wieczur@jabberpl.org


Isobel Campbell & Mark Lanegan - 29.11.2008; Filharmonia Łódzka, Łódź

Wpis na 0. poziomie, wysłany 30 listopada 2008 o 23:30:23

Dulli obiecał, że wróci w 2010 roku. Lanegan niczego nie obiecywał i przyjechał już 3 miesiące po koncercie The Gutter Twins. Nie do Warszawy, a do Łodzi i w towarzystwie Isobel Campbell. Czy raczej trzeba było napisać: Isobel Campbell przyjechała do Łodzi z Markiem Laneganem, by swoim występem uświetnić otwarcie kolejnej edycji Festiwalu Camerimage. Dlatego miejsce było dość nietypowe, bo koncert odbył się w Filharmonii Łódzkiej.

Z półgodzinnym opóźnieniem wyszli na scenę i przenieśli Filharmonię w inny, magiczny, choć nie bajkowy świat. I już od pierwszych sekund Seafaring Song objawiła się największa zaleta sali koncertowej. Świetna akustyka (co jest dość oczywiste, bo to przecież Filharmonia), wszystko było słychać idealnie, każdy dźwięk, każdą przeszkadzajkę, każde słowo. Wszystko. Żadnych zgrzytów, buczeń, nie za głośno. Och, gdyby każdy koncert był tak nagłaśniany, życie byłoby piękniejsze.

Jak już napisałem zaczęli Seafaring Song, a zaraz po nim sięgnęli do początku Ballad Of Broken Seas, czyli do Deus Ibi Est, po którym wrócili do nowej płyty, grając posuwiste Who Built the Road. I teraz nadszedł czas na jedną z niespodzianek wieczoru: Creeping Coastline of Light z I’ll Take Care of You Marka, jego najdoskonalszej płyty. Pięknie zagrane (ale gdyby zagrali Carry Home byłoby jeszcze piękniej), wzruszająco, dokładnie tak, jak na płycie, no prawie, bo Isobel dośpiewywała chórki. I tu na chwilę się zatrzymamy przy tak zwanych technikaliach.

Isobel oprócz śpiewania grała na wiolonczeli i w Come on over (Turn me On) na klawiszach, a także na różnych przeszkadzajkach, no i okazało się, że to ona tak ładnie gwizdała na płytach. Swoim głosem hipnotyzowała nie mniej niż Mark, który jak zwykle stał przyklejony do mikrofonu. Tym razem nie nieruchomo, bo nawet czasem poruszał się w rytm. Poza tym wydawał się rozmowniejszy niż zwykle, to znaczy powiedział cokolwiek (na przykład „thank you” po The Circus Is Leaving Town) i wyluzowany, bo na przykład coś tam sobie poszeptał z Isobel. I tu może poruszę temat drażliwy dla niektórych, ale po tym, jak na siebie patrzyli (tak, bo Mark, gdy nie śpiewał patrzył na Isobel), dochodzę do wniosku, że musi ich łączyć coś więcej niż tylko wspólne płyty, ale dalsze rozwijanie tego tematu pozostawmy serwisom plotkarskim (jeśli wiedzą, kim są Campbell i Lanegan).

Isobel i Laneganowi towarzyszyli świetni instrumentaliści. Klawiszowiec co jakiś czas zamieniał się miejscami z basistą, który grał też na perkusjonaliach i gitarach sidle (lap i pedal steel) albo na gitarze (tak, jak zresztą i klawiszowiec). Gitarzysta i perkusista też grali bez zarzutu. Sekcję smyczkową (inną niż wiolonczela) puszczali z taśmy.

Na Saturday’s Gone Mark zszedł ze sceny, ale zaraz wrócił na jeden z najmocniejszych momentów koncert, Back Burner. Nie zabrakło też nowości, zagrali Rambling Rose, Clinging Vine z dopiero co wydanej EPki i Free to Walk, niestety nie wiem, czy to ich piosenka, czy czyjś cover. (Do You Wanna) Come Walk With Me? zabrzmiało jeszcze bardziej kusząco niż na płycie. Podstawowy set zakończyli niesamowitą wersją The Circus is Leaving Town.

Tę chwilę wykorzystam znów na małą obserwację. Isobel w pewnym sensie przypominała mi Polly Harvey, obydwie skromne, zawstydzone, zagubione na scenie. Isobel na dodatek wydawała się być bardzo spięta, nawet raz weszła zupełnie nie wtedy, gdy powinna, zapominając, że akurat w tym momencie powinien śpiewać sam Lanegan.

Wrócili po bardzo krótkiej przerwie (prawie tak krótkiej, jak Franz Ferdinand). Najpierw sami instrumentaliści, którzy zaczęli grać Revolver, a po chwili dołączyli do nich Mark i Isobel. A potem… Potem nastąpił kolejny z niesamowicie magicznych momentów. Come On Over (Turn Me On), zabrudzone, nieokiełznane, niesamowite. Dołożyli jeszcze na Ramblin’ Man i na koniec Wedding Dress, znów Marka, niesamowicie drapieżne, z jednej strony niepasujące do reszty piosenek, a z drugiej idealne na zakończenie tego wieczoru.

