewem, co sprawia, że brzmi podobnie do Joshuy Radina, z którym zresztą Seabear ma więcej wspólnego, bo tak, jak i on ukochali akustyczności, delikatne brzmienie. Czyli o brodatych Wikingach możemy zapomnieć, to bardziej Skandynawia z książek Astrid Lindgren, wypełniona baśniową magią.

Trochę ożywienia do tego sennego krajobrazu wnoszą Librairies, bardzo piękna piosenka. Podobną rolę odgrywa zamykające całość, rozkręcające się z każdą sekundą Seashell, niewątpliwie najlepsza piosenka na płycie. Od czasu do czasu pojawi się trąbka w tle, prawie cały czas przygrywają skrzypeczki, co jeszcze potęguje wrażenie leniwej zimy. Arms przywodzą na myśl Środkowy Zachód, jakiś samotny domek na prerii, do którego zjechała się cala, pokaźna rodzina i gra dawno zapomnianą melodię. Oczywiście, nie tylko w tej piosence jest harmonijka ustna, obowiązkowa w takim folku.

Ta płyta nie jest zaskakująca, ta płyta nie jest rewolucyjna, ta płyta nie powali nikogo na kolana swoją mocą. Ta płyta jest po prostu przyjemna i relaksująca, tej płyty świetnie się słucha. A to już dużo.

Ocena: 7/10

dodaj komentuja | folk pop recenzje |

Garbage - Version 2.0

Wpis na 0. poziomie, wysłany 21 stycznia 2008 o 22:17:09

rok wydania: 1998
gatunek: elektro rock
wydawca: Mushroom Records

Ich pierwszą płytę niektórzy zaliczali go grunge’u (!) z powodu osoby Butcha Viga, człowieka, który stał za konsoletą, gdy jeden neurotyczny blondyn nagrywał płytę z kolegami. Inni dawali im łatkę zespołu alternatywnego. Jeszcze inni namaścili ich na twórców nurtu, który miałby zastąpić grunge w umysłach młodych. Gdy wyszła Version 2.0, okazało się, że nikt z nich nie miał racji.

Zacznijmy od tego, że nazywanie ich grunge’em od początku było nieporozumienie. Raz, że samo to pojęcie jest terminem dość mglistym. Dwa, że jeśli przyjąć za grunge to, co za niego zazwyczaj się przyjmuje, to Garbage jest za bardzo elektroniczny. Alternatywa też nie. Żaden zespół z kręgów alternatywnych nie flirtuje z mediami i nie robi takich melodii, jak Garbage. W ogóle alternatywa to też takie pojęcie, do które pasuje i wszystko nic. A nurtem, który zastąpił grunge, był nu-metal.

Podstawowy atut Garbage to trzech producentów w składzie. Poza Vigiem, który okupuje bębny są to jeszcze Duke Erikson i Steve Marker, mniej znani, ale szanowani i zasłużeni. Dodajemy do tego Shirley Manson, obdarzoną ociekającym seksapilem głosem. Co wychodzi? Prawdziwie wybuchowa mieszanka, pełna melodii, niebojąca się sampli, ale jednocześnie rockowa. Miodzio.

Są sample, jest elektronika, w większej dawce na debiucie, który też miał odloty w stronę elektro. Nie były to jednak mocne odloty, wszystko działo się w granicach szeroko pojętego rocka. Tu pojawia się Hammering In My Head. Jeszcze nie techno, ale już nie rock. Tak miała ponoć wyglądać muzyka przyszłości. I znów prorocy nie mieli racji, bo jak na razie króluje emo i powrót do lat 80 i wcześniejszych. Jednak nadal, po upływie 10 lat, Hammering In My Head to świetna piosenka. Pełna seksu, z rytmem wkręcającym się w głowę, z narkotycznym transem, idealna na jakieś disco w latach 20 XXI wieku (oglądanie Batman of the Future robi swoje). Do odlotów należy też Dumb, ale nie niesie w sobie aż takiego ładunku mocy.

Moc ma za to I think I’m paranoid, pierwszy singiel, rockowy taki. Pamiętam, gdy śmigał na MTV, a było to ze dwa lata po wydaniu płyty. Ostrzegam tych, którzy spodziewają się więcej takich piosenek. Nic z tego, gitarowe są jeszcze tylko (a wlasciewie przede wszystkim) Wicked ways.

