wieczur@jabberpl.org


Across Tundras - Western Sky Ride

Wpis na 0. poziomie, wysłany 06 marca 2008 o 17:45:30


rok wydania: 2008
gatunek: doom, post-metal
wydawca: Saw Her Ghosts Records

Na okładce pięciu kowbojów. Dookoła nich preria, rozciągająca się po horyzont i przytłaczająca swoim bezkresem. Tylko od czasu do czasu przemknie, hen, gdzieś na horyzoncie, mała, ludzka sylwetka. Wygląd tych kowbojów mówi, jesteśmy pionierami, pierwszymi białymi ludźmi w tej części świata.

Wydawać by się mogło, że do ilustrowania krajobrazów Dzikiego Zachodu i czasów, gdy kowboje musieli strzec swe stada przed złodziejami bydła, Indianie walczyli o przetrwanie, a jedynym sprawiedliwym był kowboj o twarzy Clinta Eastwooda, który odjeżdżał zawsze w stronę zachodzącego słońca, nadaje się jedynie Ennio Morricone, ewentualnie jakieś country. Jednak panowie z Across Tundras nie są ani Włochem, ani tym bardziej Johnnym Cashem.

Ich sposób na opisanie ogromnych prerii to ciągnący się doomowo-stonerowy walec ze szczyptą post-metalu. Tak, mamy tu długie kompozycje, przytłaczające swym ciężarem, różne, ciekawe pasaże i jest nawet wokal, ale chyba lepiej by było, gdyby była to muzyka instrumentalna, choć, gdy Follow me to Saint Louis wraz z panem wokalistą śpiewa pewna pani, robi się ciekawie, więc wokal mogliby zostawić w tej piosence. No i słowa Low the daystar hangs upon your head mogłyby zostać, a resztę wokali można bez żadnych wyrzutów sumienia wyrzucić.

Ich muzyka, czyli ten stoner-doom (a i trochę sludge’u się znajdzie) jest wręcz stworzona do opiewania wielkich przestrzeni, gdzie człowiek jest tylko malutkim pyłkiem, nic nieznaczącym w swojej małości. I to wrażenie udało im się wywrzeć na mnie. Ale też, jak mi się zdaje można to połączyć w całość, pewną historię, którą każdy pewnie będzie odczytywał po swojemu, ale napiszę tu swoją wersję.

Dziki Zachód kryje wiele tajemnic, o których normalni ludzie, żyjący tam, w Nowym Jorku woleliby nawet nie słyszeć. Nic nie jest tu czarno-białe: twój przyjaciel może okazać się zdrajcą, a wróg wyciągnąć pomocną dłoń w najmniej oczekiwanym momencie. Szeryf współpracuje z gangiem rewolwerowców, którzy napadają na miejscowy bank, dwa, trzy razy w roku. Wielcy potentaci tylko czyhają, aż podwinie ci się noga, by kupić twoją farmę stojącą na przyszłej trasie kolei łączącej Kalifornię z Nowym Jorkiem, a dla pewności wysyłają rabusiów, by co jakiś czas ukradli ci bydło albo podpalili stodołę.

Jedyne, co ci pozostaje to jazda dalej na Zachód, by oderwać się od swoich problemów, ale Indanie są bezlitośni dla bladych twarzy przechodzących przez ich terytorium. Mimo to podejmujesz decyzję. Gdzieś w Badlandach spotykasz małżeństwo, które wraca do swego domu, do Saint Louis. Radzą ci, żebyś pojechał z nimi. Ty jednak twardo stawiasz na swoim i wyjeżdżasz jeszcze przed wschodem słońca, mając za sobą Gwiazdę Zaranną. Następnego dopada cię stado wilków, czy innych kojotów, próbujesz przed nimi uciec, ale jest ich za dużo. Zwierzęta rozszarpały twojego konia, a ty straciłeś przytomność.

Obudziłeś wśród Indian, zmęczony, ale nakarmili cię jakimś środkiem halucynogennym. Nie wiele pamiętasz z tego, co się działo potem. Jakieś ognie, wielkie, czarne, burzowe chmury. Wydawało ci się, że chcą cię złożyć w ofierze, jednak im uciekłeś. Po jakimś czasie trafiłeś do małej, zapyziałej mieściny, gdzie ktoś rozpoznał cię jako członka straszliwego i siejącego postrach gangu rewolwerowców. Byłeś osłabiony, więc szeryf łatwo cię dopadł. Nikt nie chciał ci wierzyć. Szubienica już czeka.

Może nie są metalowym Ennio Morricone, jednak czują ducha Zachodu. Pzywoita płyta, jednak nie śliniłem się nad jej zawartością, powinni wypracować, jakieś ciekawsze patenty. I zmienić wokalistę.

