wieczur@jabberpl.org


Bruce Springsteen - Nebraska

Wpis na 0. poziomie, wysłany 23 sierpnia 2008 o 16:44:32

rok wydania: 1982
wydawca: Columbia Records
gatunek: folk, country

Na początku lat 80. Bruce Springsteen był na fali wznoszącej. Już po Born To Run, ale jeszcze przed Born In the U.S.A, które wyniosło go na sam szczyt. Jednak miał na tyle silną pozycją, że mógł pozwolić sobie na eksperyment, płytę, która zaskoczy fanów i krytyków, której formę powtórzy kilkanaście lat później na The Ghost of Tom Joad .

Tym zaskoczeniem jest ascetyzm brzmieniowy. Bruce znany z rozbudowanych aranżacji, pełnych rozmachu, wielości instrumentów, jest tu sam. Tylko on, gitara i harmonijka ustna. Przypomina to kogoś? Oczywiście wielkiego idola Bruce’a, Boba Dylana. I tak, jak u Dylana słowo jest ważniejsze niż muzyka. Nie zrozumcie mnie źle, w twórczości Springsteena słowa były zawsze ważne, ale tu wysuwa się na pierwszy plan.

Wszystko zaczyna się od utworu tytułowego, inspirowanego filmem Terrence’a Malicka o seryjnym mordercy i jego dziewczynie. Opowiedzianego z pierwszej osoby. Taki niespringsteenowy to utwór. Nie ma chwytliwej melodii, Bruce śpiewa delikatniej i wyżej niż zwykle. To znów ukłon w stronę Dylana.

Jednak Springsteen nie byłby sobą, gdyby nie napisał choć jednego hitu. To Atlantic City, opowieść o ludziach próbujących zmienić swoje życie. Znów Bruce’owa klasyka. I jaka moc. To jeden z najlepszych utworów napisanych przez Springsteena. Ciary gwarantowane. Szczególnie w refrenie spotęgowanym pogłosem, który charakteryzuje ten album.

Nebraska nie spodobała się przeciętnemu amerykańskiemu słuchaczowi, sprzedawała się słabo, ale krytycy ją docenili. Zresztą nie tylko oni. Dwie piosenki skowerował na swojej płycie nie kto inny, jak wielki Johnny Cash. Wziął Johnny’ego 99, szybkie country, znów o przestępcy i Highway Patrolman balladę o policjancie i jego bracie. A wszystko gończy gorzkie Reason to Believe.

Bruce jak zwykle sięgnął do historii zwykłych ludzi, ale tym razem sięgnął ciemnej strony życia, nie ma tu optymizmu płynące z Born to Run. Ludzie popełniają błędy, wcale nie są tacy dobrzy na jakich wyglądają, ukrywają mroczne sekrety, uciekają przed przeznaczeniem, ale także kochają, mają marzenia, starają się godnie żyć. O tym wszystkim śpiewa Bruce na Nebrasce. I robi to świetnie jak zawsze, a nawet jeszcze lepiej. Udało mu się nagrać płytę przewyższającą Born to Run.

Ocena: 10/10

dodaj komentuja | country folk recenzje |

Alina Orlova - Laukinis šuo dingo

Wpis na 0. poziomie, wysłany 18 sierpnia 2008 o 15:42:22

rok wydania: 2008
gatunek: folk, acoustic
wydawca: Metro Music Records

W muzyce liczy się Zachód. To Stany dyktują trendy, Brytania też, ale w mniejszym stopniu. Wschód pozostaje białą plamą. Artystów pochodzących zza Odry, którzy wybili się na świecie można policzyć na palcach jednej ręki. To niewiele, biorąc pod uwagę potencjał, jaki się tam kryje. Na szczęście, dzięki Internetowi i jego wynalazkom szanse powoli się wyrównują. I można znaleźć takie perełki, jak tę dwudziestoletnia Litwinkę.

Alina śpiewa po litewsku, rosyjsku i angielsku. Nic w tym dziwnego, jej matka jest Rosjanką, ojciec Polakiem, a spotkali się w Kazachstanie, a Alina chodziła do litewskiej szkoły, mimo że większość mieszkańców Visaginas to Rosjanie. W swojej muzyce łączy wpływy rosyjskie, litewskie, a nawet żydowskie.