Jest za to pop. Dużo popu. Dobrego popu. Znowu elektronicznego, tanecznego, jak Special, When I Grow Up. Obydwa do siebie podobne, z łatwością podbiły (ale nie jestem do końca pewien, za młody byłem, ale potencjał mają) parkiety klubów. Nie jest to taka elektronika, jak Hammering In My Head. Tu wszystko jest mniej agresywne, ustawione, by wyeksponować melodię, dać pretekst do wstania z miejsca i tańczenia, a nie wchodzenia w trans.

Na koniec zostawiłem ballady. The trick is to keep breathing swój urok ma, ale w porównaniu z kończącą płytę You Look So Fine ginie. Ginie, bo ten drugi kawałek to absolut mój prywatny jest. Schowajcie się Christiny Aguilery, Jessiki Simpson ze swoimi ckliwymi balladkami. Zostałyście pokonane w ’98 roku, bo to jedna z niewielu piosenek, przy których mam łzy w oczach.

Tej płycie udało się coś bardzo trudnego, niektórzy stwierdzą, że prawie niemożliwego, połączyła rock i elektronikę. I to w jakim stylu. Chce się jej słuchać raz za razem (ale przyznam się, że za pierwszym razem mnie odrzuciła i musiała poleżeć trochę na półce, zanim dotarła do mnie). Piękna płyta po prostu.

Ocena: 9/10

1 komentuj | electronica pop recenzje rock |

the killers - Sawdust

Wpis na 0. poziomie, wysłany 06 stycznia 2008 o 00:36:32

rok wydania: 2007
gatunek: rock
wydawca: Atlantic records

Jaki jest sens wydawania płyty z rarytasami i bisajdami mając na koncie dopiero dwa albumy? Poza nabijaniem sobie kiesy, nie znalazłem niczego sensownego, ale, jako, że całkiem lubię the killers, sięgnąłem po wióry.

Po kilku przesłuchaniach tej kompilacji mam wrażenie, że the killers cierpią na syndrom Red Hot Chili Peppers, czyli dość często zdarza im się skazać na bisajdowe wygnanie piosenki lepsze od tych, które weszły na album. Najlepszym tego przykładem jest Under the Gun, które nie weszło na ich debiut. Nie wiem, jak mogli to zrobić, przecież ta piosenka ma wszystko, co jest potrzebne, by być przebojem: chwytliwą zwrotkę, melodię, nie jest za długa, a jednak była tylko bisajdem. Hot Fuss tylko by zyskało jej obecności, można by wyrzucić zupełnie nieudane Everything Will be Alright.

Z drugiej strony dziwnym jest dawanie piosenek, które już znalazły się na poprzednich płytach, ale w ramach bonusów. Czyli mamy znane doskonale w Europie Glamorous Indie Rock’n’Roll i Where the White Boys Dance, ale przynajmniej są to nowe, nieznane nagrania tych utworów. I tu pojawia się pierwszy poważniejszy zgrzyt. Glamorous Indie Rock’n’Roll został w tej wersji pozbawiony tego uroku i mocy, który sprawiał, że była to jedna z najlepszych kompozycji na Hot Fuss. Nowa wersja po prostu ssie, Brandon Flowers śpiewa źle, zawodzi, fuj, fuj, tak zmasakrować tak świetny kawałek rokendrola to zbrodnia. Drugie nieporozumienie to obecność Sweet Talk, również z powodu Flowersa, bo wchodzi w niej na rejestry zarezerwowane dla Perry’ego Farella za czasów świetności, poza tym jest, jak dla mnie, zbyt elektroniczna. Koszmarkiem jest też Show You How, takie niewiadomoco i jeszcze ze słabą melodią, ani to fajne, ani dyskotekowe.