Ocena: 7/10

dodaj komentuja | doom post-metal recenzje |

Electric Wizard - Witchcult Today

Wpis na 0. poziomie, wysłany 04 listopada 2007 o 23:40:11

gatunek: stoner/doom
rok wydania: 2007
wydawca: Rise Above Records

Przyznaję się, nie znam ich wszystkich płyt na pamięć. Nie czczę ich. Do niedawna miałem tylko Dopethrone i Come My Fanatics..., czyli must-have’y. Fajne są, ale jakiegoś objawienia nie doznawałem. Kajam się, bo przemówiły do mnie po premierze Witchcult Today, ale do rzeczy.

Najcięższy zespół świata zaatakował najcięższymi działami. Ponoć dwa poprzednie albumy były zniżką formy. Jakie by nie były, były słabsze, bo Witchcult Today niszczy. Rozkłada na łopatki i przejeżdża jak walec. Tak, jedna z płyt roku to jest, choć sam początek nie jest zbyt wybitny. Tytułowy utwór to po prostu doom jest. Dobry, mocny, ciężki, ale jak to doom trochę za wolny. Lepiej robi się chwilę później. Wchodzi groove. Jeszcze raz: wchodzi groove! Taki trochę kręcityłkowy, ale przecież nie przystoi do takich szatanów kręcić tyłkiem. I tu pierwsze skojarzenie. Clutch. Jakimś super znawcą nie jestem, ale pewnie to hamerykanie zrzynali od nich, a nie odwrotnie. Po tym drugim kawałku robi się coraz lepiej, już złapałem szatanowo-wiedźmowy klimat i trzącham rytmicznie banią, jak na prawdziwe dziecię szatana przystało. Szkoda tylko, że mam krótkie włosy.

Pochłonęła mnie ta płyta. Słucham jej często i namiętnie i ciągle mam wrażenie, że te dłuugaśne piosenki są budowane na jednym riffie. Źle? Nie, w tym przypadku to dobrze. Nie wiem, jak oni to robią, ale jednak prawie ten sam riff, za każdym razem brzmi inaczej. Uzależnia ta płyta. Czuję się już jak prawdziwy ich wyznawca. Taki poziom, hm, przebojowości (nie wiem czy to akurat adekwatne określenie w stosunku do tego zespołu), mocy, metalowej szatanowości, okultyczności bez zbędnego wieśniactwa, to rzadkość. Mniej więcej taka, jak dobra płyta Metalliki.

Właśnie napisałem, że wszystko na jeden riff i uświadomiłem sobie, jakie głupstwo palnąłem. Zapomniałem o najbardziej kopiącym z kopiących kawałków, takich, które wypruwają trzewia, a ty prosisz o jeszcze. Torquemada 71 z filmowymi samplami. Normalnie brak mi słów, czuję się zniszczony. I jeszcze jedno spostrzeżenie, chyba już tak nie wprawiają trzewi w wibrację swoim niskim strojem, a bardziej wwiercają się w bębenki.

A potem jeszcze dwa 11-minutowe kawałki. I już wiem, że kocham tę płytę. Ocena: 9/10

2 komentuje | doom metal recenzje stoner |

Goatsnake - Flower of Disease

Wpis na 0. poziomie, wysłany 22 października 2007 o 22:55:06

gatunek: desert rock/doom
wydawca: man's ruin
rok wydania: 2001

Okładka tej płyty może trochę mylić, bo jak się na nią spojrzy, to takie nie wiadomo co. Zawartość jest jednak dużo ciekawsza. Goatsnake to Pete Stahl przede wszystkim. Zapamiętajcie to nazwisko, bo to prominent desert rocka i kumpel Josha Homme.

Flower of disease to druga płyta kozłowęża. Otrzymujemy na niej połączenie pustynnego klimatu z doomem. Czyli przeważnie jest wooolno, ale nie nudno. Doom w wykonaniu Goatsnake to prawie Black Sabbath. Z pustynnyego grania Goatsnake bierze kyussowe riffy i motorykę niektórych kawałków. Pete Stahl śpiewa wysoko, swoim zachrypniętym głosem. Jest ciężko i klimatycznie. Wydawać by się mogło, że w tej stylistyce każdy zrzyna od każdego i nie można nic nowego wymyślić. A jednak Goatsnake udało się to. Tym novum jest... harmonijka ustna. Tak, instrument kojarzony przede wszystkim z country i Neilem Youngiem został wykorzystany w prawdziwie stonerowym dziele. I z jakim skutkiem. Mimo że harmonijka pojawia się dość rzadko, to właśnie ona jest elementem najbardziej charakterystycznym. Poza tym, harmonijka nadaje piosenkom baardzo pustynny posmak, po prostu, słyszysz harmonijkę i widzisz zachodzące słońce nad kaktusami.

Bardzo dobra płyta, ale to już doom, więc jak dla mnie troszkę za wolna.

Ocena: 7/10

1 komentuj | desert rock doom recenzje |