Campbell i Lanegan zagrali koncert pełen napięcia, magii i piękna. Nie ma dziś tak elektryzującego duetu, jak ich dwoje. Chcę jeszcze raz.

PS. Lokalizacja tego koncertu w Filharmonii miała też jedną wadę. Publiczność reagowała dość anemicznie, prawdopodobnie z powodu powagi miejsca.

PS2. Luiza bardzo chciała być wymieniona w tym tekście, niniejszym to czynię.

7 komentujów | koncerty |

Franz Ferdinand, Kissogram - 19.11.2008; Stodoła, Warszawa

Wpis na 0. poziomie, wysłany 21 listopada 2008 o 14:54:19

Znów nie wiem, od czego zacząć. Obserwacje socjologiczne były już dwa razy, więc mógłbym od nich zacząć, ale tym razem wyszłoby, że jestem zgryźliwy, więc nie. Tym razem zacznę po prostu od supportu.

A ta rola przypadła Niemcom z Kissogram, których mógłbym pominąć milczeniem, bo było bardzo słabo. Nudne, wtórne i pretensjonalne granie. Jednak współkoncertowiczom się podobało bardzo, więc na tym zakończę pastwienie się nad nimi i przejdę do tego, co interesuje nas najbardziej, czyli do występu Szkotów.

Szkotów, którzy zostali przywitani bardzo entuzjastycznie, trochę mi się to skojarzyło z Beatlemanią, te wszystkie piszczące dziewczęta. Zaczęli od nowości, Bite Hard. Bardzo fajnej nowości (zresztą tak, jak i inne nowe piosenki zaprezentowane w środę) i po niej od razu wielki hit, Do You Want To?. Cała Stodoła śpiewała razem z Alexem i robiła to, co do muzyki Franz Ferdinand robi się najlepiej, czyli baunsowała. Cóż to była za impreza.

Po Do You Want To przyszedł czas na jedną z czterech piosenek, na które najbardziej czekałem, czyli Matinée. Znów odśpiewaną przez dwa tysiące gardeł. I jeszcze, jakby tego było mało, zaraz potem zagrali drugą piosenkę z mojej listy życzeń, Walk Away. Wiedziałem, że ten wieczór będzie niesamowity.

Teraz przesuwamy się kilka rozbujanych piosenek do przodu i zatrzymujemy się przy Take Me Out, niekwestionowanym największym przeboju grupy, również wybaunsowanym i wyśpiewanym przez wszystkich, a po drodze w 40’ Alex pobawił się w wodzireja i wdał się w śpiewany dialog z publicznością. Jedno trzeba mu oddać, charyzmę ma ogromną, potrafi porwać tłumy tylko jednym słowem.

Na zakończenie zasadniczej koncertu wyciągnęli z rękawa największego asa, czyli Michael, swoją najlepszą piosenkę. I piosenkę, na którą najbardziej czekałem. Radość osiągnęła swój zenit, energia roznosiła Stodołę, ale zeszli ze sceny. Co oczywiście nie znaczyło końca koncertu, bo minęło raptem 50 minut, może nawet troszkę mniej. I wrócili, po podejrzanie krótkiej przerwie na bis, który nie wszyscy uważają za bis.

Najpierw wyszedł sam Alex, więc wiadomym było, że zagrają Jacqueline i tak rzeczywiście było. Potem sięgnęli do otwieracza drugiej płyty, The Fallen. Jeszcze tylko Outsiders z końcowym minijamem całej czwórki (a nawet piątki, bo przyszedł techniczny) na perkusji. I koniec? Nie! Bo jeszcze zagrali elektryzującą wersję This Fire. Grali tak, jakby chcieli, by Stodoła naprawdę stanęła w płomieniach. I to był już naprawdę koniec.

Nie spodziewałem się aż takiego ładunku energii i taneczności. Było niesamowicie od początku do samego końca. Żałować można tylko, że zabrakło Auf Achse, no i że skończyło się tak szybko. Choć nie wiem, czy byłbym w stanie przetańczyć kolejną godzinę. Bezapelacyjnie jeden z koncertów roku.

5 komentujów | koncerty |

Silver Rocket - 16.11.2008; Studio im. Agnieszki Osieckiej, Warszawa

Wpis na 0. poziomie, wysłany 20 listopada 2008 o 18:49:43

O tym, że Silver Rocket nagrali jedną płyt roku wiadomo od września, musiałem więc sprawdzić ich na żywo. I dzięki dość szczęśliwemu zbiegowi okoliczności udało mi się wybrać do studia imienia Agnieszki Osieckiej (dziękuję mamie Gopala za pamięć).

Zaczęli tak, jak na Tesli, od Transatlantic. Początkowo wyglądało na przypadek, ale okazało się, żę zagrają całego Teslę w kolejności, od początku do końca. Może wydawać się to dziwne, ale pamiętajmy, że koncept album, a to był pierwszy koncert go promujący, no i wreszcie był transmitowany na cały kraj. Pojawili się nawet goście z płyty, czyli na przykład Monika Brodka.