Z dużych plusów należy wymienić wersję demo Move Away, chyba najostrzejszej piosenki panów z Las Vegas, która ozdobiła soundtrack do Spidermana 3 (i chyba była najmocniejszym elementem tego filmu). Dali też dwa covery: Shadowplay Joy Division i Romeo and Juliet Dire Straits, obydwa wypadły w porządku, ale bez zbędnych podniet, taka miła ciekawostka. Całkiem przyjemnie wypada też The Ballad of Michael Valentine z fajną gitarą w zwrotce, ona zalicza się do kategorii „powinna trafić na dużą płytę”. Kolejną miłą ciekawostką jest country’owa Ruby, Don’t Take Your Love to Town. Bardzo ładnie im wyszedł ten eksperyment, ale to pewnie, dlatego, że dookoła Las Vegas wszędzie jest pustynia i kowboje.

Skubańcy dopiero na sam koniec zostawili najlepsze. To remiks Mr. Birghtside ich największego i hitu i mojej ulubionej piosenki. Pierwszy raz słyszałem remiks, który jest tak samo genialny, jak oryginał. Do tej pory do wszystkich remiksów podchodziłem pies do jeża, bo były to albo popłuczyny po pierwotnych wersjach, albo zupełnie inne piosenki. Tu znaleziono złoty środek. Prawie czterominutową rockową piosenkę zmieniono w ośmiominutowy klubowy majstersztyk nie zatracając przy tym charakteru pierwotnej wersji, z której na dobrą sprawę został tylko wokal. Aż chce się tańczyć, słysząc ten remiks. No po prostu mistrzostwo świata.

Sawdust to strasznie nierówna kompilacja, wyszła za wcześnie, jest kilka słabych (czasem bardzo) kawałków, ale wszystkie te niedogodności rekompensują remiks Mr. Brightside i Under The Gun.

Ocena: 6/10

5 komentujów | pop recenzje rock |

Kylie - X

Wpis na 0. poziomie, wysłany 03 stycznia 2008 o 13:19:24

rok wydania: 2007
gatunek: pop
wydawca: EMI/Parlophone

Nie ma co, silna z niej babka. Rak piersi, problemy rodzinne, a ona tak po prostu pokonała te przeszkody. Fakt, zajęło jej to trochę czasu, bo od wydania poprzedniego albumu, Body Language, minęły już 4 lata. No, ale już możemy posłuchać sobie jej najnowszej, dziesiątej płyty.

Największym pytaniem było: w jakiej formie będzie Kylie i czy choroba zostawiła jakiś ślad. Na szczęście Kylie wróciła w dobrej formie, a jakichś negatywnych wpływów choroby nie widać i (co najważniejsze) nie słychać. Album promuje 2 Hearts glamowy kawałek z niesamowicie wkręcającym się motywem I’m in love (ooh). Oklepany chwyt bardzo, ale u Kylie brzmi tak, ze chce się go słuchać cały czas. Teledysk nawet do niej zrobili z Kylie wystylizowaną na Marylin, mniamuśnie.

Drugi singiel, Wow kojarzy mi się z pierwszymi przebojami Kylie, bo taki słodki jest. Like a Drug to z kolei rasowe disco, z tłustym bitem. Nu-di-ty to obowiązujące ostatnio u wszystkich nygerzenie, czyli rap, jakieś hip hopy, jednak panna Minogue wychodzi z tego obronną ręką.

Hiciory też są, nie martwcie się. Speakerphone ma super melodie, genialny bas, ale trochę przetwarzają jej głos i brzmi trochę jak Daft Punk. Nie to, żebym miał coś do Francuzów, ale do Kylie to średnio pasuje. Najbardziej rusza mnie Sentisized. No miodzio po prostu, takiej Kylie chcę, szczególnie w bridżu (tak, ta piosenka ma bridż, fajnie, nie?) i nawet nie przeszkadza pohukiwanie, które na początku strasznie mnie irytowało.

Kilka piosenek ma posmak lat 80. a The One to całe brzmi, jak wyjęte z dekady plastiku. Ja wiem, że lata 80. są modne ostatnio, ale to jej nie usprawiedliwia, mogła wymusić producentów na inną produkcję.

Fajna ta płyta, dobrze się jej słucha, ale jednak to chyba nie jest szczyt możliwości Księżniczki popu, za bardzo rozstrzelona stylistycznie jest, a nie tak, jak na Fever, która ma swoje własne, unikatowe brzmienie. Niemniej dobrze, że Kylie wróciła, bo brakowało mi jej.

