wieczur@jabberpl.org


Blood Ceremony - Blood Ceremony

Wpis na 0. poziomie, wysłany 28 września 2008 o 21:57:10

rok wydania: 2008
gatunek: metal
wydawca: Rise Above Records

Od jakiegoś czasu retro granie jest w cenie. Cała nowa rockowa rewolucja to był powrót do korzeni. Teraz wraca się do lat 80. W metalu też się wraca do przeszłości. Blood Ceremony właśnie to robią.

Przepis na ich debiut jest prosty. Bierzemy pierwsze 4 płyty, dorzucamy klawisze i flet, wymieniamy Ozzy’ego na seksowną pannę, wrzucamy inspiracje starymi horrorami, średniowieczem, trochę innych zrzynaczy z Black Sabbath, szczyptę klasycznego doomu, gotycką mroczność. Et voila, mamy produkt gotowy do spożycia.

Jak smakuje ta płyta (ciągniemy dalej tę kuchenną metaforę)? Zaskakująco dobrze, smak jest znany, ale świeży dzięki przyprawom w postaci organów i fletu, którymi operuje wokalistka. Głos Allison też jest niczego sobie, mocny, dość niepokojący, mroczny. Chłopaki tez dają radę, grając klasycznie aż do bólu. Klimat pierwszych płyt Black Sabbath odtworzony w stu procentach.

Czasem nawet uda im się zaskoczyć słuchacz, jak w A Wine of Wizard folkowej miniaturce, mającej coś z muzyki dawnej, a przynajmniej postrzeganą za taką.

Teraz musimy przejść do przysłowiowej drugiej strony medalu. Spóźnili się z tą płytą jakieś 40 lat. Gdyby nie istniał Black Sabbath, byliby wielcy, ale Black Sabbath istnieje, więc Blood Ceremony pozostaje jedynie delikatną wariacją na ich temat.

I teraz najważniejsze pytanie. Czy to źle? Nie, bo w dzisiejszych czasach opanowanych przez smutasów z Emo-grzywkami, klony Joy Division, plastikowe brzmienie, lata 80. taka klasyczna płyta jest potrzebna. Bo ile razy można przesłuchać Sabbath Bloody Sabbath?

Ocena: 6/10

dodaj komentuja | metal recenzje |

Saviours - Into Abaddon

Wpis na 0. poziomie, wysłany 05 lutego 2008 o 11:53:53

Rok wydania: 2008
Gatunek: metal
Wydawca: Kemado Records

Okładka jeszcze niczego nie zapowiada. Wydaje się, że to kolejny zafascynowany fantastyką zespół. Jakaś tam piramida w tle. Tytuł też taki typowy. Jednak to, co dotarło z moich uszu z głośników, zupełnie mnie zaskoczyło.

Włączam. Słucham chwilę i buzia coraz bardziej mi się otwiera. Dwa razy sprawdzałem, czy się nie pomyliłem i nie włączyłem Mastodona przypadkiem. Tak, Mastodona, Saviours to bezczelna zrzynka z bestii z Atlanty. Wszystko. Od gitar, przez bębny do wokalu brzmi jak Mastodon. To brzmienie, te przejścia gitar. Absolutnie wszystko. Nieładnie, chłopaki, oj, nieładnie.

W sumie pewnie dałoby się wyciągnąć z tego coś fajnego, niekoniecznie oryginalnego (ja wiem, że stoner to taki gatunek, gdzie każdy zrzyna od każdego, ale żeby aż tak?), jednak epigoństwo tego kwartetu odrzuca mnie od tego pomysłu. Nie potrafię usłyszeć w tej płycie nic wartościowego.

I tak, jak przypadku Bat For Lashes, Saviours byliby naprawdę porządnym zespołem, gdyby ktoś przed nimi tak nie grał. Tutaj epigoństwo jest jeszcze bardziej słyszalne. Szkoda, że poszli taką drogą, bo potencjał mają.

Ocena: 4/10

dodaj komentuja | metal recenzje stoner |

Electric Wizard - Witchcult Today

Wpis na 0. poziomie, wysłany 04 listopada 2007 o 23:40:11

gatunek: stoner/doom
rok wydania: 2007
wydawca: Rise Above Records

Przyznaję się, nie znam ich wszystkich płyt na pamięć. Nie czczę ich. Do niedawna miałem tylko Dopethrone i Come My Fanatics..., czyli must-have’y. Fajne są, ale jakiegoś objawienia nie doznawałem. Kajam się, bo przemówiły do mnie po premierze Witchcult Today, ale do rzeczy.

Najcięższy zespół świata zaatakował najcięższymi działami. Ponoć dwa poprzednie albumy były zniżką formy. Jakie by nie były, były słabsze, bo Witchcult Today niszczy. Rozkłada na łopatki i przejeżdża jak walec. Tak, jedna z płyt roku to jest, choć sam początek nie jest zbyt wybitny. Tytułowy utwór to po prostu doom jest. Dobry, mocny, ciężki, ale jak to doom trochę za wolny. Lepiej robi się chwilę później. Wchodzi groove. Jeszcze raz: wchodzi groove! Taki trochę kręcityłkowy, ale przecież nie przystoi do takich szatanów kręcić tyłkiem. I tu pierwsze skojarzenie. Clutch. Jakimś super znawcą nie jestem, ale pewnie to hamerykanie zrzynali od nich, a nie odwrotnie. Po tym drugim kawałku robi się coraz lepiej, już złapałem szatanowo-wiedźmowy klimat i trzącham rytmicznie banią, jak na prawdziwe dziecię szatana przystało. Szkoda tylko, że mam krótkie włosy.

Pochłonęła mnie ta płyta. Słucham jej często i namiętnie i ciągle mam wrażenie, że te dłuugaśne piosenki są budowane na jednym riffie. Źle? Nie, w tym przypadku to dobrze. Nie wiem, jak oni to robią, ale jednak prawie ten sam riff, za każdym razem brzmi inaczej. Uzależnia ta płyta. Czuję się już jak prawdziwy ich wyznawca. Taki poziom, hm, przebojowości (nie wiem czy to akurat adekwatne określenie w stosunku do tego zespołu), mocy, metalowej szatanowości, okultyczności bez zbędnego wieśniactwa, to rzadkość. Mniej więcej taka, jak dobra płyta Metalliki.

Właśnie napisałem, że wszystko na jeden riff i uświadomiłem sobie, jakie głupstwo palnąłem. Zapomniałem o najbardziej kopiącym z kopiących kawałków, takich, które wypruwają trzewia, a ty prosisz o jeszcze. Torquemada 71 z filmowymi samplami. Normalnie brak mi słów, czuję się zniszczony. I jeszcze jedno spostrzeżenie, chyba już tak nie wprawiają trzewi w wibrację swoim niskim strojem, a bardziej wwiercają się w bębenki.

A potem jeszcze dwa 11-minutowe kawałki. I już wiem, że kocham tę płytę. Ocena: 9/10

2 komentuje | doom metal recenzje stoner |