Isobel Campbell & Mark Lanegan - 29.11.2008; Filharmonia Łódzka, Łódź
Dulli obiecał, że wróci w 2010 roku. Lanegan niczego nie obiecywał i przyjechał już 3 miesiące po koncercie The Gutter Twins. Nie do Warszawy, a do Łodzi i w towarzystwie Isobel Campbell. Czy raczej trzeba było napisać: Isobel Campbell przyjechała do Łodzi z Markiem Laneganem, by swoim występem uświetnić otwarcie kolejnej edycji Festiwalu Camerimage. Dlatego miejsce było dość nietypowe, bo koncert odbył się w Filharmonii Łódzkiej.
Z półgodzinnym opóźnieniem wyszli na scenę i przenieśli Filharmonię w inny, magiczny, choć nie bajkowy świat. I już od pierwszych sekund Seafaring Song objawiła się największa zaleta sali koncertowej. Świetna akustyka (co jest dość oczywiste, bo to przecież Filharmonia), wszystko było słychać idealnie, każdy dźwięk, każdą przeszkadzajkę, każde słowo. Wszystko. Żadnych zgrzytów, buczeń, nie za głośno. Och, gdyby każdy koncert był tak nagłaśniany, życie byłoby piękniejsze.
Jak już napisałem zaczęli Seafaring Song, a zaraz po nim sięgnęli do początku Ballad Of Broken Seas, czyli do Deus Ibi Est, po którym wrócili do nowej płyty, grając posuwiste Who Built the Road. I teraz nadszedł czas na jedną z niespodzianek wieczoru: Creeping Coastline of Light z I’ll Take Care of You Marka, jego najdoskonalszej płyty. Pięknie zagrane (ale gdyby zagrali Carry Home byłoby jeszcze piękniej), wzruszająco, dokładnie tak, jak na płycie, no prawie, bo Isobel dośpiewywała chórki. I tu na chwilę się zatrzymamy przy tak zwanych technikaliach.
Isobel oprócz śpiewania grała na wiolonczeli i w Come on over (Turn me On) na klawiszach, a także na różnych przeszkadzajkach, no i okazało się, że to ona tak ładnie gwizdała na płytach. Swoim głosem hipnotyzowała nie mniej niż Mark, który jak zwykle stał przyklejony do mikrofonu. Tym razem nie nieruchomo, bo nawet czasem poruszał się w rytm. Poza tym wydawał się rozmowniejszy niż zwykle, to znaczy powiedział cokolwiek (na przykład „thank you” po The Circus Is Leaving Town) i wyluzowany, bo na przykład coś tam sobie poszeptał z Isobel. I tu może poruszę temat drażliwy dla niektórych, ale po tym, jak na siebie patrzyli (tak, bo Mark, gdy nie śpiewał patrzył na Isobel), dochodzę do wniosku, że musi ich łączyć coś więcej niż tylko wspólne płyty, ale dalsze rozwijanie tego tematu pozostawmy serwisom plotkarskim (jeśli wiedzą, kim są Campbell i Lanegan).
Isobel i Laneganowi towarzyszyli świetni instrumentaliści. Klawiszowiec co jakiś czas zamieniał się miejscami z basistą, który grał też na perkusjonaliach i gitarach sidle (lap i pedal steel) albo na gitarze (tak, jak zresztą i klawiszowiec). Gitarzysta i perkusista też grali bez zarzutu. Sekcję smyczkową (inną niż wiolonczela) puszczali z taśmy.
Na Saturday’s Gone Mark zszedł ze sceny, ale zaraz wrócił na jeden z najmocniejszych momentów koncert, Back Burner. Nie zabrakło też nowości, zagrali Rambling Rose, Clinging Vine z dopiero co wydanej EPki i Free to Walk, niestety nie wiem, czy to ich piosenka, czy czyjś cover. (Do You Wanna) Come Walk With Me? zabrzmiało jeszcze bardziej kusząco niż na płycie. Podstawowy set zakończyli niesamowitą wersją The Circus is Leaving Town.
Tę chwilę wykorzystam znów na małą obserwację. Isobel w pewnym sensie przypominała mi Polly Harvey, obydwie skromne, zawstydzone, zagubione na scenie. Isobel na dodatek wydawała się być bardzo spięta, nawet raz weszła zupełnie nie wtedy, gdy powinna, zapominając, że akurat w tym momencie powinien śpiewać sam Lanegan.
Wrócili po bardzo krótkiej przerwie (prawie tak krótkiej, jak Franz Ferdinand). Najpierw sami instrumentaliści, którzy zaczęli grać Revolver, a po chwili dołączyli do nich Mark i Isobel. A potem… Potem nastąpił kolejny z niesamowicie magicznych momentów. Come On Over (Turn Me On), zabrudzone, nieokiełznane, niesamowite. Dołożyli jeszcze na Ramblin’ Man i na koniec Wedding Dress, znów Marka, niesamowicie drapieżne, z jednej strony niepasujące do reszty piosenek, a z drugiej idealne na zakończenie tego wieczoru.
Campbell i Lanegan zagrali koncert pełen napięcia, magii i piękna. Nie ma dziś tak elektryzującego duetu, jak ich dwoje. Chcę jeszcze raz.
PS. Lokalizacja tego koncertu w Filharmonii miała też jedną wadę. Publiczność reagowała dość anemicznie, prawdopodobnie z powodu powagi miejsca.
PS2. Luiza bardzo chciała być wymieniona w tym tekście, niniejszym to czynię.