Ocena: 7/10

2 komentuje | pop recenzje |

Muchy - Terroromans

Wpis na 0. poziomie, wysłany 26 listopada 2007 o 16:08:09

rok wydania: 2007
gatunek: pop-rock
wydawca: Polskie Radio

Do środy nie słyszałem o muchach. Nie czytam pocysia, nie słucham radia, nie jestem obeznany z niezalem. W środę przed tradycją antyczną przyszedł do mnie ucieszony plejeru i powiedział: polska płyta roku, musisz tego posłuchać. I wcisnął mi słuchawki. Posłuchałem brudny śnieg i wiedziałem, że ta płyta będzie dobra. A potem tego samego dnia odwiedziłem empik i kupiłem sobie własny egzemplarz tej niebiesko-różowo-białej płyty.

Gdyby ktoś przed środą powiedział mi, że spodoba mi się noworockowa płyta, na której słuchać Bloc Party, Interpol, czy Republikę, spojrzałbym na niego, jak na skończone idiotę i wydusił z siebie, że jedynym pedalskim zespołem, którego mogę słuchać są the killers. Od tej pory są dwa takie zespoły.

Ci, którzy czytają różne serwisy muzyczne, wiedzą, że to najbardziej oczekiwana premiera tego roku, najlepszy debiut od czasów CKOD. Czyli ma być wydarzeniem przełomowym. Słucham jej już kilka dni i sobie myślę, jaki przełom? Przecież to tylko 12 dobrych, popowych piosenek. Czasem nawet świetnych, bo brudny śnieg, w którym najbardziej słychać Bloc Party, to piosenka, którą ten zespół chciałby nagrać, ale mu nie wychodzi. 21 dni to z kolei zaginiona piosenka the killers, do której Wiraszko napisał polski tekst. Znaczy, są na czasie, ale też nie są zbyt oryginalni. Stop. Nie są oryginalni na świecie, w Polsce to ciagle nowa jakość, ale i tak nie rozumiem zbytniego podniecania się nimi.

I teksty, o nich też piszą wszędzie, że super, że wreszcie coś znaczą. Tu hajperzy z porcysia i screenagersów jednak trochę przesadzili. To tylko zgrabne teksty o stosunkach damsko-męskich.

I w pewnej chwili mnie olśniło. Przecież od dawna nie było polskiego zespołu, który robi dobry pop-rock bez napinki i obciachu. Wcześniej było Myslovitz, ale poszli w inną, ambitniejszą, mniej mainstreamową drogę. I właśnie to podejście czyni Muchy wyjątkowymi.

Ocena: 8/10

4 komentuje | pop recenzje rock |

Avril Lavigne - The Best Damn Thing

Wpis na 1. poziomie, wysłany 19 listopada 2007 o 15:44:54

rok wydania: 2007
gatunek: pop-rock
wydawca: RCA Records

Od czego by tu zacząć? Może od okładki? Albo jakiegoś inteligentnego wstępu. To może tak: Kim jest Avril Lavigne nie trzeba mówić. Przecież wszyscy wiedzą. Trochę się miotała z image’em (od skate’a do takiego niewiadomoczegoś na drugiej płycie), teraz w nowym image’u gwiazdy pop-rocka czuje się najlepiej, bo nie ma napinki.

Wiemy, już co zaszło z nią, a co z płytą? Jest dobra, mnóstwo tu bardzo dobrych melodii. Jest trochę obowiązkowego, nygerstwa (wszystkich Afro-Polaków, Afrykanów i wszystkich przepraszam), bo to się ostatnio najlepiej sprzedaje, a to jednak pop z dużej wytwórni jest. Na szczęście tego rapowania i gangsterzenia nie ma dużo, ot kilka wstawek na całą płytę (I don’t have to try). Reszta to porządny, gitarowy, czasem zahaczający o kalifornijski punk (Everything back but you) pop-rock.

Singlowy Girlfriend to tego sztandarowy przykład. Jest trochę nygerstwa, ale są i zadziorne gitary i refren taki do nucenia. Dla każdego coś miłego. I taka mieszanka przeważa. Oczywiście są trzy ballady, bo przecież muszą być, ale nie rażą na tle tego radosnego brzdąkania, bo... są przyjemne, bez zbędnego wypruwania żył.