Śpiewanie po litewsku zapewnia egzotykę, bo to język, który nie jest do niczego podobny. Ewentualnie do łaciny albo sanskrytu, ale kto normalny zna te dwa języki? Tak więc, jej teksty pozostają tajemnicą dla większości ludzi. I tu następuje miejsce na prywatę, miejsce, w którym recenzent napisze coś o sobie. Otóż litewski nie jest dla mnie całkowicie tajemniczy. Niezły szpan, co? Mogę więc przybliżyć mniej więcej jej teksty. Ale zrobię to później.

Muzycznie Alina zajmuje rejony niedaleko Tori Amos. Nie tylko dlatego, że jest ruda i gra na fortepianie. Nie zrzyna, jest bardziej folkowa, ale podobnie skromna aranżacyjnie, jak Tori na Boys for Pele. Najbardziej to podobieństwo słychać w Nesvarbu. Muzyka Aliny jest też bardziej bajkowa, dziecięca i niewinna, a to przede wszystkim dzięki jej głosowi. Ta dziecięcość i bajkowość przywołuje na myśl CocoRosie, ale Alina używa normalniejszych instrumentów.

Piosenki należą do kategorii za krótkich, rzadko która przekracza dwie i pół minuty, na przykład moja ulubiona, Lijo, czyli Padało ma niecałe dwie minuty. Bardzo piękne dwie minuty. Najdłuższa, Slėpynes to dokładnie trzy minuty. Teksty, tak jak i muzyka należą do świata magicznego, realnego, ale trochę innego. Paskutinio Mamuto daina to opowieść ostatniego mamuta, Mėnulis to piosenka o Księżycu, gdzie dają dobre jedzenie za darmo, nie ma samochodów i wojen, dzieci nie mają anginy, nikt nie musi iść do szkoły, ale czemu jest on aż tak daleko. Zasadniczą część płyty kończy Twinkle, Twinkle Little Star, angielska kołysanka.

Laukinis šuo dingo trwa pół godziny. Krótko, ale jednocześnie wystarczająco długo, by zakochać się w muzyce Aliny Orlovej.

Ocena: 8/10

7 komentujów | folk nie wiem ale fajne recenzje |

Isobel Campbell & Mark Lanegan - Sunday at Devil Dirt

Wpis na 0. poziomie, wysłany 03 czerwca 2008 o 10:36:36


rok wydania: 2008
gatunek: folk, country
wydawca: V2 Records

Ech, ten Mark Lanegan. Tytan pracy się z niego zrobił. Niby jego ostatnia płyta wyszła cztery lata temu, ale od tamtej pory nagrał dwie płyty z Gregiem Dullim, jedną z Soulsavers i jedną z Isobel Campbell właśnie. Czyli nie można narzekać na jego brak aktywności solowej.

Do tej płyty musiało dojść. Ballad of the Broken Seas odniosło sukces artystyczny i komercyjny, a ich głosy świetnie się uzupełniają. Eteryczność Isobel stanowi świetną przeciwwagę dla mocno naznaczonego przez życie Lanegana.

Formuła nie zmieniła się prawie wcale. Nadal jest to country. Tylko, że Lanegana jest więcej, Isobel, która jest mózgiem tego projektu, dała mu więcej swobody. W pierwszych trzech piosenkach jej rola ogranicza się do robienia chórków. Jest też bardziej amerykańsko, ale w końcu to country. I pozostał ten nierzeczywisty, przywodzący na myśl wrzosowiska, klimat.

Come On Over (Turn Me On) to świetna, bondowska piosenka, utrzymana w stylu lat 60. Proponowano Amy Winehouse zaśpiewanie piosenki do nowego filmu o najsłynniejszym agencie Jej Królewskiej Mości, ale nic z tego nie wyszło. Może warto by zwrócić się do tego duetu.