Obecna inkarnacja Silver Rocket to skład, który wykrystalizował się przy okazji nagrywania Tesli. Rola frontmana przypadła Tomkowi Makowieckiemu, który oprócz śpiewania gra na gitarze akustycznej, harmonijce, moogu i thereminie. Wokalnie Makowieckiego wspiera Marsija, na niedzielnym koncercie trochę nieobecna, co nie przeszkadzało jej śpiewać jeszcze lepiej niż na płycie. Sekcję tworzą Patryk Stawiński na basie (który jeszcze śpiewa w Vivekananda) i Marcin Majkowski na bębnach. Tomek Ziętek zajmował się klawiszami, efektami i trąbką. I oczywiście, mózg całego przedsięwzięcia, Marcin Szypura, schowany w cieniu z gitarą, niepozorny. Z gości oprócz Brodki pojawili się Dar Giers, który razem z Patrykiem zaśpiewał Vivekananda, Julia Ziętek, która przez cały koncert uzupełniała SIlver Rocket skrzypcami oraz Tomek Duda, który zagrał partię fletu w Aflame i w kilku innych piosenkach sięgnął po saksofon. Personalia mamy już za sobą, czas na sprawdzenie, jak materiał z Tesli sprawdza się na koncertach.

Otóż sprawdza się bardzo dobrze. Zespół rozciąga piosenki, nie boi się improwizacji, choć cały czas pozostaje wierny płytowemu pierwowzorowi. Te jamy to była najsmakowitsza część koncertu, szczególnie w instrumentalnym Aflame, które jest stworzone do takiego traktowania.

Bardzo zaskoczyła mnie Monika Brodka. Swoim głosem znaczy. Idola nie oglądałem, więc opinię o niej wyrobiłem sobie na podstawie singli, które jakie były, wszyscy wiedzą. A tu taka zaskoczka, prawdziwy, mocny czarny głos. No niech tylko jej ktoś pisze lepsze piosenki, bo głos ma super.

Gdy już zagrali całą płytę, sięgnęli po wcześniejsze piosenki, których, przyznaję się, nie znałem wcześniej, ale bardzo mi się spodobały, tak więc mam wreszcie motywację, by sięgnąć po dwie poprzednie płyty. Na zakończenie, gdy chyba już nie byli na antenie, wróciła Brodka i po raz drugi zagrali Niagara Falls. I to był już koniec. Koniec bardzo dobrego koncertu, bardzo dobrego zespołu. Zespołu, którym możemy chwalić się przed Brytolami i Amerykanami z czystym sercem, jak to ujął Piotr Stelmach.

dodaj komentuja | koncerty |

Monster Magnet, Nebula, Pilgrim Fathers - 15.11.2008; Stodoła, Warszawa

Wpis na 0. poziomie, wysłany 20 listopada 2008 o 15:11:46

Od razu zaznaczam, że dla mnie najważniejszym zespołem wieczoru nie byli Monster Magnet, a Nebula i to dla mnich postanowiłem pójść na ten koncert. I na nich się skupię.

Pierwszy support, Brytyjczyków z Pilgrim Fathers słyszałem piąte przez dziesiąte, ale to, co usłyszałem było całkiem przyjemne. Doom ze sporą ilością elektroniki, coś takiego ciągle jest rzadkością. Przypadła im niewdzięczna rola pierwszego supportu, więc nie dość, że grali bardzo krótko, to jeszcze produkowali się przed garsteczką widzów i mieli słabe nagłośnienie.

Gdy skończyli na scenę wkroczyła Nebula zahipnotyzowała publiczność (już trochę liczniejszą) swoją mieszanką pustynnego i kosmicznego brzmienia. Zagrali między innymi Aphrodite, jeszcze fajniej niż na EPce, Instant Gravitation, Carpe Diem i przede wszystkim moją ukochaną piosenkę, czyli Giant, które udało mi się wyprosić przed koncertem u Eddiego (czym będę się chwalił swoim wnukom).

Bardzo zastanawiało mnie, jak poradzą sobie w trójkę, bo przecież na płytach jest bardzo gęsto, a tu mają tylko jedną gitarę. Wybrnęli z tego obronną ręką i brzmieli naprawdę mocarnie, co jest przede wszystkim zasługą Roba Oswalda , który od dawna jest znany jako perkusista o atomowym uderzeniu (wystarczy posłuchać płyt Karma To Burn).

Koncert Nebuli miał jedną zasadniczą wadę. Był krótki. Grali chyba z pół godziny. Och, jakbym chciał, by przyjechali raz jeszcze, ale w roli headlinera. I do jakiegoś mniejszego klubu. Cóż, Eddie powiedział mi, że wrócą, ale wiadomo, jak to jest z takimi deklaracjami,, choć ma ogromną nadzieję, że przyjadą w przyszłym roku, bo już w lutym wchodzą nagrywać materiał na nową płytę.

