wieczur@jabberpl.org


Garbage - Version 2.0

Wpis na 0. poziomie, wysłany 21 stycznia 2008 o 22:17:09

rok wydania: 1998
gatunek: elektro rock
wydawca: Mushroom Records

Ich pierwszą płytę niektórzy zaliczali go grunge’u (!) z powodu osoby Butcha Viga, człowieka, który stał za konsoletą, gdy jeden neurotyczny blondyn nagrywał płytę z kolegami. Inni dawali im łatkę zespołu alternatywnego. Jeszcze inni namaścili ich na twórców nurtu, który miałby zastąpić grunge w umysłach młodych. Gdy wyszła Version 2.0, okazało się, że nikt z nich nie miał racji.

Zacznijmy od tego, że nazywanie ich grunge’em od początku było nieporozumienie. Raz, że samo to pojęcie jest terminem dość mglistym. Dwa, że jeśli przyjąć za grunge to, co za niego zazwyczaj się przyjmuje, to Garbage jest za bardzo elektroniczny. Alternatywa też nie. Żaden zespół z kręgów alternatywnych nie flirtuje z mediami i nie robi takich melodii, jak Garbage. W ogóle alternatywa to też takie pojęcie, do które pasuje i wszystko nic. A nurtem, który zastąpił grunge, był nu-metal.

Podstawowy atut Garbage to trzech producentów w składzie. Poza Vigiem, który okupuje bębny są to jeszcze Duke Erikson i Steve Marker, mniej znani, ale szanowani i zasłużeni. Dodajemy do tego Shirley Manson, obdarzoną ociekającym seksapilem głosem. Co wychodzi? Prawdziwie wybuchowa mieszanka, pełna melodii, niebojąca się sampli, ale jednocześnie rockowa. Miodzio.

Są sample, jest elektronika, w większej dawce na debiucie, który też miał odloty w stronę elektro. Nie były to jednak mocne odloty, wszystko działo się w granicach szeroko pojętego rocka. Tu pojawia się Hammering In My Head. Jeszcze nie techno, ale już nie rock. Tak miała ponoć wyglądać muzyka przyszłości. I znów prorocy nie mieli racji, bo jak na razie króluje emo i powrót do lat 80 i wcześniejszych. Jednak nadal, po upływie 10 lat, Hammering In My Head to świetna piosenka. Pełna seksu, z rytmem wkręcającym się w głowę, z narkotycznym transem, idealna na jakieś disco w latach 20 XXI wieku (oglądanie Batman of the Future robi swoje). Do odlotów należy też Dumb, ale nie niesie w sobie aż takiego ładunku mocy.

Moc ma za to I think I’m paranoid, pierwszy singiel, rockowy taki. Pamiętam, gdy śmigał na MTV, a było to ze dwa lata po wydaniu płyty. Ostrzegam tych, którzy spodziewają się więcej takich piosenek. Nic z tego, gitarowe są jeszcze tylko (a wlasciewie przede wszystkim) Wicked ways.

Jest za to pop. Dużo popu. Dobrego popu. Znowu elektronicznego, tanecznego, jak Special, When I Grow Up. Obydwa do siebie podobne, z łatwością podbiły (ale nie jestem do końca pewien, za młody byłem, ale potencjał mają) parkiety klubów. Nie jest to taka elektronika, jak Hammering In My Head. Tu wszystko jest mniej agresywne, ustawione, by wyeksponować melodię, dać pretekst do wstania z miejsca i tańczenia, a nie wchodzenia w trans.

Na koniec zostawiłem ballady. The trick is to keep breathing swój urok ma, ale w porównaniu z kończącą płytę You Look So Fine ginie. Ginie, bo ten drugi kawałek to absolut mój prywatny jest. Schowajcie się Christiny Aguilery, Jessiki Simpson ze swoimi ckliwymi balladkami. Zostałyście pokonane w ’98 roku, bo to jedna z niewielu piosenek, przy których mam łzy w oczach.

Tej płycie udało się coś bardzo trudnego, niektórzy stwierdzą, że prawie niemożliwego, połączyła rock i elektronikę. I to w jakim stylu. Chce się jej słuchać raz za razem (ale przyznam się, że za pierwszym razem mnie odrzuciła i musiała poleżeć trochę na półce, zanim dotarła do mnie). Piękna płyta po prostu.

Ocena: 9/10

1 komentuj | electronica pop recenzje rock |