Otwierająca Seafaring Song to coś w rodzaju szanty. Aż słychać szum morza. No i kojarzy się, nie wiedzieć czemu, z „Piratami z Karaibów”. Uwagę przyciąga też Back Burner, plemienny i transowy blues. Wywołuje obrazy Indian tańczących dookoła wielkiego ogniska, przygotowujących się do wojny i wyśpiewujących swoje złowrogie pieśni. Bluesowo jest też w Shot Gun Blues, który z trzaskami płyty winylowej, stylizowany jest na nagrania z lat 30. z Delty Missisipi. Początek The Raven chyba za bardzo przypomina The False Husband z ich pierwszej płyty.

Sunday at Devil Dirt to prawdziwie amerykańska płyta, zanurzona w pustce prerii, Środkowym Zachodzie i jego małych miasteczkach, zapomnianych przez innych. Choć może trudno w to uwierzyć, ale jest jeszcze lepsza od Ballad Of Broken Seas. Zabieg znany z sequeli filmowych, czyli wszystkiego więcej i bardziej, tu przyniósł świetne efekty. Jednak, jeśli będą nagrywali następną płytę, powinni coś zmienić już.

Ocena: 8/10

1 komentuj | country folk recenzje |

Czesław Śpiewa - Debiut

Wpis na 0. poziomie, wysłany 11 kwietnia 2008 o 22:16:53

rok wydania: 2008
gatunek: folk
wydawca: Mystic Records

Czesław jest Duńczykiem. To znaczy, urodził się w Zabrzu, ale od maleńkości mieszka w Danii. Śpiewa po polsku, to może jednak jest Polakiem. Można tez pójść na wątplity jakże kompromis i stwierdzić, że jest on Polako-Duńczykiem. Jest też absolwentem akademii muzycznej w Kopenhadze. Ma też w Danii własny zespół, Tesco Value, a teraz zachciało mu się śpiewać języku przodków i wydać solową płyty.

Na uwagę zasługują przede wszystkim rzucające się w uszy teksty. Surrealistyczne, absurdalne, chwytliwe. A skąd się wzięły takie teksty u Czesława, który po polsku mówi słabo? Nie zgadniecie. Zostały napisane przez internautów wraz z Maciejem Zabłockim na onetowym czacie. Serio. Efekt jest naprawdę niesamowity. Są takie perełki, jak Żabka tonie w betonie (moja ulubiona piosenka), Kradzież cukierka, czy Maszyna do ćwierkania. Wróć. Każdy tekst jest na swój sposób perełką. I to taką, że nie mogłem uwierzyć, że powstały w tak nietypowy sposób. A o czym traktują te teksty? O królewnie zamienionej w żabę, o zgubnych wpływach kradzieży cukierka na życie ludzkie, o Mieszku I. Czyli tematyka rozległa.

A muzycznie, to co za twór? Również niezwykły. Czesław lubi wybuchowe mieszanki. Wyobraźmy sobie lekko killersujący utwór, troszkę punkujący, w którym jest miejsce na cygańskie wokalizy i solówkę á la Steve „mam ręce szybsze od światła” Vai. Efekt? Doprawdy niesamowity, ma Czesiek poczucie humoru, bo to musiałoby być dla skeczu. W tym osobliwym tyglu Czesław miesza jeszcze folk, piosenkę francuską, muzykę przedwojennej „Warsiawy”, muzykę dawną, krakowskie klimaty w stylu Turnaua, punk, muzykę chóralną. I dorzućcie do tego teksty w stylu: „Na peryferiach miasta/gdzie asfalt trawą zarasta/ wzdłuż torów, gdzie pasą się konie/szła żabka po świeżym betonie”, wyjdzie z tego nowy, bajkowy, ale nie do końca szczęśliwy, bo Czesław potrafi też zasmęcić tak, że łzy lecą strumieniami, świat. Rzadka to zdolność, stworzyć tak kontrastowy, muzyczny świat.

Na koniec przyznam się, ze podszedłem do tej płyty, jak pies do jeża, nie wiedziałem, jak się do niej zabrać. Nie spodobała mi się za pierwszym podejściem. Ale z każdym następnym razem, czy to słuchana w domu na spokojnie, czy w pośpiechu, czy na leniwym spacerze po mieście, zyskiwała. Bo płyta to naprawdę piękna i niesamowita. Jedna z lepszych polskich płyt ostatnich lat.