Teraz nadszedł czas, by zmierzyć się z Monster Magnet. Nie jestem ich jakimś fanatykiem, nie znam ich płyt zbyt dobrrze. W każdym razie ich występ nie zachwycił mnie, a nawet rozczarował. Przede wszystkim piosenki brzmiały tak samo (co czasem nie jest zarzutem). Po drugie, wydał mi się ten koncert zupełnie chłodny, nawet z wystudiowanym luzem, zupełnie nie było widać radości z grania. No ale żeby już tak nie narzekać strasznie, wleję łyżkę miodu do tej beczułki dziegciu. Tą łyżką jest Spine Of God, zagrane na ostatni bis z dość zaskakującym wstawieniem przez Wyndorfa refrenem American Pie.

Konkludując, na Nebulę wybiorę się z chęcią jeszcze raz, bo zostawili straszny niedosyt, na Pilgrim Fathers również, a Monster Manget raczej nie. Chyba,że ich następna płyta będzie na miarę Spine Of God

dodaj komentuja | koncerty |

Waglewski, Fisz, Emade - 6.11.2008, Stodoła, Warszawa

Wpis na 0. poziomie, wysłany 08 listopada 2008 o 11:57:18

To było moje drugie spotkanie z klanem Waglewskich w ostatnim tygodniu, bo 31 października byłem na koncercie Voo Voo w Trójce, więc wiedziałem, czego się spodziewać, przynajmniej po nestorze rodu. Luzu i radości grania. I tak też było, ale zacznijmy od początku.

Na początku pojawił się sam klawiszowiec, Marcin Obijalski i zaczął grać. Po chwili na scenę wyszedł Wojtek i zagrali razem Chromolę. Dopiero potem dołączył Emade (cichy bohater tego koncertu, ale o tym później) i w trójkę zagrali Dziób pingwina. Wreszcie pojawił się Fisz, zagrali Niezmiennie i dopiero wtedy na dobre się zaczęło.

Był to koncert na niesamowitym poziomie. Waglewski, wiadomo, jeden z najlepszych polskich gitarzystów. Kolejny raz potwierdził swoja klasę, wyczyniając z gitarą takie rzeczy, o których inny marzą, wydobywał z niej przepiękne melodie. I nie zagrał ani jednego zbędnego dźwięku. Wszystkie jego solówki idealnie wpisywały się w piosenki. Emade powinien zająć się poważniej bębnieniem, co on wyczyniał… Jego solówka w Zimie, zagranej na pierwszy bis, trwała dobre 10 minut. I tak jak ojciec, nie zagrał więcej niż powinien. Ileż to razy ludzie podniecają się solówkami na perkusji, które okazują się tak naprawdę zwykłym waleniem w bębny, nie zawsze składnym, a Emade przede wszystkim trzymał rytm, a nie popisywał się bez sensu. W samych piosenkach grał nieszablonowo i przemyślanie, w jego grze było słychać i blues, i jazz, i swing, i zwykły rock. Miodzio. Z Fiszem sprawa miała się troszkę inaczej. Na płycie grał na basie we wszystkich piosenkach, na koncercie tylko w tych, w których nie śpiewał. Gdy stawał za mikrofonem, bas łapał brodaty pan, którego imienia nie pamiętam. Oprócz niego i Marcina trójkę Waglewskich wspierał Bartek Boruta na harmonijce ustnej. I to on był największym zaskoczeniem wieczoru. Gdy tylko zaczynał grać opadały szczęki. W „siedzę na ławce” wdał się w muzyczny dialog z Wojtkiem. Przegrywali się melodiami, coś superasnego. Na początek drugiego, wymęczonego przez publiczność bisu wyszedł tylko on i Marcin. To była cudowna chwila, zagrali prawdziwego bluesa. I ta harmonijka… cudo.

Piosenki na koncercie zyskały nowego wymiaru. Na płycie wydawały się takie… zwykłe. Tu zaskakiwały swoją drapieżnością i mocą, a te spokojniejsze zyskały niesamowitą jazzową barwę.

Kilka razy tak przygrzmocili, że musiałem zbierać szczękę z podłogi. Sport zabrzmiał jeszcze bardziej ostro i punkowo niż na płycie, a Badminton, szczególnie, gdy zagrali drugi raz, na sam koniec, zniszczył mnie. I jeszcze Waglewski bawił się w niej gitarą niczym Neil Young, nie wystarczało mu, że miał taką samą gitarę ;).

Na początku obawiałem się trochę o frekwencję, bo przecież dali dwa darmowe koncerty we wrześniu. Gdy przybyłem do klubu, ludzi było mało, nawet bardzo mało, ale najwidoczniej gdzieś się pochowali, bo pół godziny później, gdy zaczynał się koncert, sala Stodoły była prawie pełna. Warszawiacy dopisali tym razem. A już najbardziej zaskoczyli mnie długim i wytrwałym wywoływaniem ich na drugi bis, gdy już zapaliły się światła, a z głośników popłynęła muzyka, co zwykle oznacza koniec koncertu. Robili to tak wytrwale, że w końcu Waglewscy złamali się i wrócili.