Wszystko się tu nadaje na singiel. Takie ma być i mnie się to podoba, zero wypełniaczy, czysta energia. Aż chce się zostać zbuntowaną nastolatką.

Ocena: 8/10

dodaj komentuja | pop recenzje |

Jimmy Eat World - Chase this Light

Wpis na 0. poziomie, wysłany 23 października 2007 o 23:31:31

rok wydania: 2007
wydawca: Interscope
gatunek: alternative pop

USA, Arizona. Rok 2001. Czterech kolesi nagrywa swoją płytę życia. Przebojową, melodyjną, z wykopem. Mówi się, że to ostatni zespół drugiej fali emo, w przyszłych latach, opanowanych przez „grzywki”, zostaną „ostatnim prawdziwym zespołem emo” i jedynym, który podjął z nimi wyrównaną walkę . Nie wstydzącym się swoich czasem banalnych tekstów czy prostych melodii. Trzy lata później nagrają płytę dużo mroczniejszą, poruszając tematy samobójstwa czy narkotyków. Gdzie są kolejne trzy lata później?

No właśnie, to dobre pytanie. Do produkcji płyty zatrudnili Butcha Viga (tego od Nirvany i Garbage), czyli najwyższą półkę. Znaczy, zyskali przez te sześć lat na znaczeniu w biznesie. Na szczęście postanowili nie zdradzać swoich ideałów i nadal grają swoją prostą muzykę. Czyli jest dobrze, ale bez rewolucji. Przez pierwsze pięć kawałków słuchałem za pierwszym razem tej płyty z bananem na ustach. Niby nic rewolucyjnego się nie zadziało, ale jednak chwyciło za pierwszym razem. Przy Electable (Give it up) nawet poskakałem, bo takie skoczne i do skandowania dobre. Pierwszy kryzys przyszedł z następnym kawałkiem. Wolniej się zaczyna i wchodziła taka syntetyczna perkusja, poczułem się nieswojo. I bach, wszedł wokal, a ja leżałem na podłodze, nie wiedząc kim jestem. Poraził mnie ten kawałek. Budzi takie skojarzenia, że boję się je napisać. Trauma lat 80. robi swoje, ale przemogę się. Gotta Be Somebody’s Blues to wykapany... ROXETTE! Nie wierzyłem własnym uszom. Czemu?, za jakie grzechy?, co ich podkusiło – takie myśli kołatały mi się w głowie.

Na szczęście złe wrażenie zatarła szybko Feeling Lucky, piosenka typowa dla nich. Odetchnąłem z ulgą. Niestety, nie na długo. Przy Here It Goes, znowu dosięgła mnie trauma lat 80. Nie dość, że melodia taka słaba w sumie, bo nawet jak na nich strasznie banalna, to jeszcze znów to plastikowe brzmienie. Roxette dwa normalnie. Pozostałe trzy kawałki to powrót do znanej i lubianej estetyki.

Za drugim razem było lepiej. Już nie umierałem przy tych roxettopodobnym tworach, ale rączka swędziała i ciągnęło ja do przycisku skip. W sumie ten odruch został mi do teraz, a mam za sobą kilkanaście przesłuchań już.

Fajna ta płyta całościowo patrząc, ale niewątpliwie mogła być lepsza. Jest trochę przeprodukowana i syntetyczna, brakuje jej mocy, melodie są słabsze niż a Bleed American, ale na pewno jest to lepsze od tych wszystkich „grzywkowych” emo.

Ocena: 6/10

dodaj komentuja | pop recenzje rock |

KT Tunstall - Drastic Fantastic

Wpis na 0. poziomie, wysłany 19 października 2007 o 13:14:14

rok wydania: 2007 wydawca: Virgin Records gatunek: pop-rock

Przyznaję się bez bicia, do przesłuchania tej płyty skłoniła mnie okładka. Jak widać, jest na niej KT z gitarą. Wiadomo, laski z gitarami kręcą facetów. Ale ze srebrną? Musiał być w tym jakiś przekręt.