Ocena: 8/10

1 komentuj | folk nie wiem ale fajne recenzje |

Seabear - The Ghost That Carried Us Away

Wpis na 0. poziomie, wysłany 13 marca 2008 o 12:17:28

rok wydania: 2007
gatunek: folk, pop
wydawca: Morr Music

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy na hasło „muzyka islandzka” to Sigur Rós, czyli post-rockowe smęty. Drugie to Bjork, czyli muzyczna awangarda. Jednak ostatnio muzyka islandzka kojarzy mi się z Seabear.

Jedynym, co łączy Seabear z wyżej wymienionymi jest klimat, baśniowy, nierzeczywisty. To chyba cecha wszystkiego, co pochodzi z tej wyspy. Seabear w swoich urokliwych pioseneczkach obraz idyllicznej małej osady, gdzieś na odludzi. Oczywiście w zimie, ale nie jest to zima surowa. To zima oglądana z okien domów, w których pali się w kominku, a ich mieszkańcy są zauroczeni spadającymi płatkami śniegu. Czas biegnie powoli, nikomu się nigdzie nie spieszy. Może zbliżają się święta? Kto wie…

To ich cieple brzmienie czasem ociera się o siostry Cassady, choć Islandczycy korzystają z bardziej tradycyjnego instrumentarium. Wokalista śpiewa takim szepto-śpiewem, co sprawia, że brzmi podobnie do Joshuy Radina, z którym zresztą Seabear ma więcej wspólnego, bo tak, jak i on ukochali akustyczności, delikatne brzmienie. Czyli o brodatych Wikingach możemy zapomnieć, to bardziej Skandynawia z książek Astrid Lindgren, wypełniona baśniową magią.

Trochę ożywienia do tego sennego krajobrazu wnoszą Librairies, bardzo piękna piosenka. Podobną rolę odgrywa zamykające całość, rozkręcające się z każdą sekundą Seashell, niewątpliwie najlepsza piosenka na płycie. Od czasu do czasu pojawi się trąbka w tle, prawie cały czas przygrywają skrzypeczki, co jeszcze potęguje wrażenie leniwej zimy. Arms przywodzą na myśl Środkowy Zachód, jakiś samotny domek na prerii, do którego zjechała się cala, pokaźna rodzina i gra dawno zapomnianą melodię. Oczywiście, nie tylko w tej piosence jest harmonijka ustna, obowiązkowa w takim folku.

Ta płyta nie jest zaskakująca, ta płyta nie jest rewolucyjna, ta płyta nie powali nikogo na kolana swoją mocą. Ta płyta jest po prostu przyjemna i relaksująca, tej płyty świetnie się słucha. A to już dużo.

Ocena: 7/10

dodaj komentuja | folk pop recenzje |

Rykarda Parasol - Our Hearts First Meet

Wpis na 0. poziomie, wysłany 20 lutego 2008 o 23:52:39

rok wydania: 2006 (US)/2008(UE)
gatunek: folk, country
wydawca: Three Ring records (US)/Gusstaff Records (UE)

Pierwszy raz tak bardziej posłuchałem tej płyty wracając późnym wieczorem do domu z pracy. Wcześniej to były raczej „słuchanka”, by wypełnić ciszę, a nie słuchania z prawdziwego zdarzenia. W każdym razie wracałem do domu pustymi ulicami, ze słuchawek sączyła się ta muzyka. I tylko jedna myśl mi chodziła po głowie: „dlaczego nie słyszałem tego wcześniej?”

Może dlatego, że to w pewnym sensie świeżynka. „W pewnym sensie”, bo za Wielką Wodą znają tę płytę już dwa lata, a u nas, na Starym Kontynencie, dopiero, co została wydana. No to jak już jestem przy informacjach pozamuzycznych, skrobnę coś szybciutko o samej Rykardzie. Otóż, jest ona córką pewnej Szwedki i… Polaka (och, ach, puszę o kimś, kto ma polską krew w żyłach), co jednak nie przeszkadza jej grać najbardziej amerykańskiej muzyki, czyli country. Nie ma się czym martwić, żadna słoma jej z butów nie wystaje, zero wieśniactwa. Jak się komuś nie podoba to określenie, to przecież zawsze można nazwać to folkiem i wszyscy będą zadowoleni.