Po wyjściu z klubu, nie wiedziałem, co powiedzieć, strasznie mnie zaskoczyli, na plus oczywiście. To był jeden z najlepszych koncertów w tym roku. Mam ogromną nadzieję, że Męska Muzyka nie będzie ich jedyną płytą, wbrew zapowiedziom samych zainteresowanych. Są jak skarb, którym powinniśmy pochwalić się przed całym światem, bo naprawdę jest czym i zasługują na to, każdy z osobna i wszyscy razem.

1 komentuj | koncerty |

The Gutter Twins - 23.08.2008; Proxima, Warszawa

Wpis na 0. poziomie, wysłany 26 sierpnia 2008 o 13:33:36

Od czego by tu zacząć? Może znów od obserwacji socjologicznych. Koncert The Gutter Twins połączył tak różne światy, jak indie dzieciaki i starych grandżowców (pozdrawiam pana w koszulce Pearl Jam, mam taką samą). Jednak dało zauważyć się pewne rozdwojenie publiczności. Część to fani i (przede wszystkim) fanki Duliego, którzy na jego widok dostają spazmów, czego dowodem była reakcja na wyjście Grega po koncercie. Druga część to fani Lanegana, czy to jeszcze z czasów Screaming Trees, czy z późniejszych projektów. Na szczęście ani jedna, ani druga frakcja nie chciały się pozabijać. Czas więc przejść do rzeczy najważniejszych, czyli samego koncertu.

To już mój drugi koncert tego składu. Poprzedni to koncert The Twilight Singers też w Proximie. Czyli mam materiał porównawczy. Różnica pierwsza i dość oczywista: więcej Lanegana, co mnie cieszy niezmiernie, gdyż Marka kocham miłością bezgraniczną, ale platoniczną. Różnica druga i jeszcze bardziej oczywista: repertuar, ale o tym później. Różnica trzecia: nagłośnienie. Niestety grubasek z bokobrodami, który dwa lata temu roznosił kable i stroił instrumenty, dorwał się konsolety i zepsuł nagłośnienie, które i tak nie jest mocną stroną Proximy. Za głośno było i już. A początek był taki idealny.

Zaczęli jak na płycie. The Stations i God’s Children. Zmiotły mnie dosłownie swoją mocą. Zabrzmiały jeszcze lepiej niż na płycie. Potem pierwszy z coverów, które pojawiały się często i gęsto, czyli znany już i z poprzedniego koncertu i z EPki Twilightów Live With Me Massive Attack. Tym razem bez Where Did You Sleep Last Night?, szkoda, bo w takim układzie wypada to najlepiej.

Następnie zaserwowali Idle Hands, które zmiażdżyło moje bębenki. Od tego momentu idylla się skończyła i wróciliśmy do smutnej proximowej rzeczywistości. Czyli za głośno. No ale spoko, dało się przeżyć, a oni już grali następną perełkę z Saturnaliów, Seven Stories Underground. Miodzio, ale za dużo basu.

Teraz chwila przerwy od kawałków, skupiamy się na obserwacjach ogólniejszych, czyli dwóch liderach i zespole. Dulli i Lanegan na scenie to dwa różne światy, ogień i lód. Pierwszy miota się strasznie, wdzięczy się do publiczności, zagaduje, a nawet zdarzyło mu się zejść w tłum podczas kończącego podstawowy set Front Street. Drugi stoi statecznie, z zamkniętymi oczami i robi, to, co wychodzi mu najlepiej, czyli śpiewa. I to jak. Pozostali panowie nie odstają. Dave Rosser grał takie solówki, ze o ja nie mogę. Jeff Klein wygrywał piękne melodie na klawiszach, a czasem sięgał po gitarę (wtedy, gdy to Greg siedział przy klawiszach). Scott Ford i Cully Symington, schowana w głębi sceny sekcja. Na najwyższym poziomie.

Po Seven Stories znów sięgnęli do coverów. Mniej znanych i mniej oczywistych. Najpierw Change Has Come z pierwszej EPki Screaming Trees. Bardzo miłe zaskoczenie. Hard Time Killing Floor, starusieńki blues, pamiętający czasy, gdy Murzyni zbierali bawełnę. Po nim wtrącili swoje Bête Noire, czyli najmocniejszy punkt płyty. I wiedziałem, że to będzie jeden z tych koncertów, które zapamiętam na zawsze. A potem największe zaskoczenie, czyli Down the Line Jose Gonzaleza. Tego Jose Gonzaleza. W sumie można było być przygotowanym na jakiś zaskakujący cover, bo dwa lata temu zagrali Wolf Like Me TV On The Radio, ale jednak Gonzaleza bym się nie spodziewał. Potem było siedem minut dla fanów The Afghan Whigs, czyli When We Two Parted. No i jeszcze St. James Infirmary, chyba jeszcze starszy blues, z naprawdę piękną solówką Rossera.

I wrócili po tym coverowym zestawie do swoich piosenek. Spanish Doors, Each to Each (tak!) i na koniec Front Street rozbudowane i poprzedzone przedstawieniem zespołu. Zespołu, który od koncertowego wcielenia The Twilight Singers różni się tylko perkusistą. I to był koniec, zeszli ze sceny. Koncert skończył się tak, jak płyta.