Po odpaleniu pierwsze zaskoczenie, Little Favours, nie ma w sobie nic ze słodkości, którą zapowiadała okładka. Zamiast tego mamy fajne harmonie, mocne rockowe gitary i chwytliwą melodię. Czyli zwyczajny, porządny pop-rock. Lubię takie granie, przyjemne, ładne, bez żadnych niepotrzebnych udziwnień, Szkotka ma za to u mnie plusa. Jak zechce, to uderzy mocniej w struny, jak nie, to zaserwuje śliczniusią balladę, na przykład White Bird, brzmiącą trochę jak Norah Jones.

Ogólny zarys już mamy. Czas na konkrety. Przede wszystkim głos. Niby taki zwykły, ale chrypka dodaje piosenkom KT uroku. Poza tym dziewczyna słuchała dużo bitelsów, ale i świeższych artystów. Oczywiście wymieszała wszystko i przefiltrowała, jednak czasem mam wrażenie, ze to już było (takie Hold On, które strasznie kojarzy mi się z Natashą Bedingfield, czy Saving My Face, podczas słuchania którego czuję, że już to kiedyś słyszałem, ale nie wiem, gdzie). Wszyscy wiemy, że wszystko już było i w muzyce rozrywkowej trudno wymyślić całkowicie nową jakość, więc nie czynię z tego poważnego zarzutu.

Jej muzyka jest bardzo brytyjska. Tak brytyjska, jak wspomniani The Beatles. Po prostu już po kilku dźwiękach wiem, skąd jest. Z tego rodzą się problemy związane z podbojem USA, ale na pewno sobie KT poradzi. Z takimi piosenkami będzie to nawet bardzo proste.

Ocena: 7/10

1 komentuj | pop recenzje rock |

Perry Farrel's Sattelite Pary - Ultra Playloaded

Wpis na 0. poziomie, wysłany 19 października 2007 o 13:13:11

rok wydania: 2007
gatunek: pop-rock
wydawca: Columbia Records

Jane's Addiction jest martwe. Nie udała się reaktywacja w '97, nie udała się w '03 (mimo że nagrali wtedy płytę). Za każdym razem chodziło o to samo - konflikt Dave - Perry. Rozpad zespołu nie wyszedł na dobre panu Navarro (słabiutki the panic channel), pan Farrel też nagrywał. I dopiero w tym roku wyszło to na światło dzienne.

Pierwsze wrażenie? Popowa ta płyta. Nawet solo Perry'ego, nie było aż tak popowe. To źle, bo od niego wymagam rocka z prawdziwego zdarzenia, a taki, stary, dobry klimat Jane ma tylko Insanity Rains. Nawet solówka jest utrzymana w stylu Dave'a. Ale to tylko jeden kawałek. Reszta to po prostu taki sobie popik. Z pulsem co prawda, ale nic szczególnego. Zero jaja, zero pazura. Farrel najwidoczniej nie pamięta, jak śpiewał wcześniej, większość kawałkówjest zaśpiewanych nisko, można zapomnieć o chorej wysokości jego głosu znanej z Jane. Widać, rozpad JA nie tylko Dave'owi nie wyszedł na dobre.

Pan Farrel nawet dorobił do tego swojego projektu całą ideologię. Chodzi mu o globalną, kosmiczną nawet imprezkę. No i jeśli spojrzeć na to, z takiego punktu widzenia, to może jednak ta płyta nie jest aż tak zła. Nie tego jednak oczekuję od ojca alternatywnego rocka.

Tej płycie do sukcesu zabrakło jednego. Farrel zapomniał, że jest stworzony dla Dave'a i odwrotnie.

Ocena: 5/10

3 komentuje | pop recenzje |

Jimmy Eat World - Bleed American

Wpis na 0. poziomie, wysłany 19 października 2007 o 00:25:33

rok wydania: 2001
wydawca: Dreamworks records
gatunek: emo, alternative pop

Pamiętam to jak dziś. MTV2. Teledysk z zespołem grającym na imprezie „bieliźnianej”. Kilka tygodni później. Ten sam zespół. Tym razem inny teledysk. Ale wrażenie takie samo: „muszę mieć ich płytę”. Bo takie melodie robili, że już po kilku sekundach nuciło się razem z nimi. Wszystko to działo się sześć lat temu, gdy byłem młody i piękny. Płytę dorwałem dopiero niedawno.