Pierwsze skojarzenie, które budzi u mnie ta muzyka, to Nick Cave. Drugie – 16 Horsepower. Czyli skojarzenia jak najbardziej pozytywne. Jest mrocznie, piosenki opowiadają najczęściej o dość makabrycznych wydarzeniach, morderstwach, nieszczęśliwych miłościach, śmierci i i podobnych. Która kobieta śpiewa o takich sprawach? Polly Harvey, oczywiście. I to, co w przypadku Natashy Khan (Bat For Lashes) jest zarzutem, w przypadku pani Parasol (nazwisko to ona ma zabawne, że pozwolę sobie na taką dość bezsensowną uwagę) przeciwnie, nie jest to może zaleta, ale to nie przestępstwo, że tematykę i barwę głosu ma podobną do Angielki. Jej głos może się także kojarzyć z pewną Niemką. Nie powiem o kogo mi chodzi, ale jak podpowiem, że śpiewała na płycie z bananem, to na pewno będzie wiadomo, o kogo chodzi.

Candy Gold kojarzy mi się z innym wykonawcą, który lubuję się w podobnych brzmieniach, czyli z moim ulubieńcem, Markiem Laneganem. Rykarda nie chrypi, jak Lanegan (na szczęście), ale tworzy klimat niedużej, zadymionej knajpki, gdzieś na Środkowym Zachodzie, taki sam, który upodobał sobie Lanegan (oprócz nagrań z Soulsaversami i Dullim). Co prawda tenże klimat jest obecny w każdej piosence na tej płycie, ale tylko ta piosenka tak jednoznacznie przywodzi mi na myśl Lanegana. Pewnie przez tę jęczącą gitarę w tle.

Kolejnym dość zaskakującym skojarzeniem jest gitara w Lonesome Place. Jak dla mnie to wykapany Joshua M. Homme, szczególni solówka, taka trochę w stylu Burn the Witch. I tematyke tez jest podobna do piosenki QOTSA. Tam chcieli spalić wiedźmę, tu biali Teksańczycy popełniają mord na tle rasowym. Oj, nie boi się Rykarda tematów tabu, ale w Teksasie (o którym tak często śpiewa), chyba nie będzie lubiana.

Our Hearts First Meet ma w sobie coś z dekadenckiego klimatu lat 20. i filmów noir (to pewnie dlatego przylgnęła do niej łatka folk-noir). Pewnie pomyślicie: The Dresden Dolls. I nie będzie daleko od prawdy. Klimat podobna, ale moim zdaniem Rykarda tworzy ciekawszą muzykę niż duet z Bostonu.

Gdy już wróciłem do domu, słuchałem tej płyty jeszcze dwa razy. Chłonąłem każdy dźwięk i każde słowo, nie zważając, na to, że rano na zajęciach będę nie do życia. Po prostu musiałem, bo zakochałem się w tej płycie. Wgniata w ziemię bardziej niż niejedna metalowa płyta.

Ocena: 9/10

dodaj komentuja | country folk recenzje |

Bat For Lashes - Fur And Gold

Wpis na 0. poziomie, wysłany 23 stycznia 2008 o 21:20:53

rok wydania: 2006
gatunek: alternative, indie rock
wydawca: Echo Records

Jak to jest, że, jeśli kobiety chcą zrobić karierę poza popem i niszowymi gatunkami metalu, w większości wypadków decydują się na kopiowanie Tori Amos/PJ Harvey/Björk? Wiem, że te trzy artystki są uwielbiane przez przedstawicielki płci pięknej z każdej szerokości geograficznej. Zdaję sobie sprawę, że wiele kobiet czci je w przydomowych kapliczkach. Ale czy kobiety nie słuchają nikogo innego mogącego je zainspirować?

Bat for Lashes to pseudonim Natashy Khan, Brytyjki pakistańskiego pochodzenia. Jak widać, na popularność kobiecej Trójcy nie ma wpływu ani kolor skóry, ani pochodzenie. Tak, ona jest jedną z tych kobiet, które powielają schematy wypracowane przez rudą Amerykankę, depresyjną Brytyjką i zimną jak lód Islandkę. Nie można jej odmówić pewnego uroku, ale ten urok to tak naprawdę nie jej zasługa.

