wieczur@jabberpl.org


Joan as Police Woman - To Survive

Wpis na 0. poziomie, wysłany 09 lipca 2008 o 16:43:36

rok wydania: 2008
gatunek: jazz, blues, rock
wydawca: Reveal Records (UK) / Cheap Lullaby Records (US)

Gdzieś kiedyś przeczytałem, że Joan Wasser ma przyjechać do Polski ze swoim projektem Joan as Police Woman. Nie wiedziałem wtedy, kto zacz, więc ta informacja nie zagościła na długo w mojej głowie. Dopiero po jakimś czasie zabrałem się za jej płyty. Pech chciał, że dopiero dzień po jej warszawskim koncercie.

Joan Wasser ma znanych kolegów. Na debiucie pomógł jej Antony Hegarty, tutaj Rufus Wainwright, a ona sama nagrywała z Lou Reedem. I jeszcze jest z Nowego Jorku, a niektórzy chcą ją porównywać do CocoRosie. Mając to na uwadze można by się spodziewać po jej płycie unurzanej w folku, bezwstydnie snobistycznej alternatywy dla nowojorskiej bohemy. Nie napiszę, że to nic bardziej mylnego, bo w tym stwierdzeniu jest sporo prawdy. Ale jest jedno, co się nie zgadza. To folk, a raczej jego brak. Joan zamiast tegoi oferuje bluesowo-jazzową mieszankę z jakiejś niewielkiej nowojorskiej knajpki. Do tego dorzuca soul i malutką szczyptę funku.

Nie spodziewajcie się więc muzyki, która was poderwie z fotela, raczej zatopicie się zamyśleni w nim. Jeden z niewielu momentów ożywienia to Furious. W porównaniu z debiutem jest tu dużo spokojniej.

Ta płyta to przede wszystkim melancholia i zaduma, czasem podszyta smutkiem, jak w To Be Lonely, czasem troską, jak w To America, a czasem po prostu zakochana, jak w To Be Loved. Mogą pojawić się skojarzenia z Norą Jones, jednak Joan ma czarniejszy głos, a jej muzyka jest mniej uładzona. Jest tu surowość, ale zupełnie inna niż ta, do której się przyzwyczaiłem. Na tej płycie to wrażenie jest zbudowane nie na brzmieniu gitar, których tu na lekarstwo, lecz na skromności użytych środków. Dominuje fortepian i sekcja smyczkowa, przez co wszystko brzmi, jak nagrywane na żywo we wspomnianym wyżej barze. Z powodu tej dominacji mogą przyjść na myśl również The Dresden Dolls, ale to zupełnie inna, dużo poważniejsza konwencja.

Coś, co może zaskakiwać, to brak melodii, które wchodzą do głowy od razu. Może jest tak w przypadku Holiday, ale to naprawdę wyjątek. W resztę trzeba się wsłuchać, a gdy już to zrobimy, te piosenki, odpłacą nam z nawiązką.

Niestety, mam straszliwego pecha, bo grała dosłownie pod moim nosem, a mnie tam nie było. Pech straszliwy, bo wokalistką jest charyzmatyczną, hipnotyzującą i po prostu świetną. Pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że to nie był jej jedyny koncert w Warszawie.

Ocena: 8/10

1 komentuj | blues jazz recenzje rock |