Różnie ich klasyfikują, a to „prawdziwe Emo”, nieskażone grzywkami i paskami, a to pop-rock, a to pop-punk. Jednak, co z tego, jak się robi takie single, jak The Middle, przy którym mam ciarki, bo rzadko słyszę tak dobry pop czy tytułowy ze skandowanym refrenem, nic tylko wziąć gitarę i grać razem z nimi. Albo Sweetness, które same w sobie jest istnym majstersztykiem. A to tylko trzy piosenki.

Poza singlami mamy tutaj trochę balladek, zalatujących college rockiem, czy innymi licealnymi tworami, ale niezwykle urokliwych, z których największe wrażenie robi Hear You Me. Są też szybsze kawałki, ale nie tak potężne i chwytliwe, jak trzy single. Tak naprawdę to singlowe kawałki są zmyłką, bo całość nie jest tak rockowa. Lecz, czy jest to „prawdziwe Emo”, czy po prostu pop, nie mnie to oceniać.

Można by narzekać, że pierwsza połowa płyty odstaje poziomem. Prawda to, wszystkie wspomniane wyżej kawałki są w pierwszej szóstce, ale następne sześć nie jest dużo gorsze. Po prostu są mniej przebojowe.

Tak, piękna to płyta, bo ma wszystko, co powinien mieć przyzwoity album: melodie, wykop, ballady. A wszystko na najwyższym poziomie. I 11 murowanych singli.

Ocena:9/10

1 komentuj | pop recenzje rock |

Milla - Divine Comedy

Wpis na 0. poziomie, wysłany 18 października 2007 o 01:09:32

rok wydania: 1994
gatunek: folk, alternative pop
wydawca: SBK Records

Milla Jovovich znaną kobietą jest. Modelka, aktorka, projektantka. Jednak mało kto zdaje sobie sprawę, że piosenkarką jest również. Tak, tak, to jej debiutancka (i na razie jedyna płyta).

Czego można by się spodziewać po śpiewającej modelce i do tego jeszcze nastoletniej? Doprawdy niewiele. Przykłady? Holly Valance. Wylansowała jeden disco hit, który i tak był coverem. Bieda straszna, taki niby pop, niby disco, niby fajne. Poza tym stereotypowa modelka talentem innym oprócz wyglądu nie grzeszy. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy odpaliłem tę płytę.

Zaczyna się jakimiś elektronicznymi szumami, po czym wchodzą dawne instrumenty, których nazwy nawet nie znam. Znaczy, zamiast pop papki mamy folk. I to jaki. The Alien Song (For Those Who Listen) wyłania się z mroku i niepokoi. Taki początek zafundowała mi piękna Serbka. Fantastyczny utwór. We wszystkich znaczeniach tego słowa, bo ta płyta przenosi do innego, magicznego świata z elfami i całym odpowiednim sztafażem. Przede wszystkim słowiańskim, czego dowodem jest ostatnia kompozycja na płycie, In the glade, która mimo tytułu zaśpiewana jest po... serbsku. Wiemy już, jaki jest początek i koniec. A to, co jest w środku, przerosło moje wszystkie oczekiwania.

Przede wszystkim Milla w wieku lat dziewiętnastu była świadoma swojego głosu, jak nieprzymierzając Tori Amos. I to z jej twórczością kojarzy mi się najbardziej The Divine Comedy, a najbardziej troszkę ckliwy, ale bardzo uroczy Charlie, chyba każdy mężczyzna chciał, by jego wybranka mu tak śpiewała. Bang Your Head to już trochę inne klimaty. Początek przywodzi mi na myśl szkockie wrzosowiska, a reszta to już celtycko-słowiańska mieszanka.

Co zabawne, płyta ta, mimo że chwalona przez krytyków z całego globu, nie odniosła sukcesu komercyjnego. Holly Valance owszem, a ona, folkowa Tori Amos nie.

Ocena: 9/10

2 komentuje | folk pop recenzje rock |