Weźmy singlowy The Wizard. Początek i zwrotka to Björk (trochę uproszczona), refren należy już do Amos (wokal, melodyka i fortepian). Albo Tahiti ­– perfekcyjna zrzynka z Amerykanki, ale barwa głosu pożyczona jest od Islandki. Prescilla – to samo, ale to bardzo zgrabna piosenka, a że jestem łaskawy, wybaczam jej to, choć refren to mógłby spokojnie znaleźć się na Scarlet’s Walk i nikt by się nie zorientował, że nie napisała go Tori. Polly pojawia się w Seal Jubilee, przede wszystkim gitara i ta melorecytacja. Brytyjkę słychać znów w Sarah, ale Natasha ma zbyt łagodny głos, by udawać Harvey, ale reszta to wykapana Polly. To wszystko jednak niknie przy I saw a Light. Fortepianowy wstęp i wokal to chyba Khan podwędziła z jakiejś nieznanej szerszej publiczności piosenki Tori z Under the Pink. Chce śpiewać jak Polly i wprowadzić mroźny klimat, jak Björk. Wszystkie trzy w jednej piosence!

Jak się posłucha tej płyty, nie zważając na podobieństwa, to wyjdzie, że to jednak zgrabna i ładna płyta jest. Mimo wszystko to kopia, dobra, ale tylko kopia. To jak z seksem z gumową lalą, niby to samo, a jednak gorzej.

5/10

2 komentuje | folk recenzje rock |

Isobel Campbell & Mark Lanegan - Ballad of the Broken Seas

Wpis na 0. poziomie, wysłany 18 stycznia 2008 o 15:13:56

rok wydania: 2006
gatunek: folk
wydawca: V2 Records

Ona – delikatna blondynka. On – zmęczony życiem szatyn. Ona – Szkotka. On – Amerykanin. Ona – obdarzona anielskim, eterycznym głosem. On – nieślubny syn Toma Waitsa z głosem chropowatym jak papier ścierny. Ona – grała kiedyś w Belle & Sebastian. On – liderował Screaming Trees. Nigdy wcześniej się nie widzieli. To musiało zadziałać.

Żeby nie było nieporozumień: główną gwiazdą tej płyty jest Ona. To Ona napisała większość piosenek, to Ona wpadła na pomysł zaproszenia Jego. Słychać to już w Black Mountain, delikatnej, spokojnej kompozycji. Śpiewa tam tylko Ona. I wcale piosenka na tym nie traci. Za to w otwierającym Deus Ibi Est główną rolę gra On. Melorecytuje swoim zniszczonym głosem opowieść o żołnierzach, a Ona... Ona swoim szepto-śpiewem błąka się w przestrzeni.

Jedną piosenkę od początku do końca napisał On. Bardzo dobrze wpasował się w tę zwiewną, szkocką koncepcję. Co prawda nie słychać na płycie dudów, ale klimat jest właśnie taki baśniowy, oczami wyobraźni widać wrzosowiska. Jest też druga strona płyty, taka bardziej amerykańska. Małe miasteczko gdzieś na Środkowym Zachodzie, wszyscy się znają, dookoła preria. Ale nie jest tak idealnie, wystarczy się wsłuchać w Revolver trochę dokładniej i czuć niepokój. Ten niepokój jest również cechą charakterystyczną dla całej płyty. Nie jest to taka wesoła płyta, elfy tańczą, świat wiruje w tę noc. O nie, to płyta o ludziach. Ich słabościach, związkach, przede wszystkim nieudanych (Ramblin’ Man). Jeśli coś wydaje się radosne, wesołe, po dokładniejszym przyjrzeniu się, takim już nie jest.

Z Jego strony ta płyta to powrót do akustyczności, które porzucił, przy nagrywaniu Bubblegum, najbardziej rockowej płyty w swoim solowym dorobku. Dla Niej to kontynuacja obrane wcześniej drogi. Czym jednak by ta płyta nie była jest to wydawnictwo magiczne.