Ha, żartowałem, oczywiście wrócili na bis. Bis, na którym przypomnieli swoje poprzednie dokonania. Papillon Twilight Singers, które zaśpiewał… Lanegan. Drugą zwrotkę. To było niesamowite, powinni to robić częściej. Hit the City Lanegana, przearanżowane na delikatniejsze i mniej surowe, ale nadal mocne. Bonnie Brae znów z Laneganem śpiewającym pierwszą zwrotkę. Methamphetamine Blues (!!), które kocham i zupełnie się go nie spodziewałem. I już na prawdziwy koniec Number Nine, najlepsza piosenka Dulliego i Lanegana, z Blackberry Belle Twilightów. I zeszli ze sceny, tym razem na dobre.

Koncertem życia nazwać go nie mogę, bo Neil Young mnie bardziej zniszczył, ale Gutter Twins są zaraz za nim. Dulli znów obiecał, że wrócą, w 2010, gdy nagrają nową płytę. Greg, trzymam cię za słowo.

PS. Na specjalne życzenie set lista. Także dla tych, którzy nie byli. Niech żałują.

The Stations
God’s Children
Live With Me
Idle Hands
Seven Stories Underground
Change Has Come
Hard Time Killin' Floor Blues
Bete Noire
Down The Line
When We Two Parted
St. James Infirmary
Spanish Doors
Each To Each
Front Street
---
Papillon/Shadow Of The Season
Hit The City
Bonnie Brae
Methamphetamine Blues
Number Nine

3 komentuje | koncerty |

Neil Young - 11.07.2008; Sportpark Boshoven, Weert

Wpis na 0. poziomie, wysłany 19 lipca 2008 o 19:58:51

Takie koncerty przeżywa się raz, może dwa razy w życiu. Koncerty idoli, półbogów, których nawet nie marzyło się zobaczyć na żywo. Tak myślałem o Neilu Youngu, że nie dane mi będzie go zobaczyć, ale szczęśliwy splot zdarzeń umożliwił mi pojechanie na jego koncert. 1200 kilometrów na zachód, 15 godzin w samochodzie w jedną stronę, ale było warto.

Zacznę od pewnych obserwacji socjologicznych. Na płycie Sportparku Boshoven roiło się od klonów Neila. Wiecie, siwe, przerzedzone, długie włosy, bokobrody. Reszta publiczności też nie należała do najmłodszych. Wyglądało to, jakby zebrali się hippisi (lub ex-hippisi) z całej Holandii, pamiętający czasy, gdy Neil Young był młody. Po drugie ci starsi ludzie lubili sobie zapalić skręta, ale to w końcu Holandia. Nieruchawi byli jak Niemcy, ale reagowali ciut bardziej spontanicznie i entuzjastycznie.

Supportem, na który zdążyłem byli The Wonderboys. Grają rock z elementami folku celtyckiego i chyba z ciągotami progresywnymi. Nie zachwycili mnie w każdym razie, ale podejrzewam, że to częściowo z powodu oczekiwania na Niego.

Scenografia była dość rozbudowana. Wielki wiatrak z prawej strony, organy na podwyższeniu, świecące litery układające się w imiona Younga i jego żony, Pegi, sztaluga, mnóstwo starutkich wzmacniaczy i kolumn, sztaluga, która okazała się dość istotnym elementem scenografii i żadnych telebimów.

Gdzieś tak około 22.30, gdy już zaszło Słońce i przestało padać, wyszli na scenę. Neil Ben Keith, Chad Cromwell, Rick Rosas i Pegi Young z Anthonym Crawfordem, którzy zajęli miejsce na podwyższeniu, w cieniu organów. Wszyscy oprócz Neila byli skryci w cieniu. Bez żadnego słowa zaczęli grać Powderfinger, po którym Neil odezwał się po raz pierwszy, mówiąc How you doin’?, czyli nie wyglądał na jakiegoś superrozmownego gościa. Potem zagrali pierwszy z rarytasów, czyli starusieńkiego Mr. Soul, pamiętającego jeszcze czasy Buffalo Springfield. Zagrali go z taką mocą i werwą, że ciarki przechodzą mi po plecach do tej pory na samo wspomnienie tego wykonania.

Zaraz potem sięgnęli do pierwszej płyty Neila z Crazy Horse, czyli Everybody Knows this Is Nowhere, grając tytułowy kawałek. Dopiero wtedy zauważyłem, jak ważną role spełnia sztaluga. Pojawiały się na niej obrazy z tytułem właśnie granej piosenki. Taka forma zastępcza wizualizacji. Bardzo to ciekawe i z drugiej strony fajne, bo jak ktoś nie kojarzył piosenki (był tam ktoś taki?), to wiedział przynajmniej, jak się nazywa. Przed następnym I’ve Been Waiting For You, Young odezwał się po raz drugi i ostatni. Powiedział, że cały dzień ćwiczyli, tylko po to, by zagrać tę piosenkę.