Ocena: 8/10

1 komentuj | country folk recenzje |

CocoRosie - The Adventures of Ghosthorse & Stillborn

Wpis na 0. poziomie, wysłany 19 października 2007 o 00:33:10

rok wydania: 2007
wydawca: Touch and Go Records
gatunek: alternative folk

Siostry Sierra i Bianca Casady działają prężnie. To już ich trzecia płyta. I ciągle rozwijają swoją oniryczną, delikatną, trochę dziecięcą muzykę.

Zaczynamy od Rainbowarriors, typowej piosenki duetu. Trochę rapowanki, dziwne odgłosy w tle (najczęściej produkowane przez zabawki), trochę dziecięce głosy sióstr. Ciekawa mieszanka, nieprawdaż? A czasem dochodzi do tego paraoperowy śpiew, jak w Japan czy Bloody Twins. Często też podbijają piosenki jakimś beatem. Wszystko to kojarzy się z... czymś więcej niż samą muzyką. Zresztą dziewczęta dobrze o tym wiedzą, bo na koncertach (na jednym nawet byłem) puszczają intrygujące wizualizacje, świetnie współgrające z ich melanżem stylów. A skojarzenia? Koralina Neila Gaimana, sztuka nowoczesna, The Velvet Underground (klimat, nie brzmienie).

Tak sobie śpiewają dziewczęta o sprawach różnych i różniastych. A to pojawi się skarga na zmaskulinizowany świat, a to na Irak, a to coś zupełnie fantastycznego. Ale najważniejsze jest to, że świetnie grają na emocjach, a przecież o to w muzyce chodzi. O emocje.

Ocena: 8/10

dodaj komentuja | folk recenzje |

Milla - Divine Comedy

Wpis na 0. poziomie, wysłany 18 października 2007 o 01:09:32

rok wydania: 1994
gatunek: folk, alternative pop
wydawca: SBK Records

Milla Jovovich znaną kobietą jest. Modelka, aktorka, projektantka. Jednak mało kto zdaje sobie sprawę, że piosenkarką jest również. Tak, tak, to jej debiutancka (i na razie jedyna płyta).

Czego można by się spodziewać po śpiewającej modelce i do tego jeszcze nastoletniej? Doprawdy niewiele. Przykłady? Holly Valance. Wylansowała jeden disco hit, który i tak był coverem. Bieda straszna, taki niby pop, niby disco, niby fajne. Poza tym stereotypowa modelka talentem innym oprócz wyglądu nie grzeszy. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy odpaliłem tę płytę.

Zaczyna się jakimiś elektronicznymi szumami, po czym wchodzą dawne instrumenty, których nazwy nawet nie znam. Znaczy, zamiast pop papki mamy folk. I to jaki. The Alien Song (For Those Who Listen) wyłania się z mroku i niepokoi. Taki początek zafundowała mi piękna Serbka. Fantastyczny utwór. We wszystkich znaczeniach tego słowa, bo ta płyta przenosi do innego, magicznego świata z elfami i całym odpowiednim sztafażem. Przede wszystkim słowiańskim, czego dowodem jest ostatnia kompozycja na płycie, In the glade, która mimo tytułu zaśpiewana jest po... serbsku. Wiemy już, jaki jest początek i koniec. A to, co jest w środku, przerosło moje wszystkie oczekiwania.

Przede wszystkim Milla w wieku lat dziewiętnastu była świadoma swojego głosu, jak nieprzymierzając Tori Amos. I to z jej twórczością kojarzy mi się najbardziej The Divine Comedy, a najbardziej troszkę ckliwy, ale bardzo uroczy Charlie, chyba każdy mężczyzna chciał, by jego wybranka mu tak śpiewała. Bang Your Head to już trochę inne klimaty. Początek przywodzi mi na myśl szkockie wrzosowiska, a reszta to już celtycko-słowiańska mieszanka.

Co zabawne, płyta ta, mimo że chwalona przez krytyków z całego globu, nie odniosła sukcesu komercyjnego. Holly Valance owszem, a ona, folkowa Tori Amos nie.

Ocena: 9/10

2 komentuje | folk pop recenzje rock |