Niesamowite w tym koncercie było to, z jaką energią i mocą Neil gra na gitarze. Daje z siebie więcej niż 100%, a wszystko jest tak niesamowicie autentyczne, ani jednej wystudiowanej nuty, wszystko niepowtarzalne i spontaniczne.

Najczęściej, bo cztery razy sięgał do Harvest, grając przepiękne Heart of Gold, Old Man, w którym na banjo zagrał techniczny Neila, wzruszające The Needle and the Damage Done oraz rozciągnięte do ponad dwudziestu minut Words. Z takich długich, rozimprowizowanych piosenek zagrał jeszcze Down By the River i na koniec No Hidden Path, jedyną piosenkę z ostatniej płyty, którą rozciągnęli do ponad pół godziny gitarowego hałasu końcówką przesterowaną do granic możliwości.

Na bis zagrali siedmiominutową wersję A Day In the Life Beatlesów. Oczywiście, tego, czyja to naprawdę piosenka, nie było słychać. I to był już koniec. 16 piosenek. 126 minut. 126 minut, które zapamiętam, jako jedne z najpiękniejszych w moim życiu.

Piękny i zaskakujący to był koncert, Neil zrezygnował z najbardziej oczywistych piosenek, sięgając po te trochę mniej znane. Dzięki temu ten koncert zyskał na wartości, na spontaniczności. Niesamowite jest to, że starszy już z niego pan, a energii ma tyle, co jakiś młodziak. Zupełnie, jak Jagger, ale Young jest dużo bardziej autentyczny i naturalny.

Nie wiem, czy kiedyś będę na lepszym koncercie, chyba, że znów to będzie Jego koncert. I zagra Cortez the killer, którego brak był jedyną wadą tego występu.

2 komentuje | koncerty |

PJ Harvey - 21.05.2008, Sala Kongresowa

Wpis na 0. poziomie, wysłany 23 maja 2008 o 22:35:48

To był jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie koncertów w tym roku. Przecież White Chalk zmiotła inne płyty i bezapelacyjnie została moją płytą roku ubiegłego. Oglądane filmiki na jutubie z wykonaniami nowych piosenek zapowiadały wspaniały, a jednocześnie intymny występ.

Polly wyszła scenę chwilę po 21. Sama, ubrana w białą suknię. Na scenie panował półmrok. Jedynymi źródłami światła były lampki choinkowe, którymi obwiązane było pianino i smuga światła z reflektora. Scenografii brak, najważniejsza miała być muzyka. Jeszcze przed pierwszą piosenką Polly ostrzegła, że będzie grała na różnych instrumentach, mimo że nie gra nich dobrze, ale to będzie dobre urozmaicenie tego wieczoru.

Zaczęła od To Bring You My Love i Send his Love to Me, które zagrała na gitarze elektrycznej. Wiedziałem, że tak może być, ale efekt nie do końca mi się spodobał. Czy to przez buczące nagłośnienie, czy może przez to, że jestem „nowym” fanem, czyli poznałem ją dzięki Stories from the City, stories from the Sea, nie wiem.

Potem Polly podeszła do pianina. When Under Ether wycisnęło ze mnie łzy. Kocham tę piosenkę. Przy graniu the Devil Polly włączyła metronom, który zastępował perkusję. I ta piosenka zabrzmiała lep[iej niż na płycie. Jednak najpiękniej zrobiło się przy White Chalk. Powolna gra na pianinie, harmonijka ustna, piękna melodia. Po prostu cudo i ta intymna atmosfera, która sprawia, że czuję się, jakby grała tylko dla mnie.

Uderzyła mnie swoboda z jaką Polly porozumiewa się publicznością. Dowcipkuje, opowiada różne historie, podchodzi do siebie z dystansem.

Przed jedną z piosenek opowiedziała o swoim pierwszym pobycie w Polsce. Zaczęła od słów: „Nie pamiętam, kiedy tu byłam po raz pierwszy Wszyscy w śmiech, bo przecież to był jej pierwszy koncert w Polsce. Ale jednak to nie pomyłka. Polly opowiada o tym, jak, mając 17 lat grała w zespole z Johnem Parishem , przyjechała do Polski i NRD na kilka koncertów. W Polsce cztery z sześciu odwołano, więc przez półtora tygodnia mieszkali u nas, a Polly – wtedy wegetarianka – jadła tylko kanapki z serem.

Przepięknie wyszła Angelene, po której zagrała bisajd, którego tytuł pochodzi z filmu porno. I oczywiście pogadała przy tej okazji o wymyślaniu tytułów i U2.

Zagrała też Shame, jedną z moich ulubionych piosenek z Uh Huh Her, ale jednak ta piosenka potrzebuje zespołu. Tylko z gitarą traci całą moc, a zostaje tylko surowość. Na koniec zagrala The Mountain i Silence. Szczególnie ta druga wyszła przepięknie. W the Mountain wchodziła na bardzo wysokie rejestry, jeszcze wyższe niż na płycie. Przed nimi zagrała na cytrze grow grow grow i Down by the water. Pięknie wyszły oczywiście.

Na bis wyszła po bardzo długich owacjach na stojąco. Miała grać na gitarze elektrycznej, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie i przesiadła się na akustyczną. Zagrała fenomenalną wersję C’mon Billy, początek Lying In the Sun, wymuszony przez jednego kolesia, the Piano (piękne!) i na sam koniec Desperate Kingdom Of Love. I już. Godzina z hakiem.

Najbardziej żałuje braku You Come Through, które aż prosi się o obecność na takim koncercie. Nie do końca pasowały te piosenki zagrane na elektryku i syntezatorach. Dlatego z Sali Kongresowej wyszedłem z mieszanymi uczuciami. Ale i tak czekam na następny koncert. Wcześniej niż za 21 lat.

3 komentuje | koncerty |

Rykarda Parasol & the Tower Ravens; 17.05.2008 - studio im. Agnieszki Osieckiej; 20.05.2008 - CDQ

Wpis na 0. poziomie, wysłany 20 maja 2008 o 23:52:41

Warszawa to pierwszy i przedostatni przystanek na pierwszej trasie Rykardy Parasol po Polsce. Obydwa koncerty, mimo że zupełnie inne, były niesamowite.

W sobotę Rykarda wystąpiła w studiu im. Agnieszki Osieckiej. Miejsce trochę niefortunne, bo za małe i zbyt formalne. No, ale był to koncert radiowy transmitowany na całą Polskę.

Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że to będzie aż tak energetyczny koncert. Rykarda i Tower Ravens roznieśli studio swoją energią. Piosenki, które na płycie wydawały się spokojne, tu kipiały gitarowym hałasem. Tak, gitarowym hałasem. Wiem, trudno w to uwierzyć. Gitzrzysta nawet od czasu do czasu sięgał po smyczek, popularny ostatnio u wszelkiej maści post-rockowców, ale na szczęście wykorzystywał go niczym Jimmy Page. Widać było, ze Rykarda jest wzruszona przyjazdem do ojczyzny swych przodków. Cały set zadedykowała swoim pochodzącym z Częstochowy dziadkom, wspomniała też ojca.

Niestety, koncert musiał skończyć się o określonej porze i trwał tylko godzinę. Zakończyli go Candy Gold zagranym na bis, co tylko zaostrzyło mój apetyt na wtorkowy koncert.

We wtorek wybrałem się do CDQ, myśląc, że wiem, czego się spodziewać. Nwet nie wiedziałem, jak bardzo się myliłem.

Niby zaczęło się podobnie, bo od tych samych dwóch (nowych, świetnych) piosenek, co w sobotę, ale już jako trzecią piosenkę zagrali Arrival, A Rival. W sobotę ten utwór zabrzmiał naprawdę mocno. We wtorek jeszcze bardziej. Nie mogłem w to uwierzyć. To da się te piosenki grać jeszcze mocniej? Jeszcze głośniej i jeszcze bardziej czadowo? Jednak tak. Zespół czuł się dużo swobodniej niż w Trójce. Rykarda co chwilę żartowała, a właściwie powinienem był napisać Ryśka, gdyż sama tak kazała do siebie mówić, bo niedługo będzie Polką. Znów wspomniała ojca i dziadków. Powiedziała też, że bardzo spodobała się jej Warszawa.

Dali z siebie wszystko, Wyndorf Miles (gitarzysta) miotał się po niewielkiej scenie i wydobywał ze swojej gitary, a to hałas, a to piękne melodie. Zach Brewer (basista) świetnie dotrzymywał towarzystwa Rykardzie w chórkach. Ryan Dylla walił w bębny tak, że prawie się rozwaliły. Candy Gold wypadło po prostu cudownie, tak, jak Lonesome Place, Texas Midnight Radio, czy fenomenalnie zagrane Night On Red River.

Strasznie szybko zleciał podstawowy set, zakończony Hannah Leah, Ryśka pożegnała się i zeszli ze sceny. Na szczęście nie na długo. Przywołani oklaskami i wiwatami wrócili. Zagrali trzy piosenki, w tym przepiękną Lullaby for blacktail i znów uciekli. Ale i tym razem nie był to koniec koncertu. Najpierw wyszła sama Rykarda i zagrała jedną piosenkę (z EP-ki) tylko z akompaniemntem gitary. A potem… potem był najlepszy moment koncertu. Zagrali piosenkę z nadchodzącej płyty. Piosenkę, której nigdy wcześniej nie grali na koncertach. Żeby ją zagrać musieli przenieść jeden bęben, bo miał na nim grać Wyndorf, a Rykarda stanęła za klawiszami. Ta piosenka to był kulminacyjny punkt koncertu. Prawdziwa rokendrolowa rozpierducha. Po prostu brak mi słów.

Na trzeci bis wyszła znów sama Ryśka i zagrała Janis Don’t Go back. W trójce też to zagrała, ale z zespołem. Tu, grając ją sama, wydobyła z niej żal i smutek. Piękna i poruszająca piosenka. Idealna na zakończenie tego wyjątkowego wieczoru.

To były jedne z koncertów roku. Energetyczne, czadowe, piękne, a jednocześnie piękne i kobiece.

dodaj komentuja | koncerty |