Across Tundras - Western Sky Ride

rok wydania: 2008
gatunek: doom, post-metal
wydawca: Saw Her Ghosts Records
Na okładce pięciu kowbojów. Dookoła nich preria, rozciągająca się po horyzont i przytłaczająca swoim bezkresem. Tylko od czasu do czasu przemknie, hen, gdzieś na horyzoncie, mała, ludzka sylwetka. Wygląd tych kowbojów mówi, jesteśmy pionierami, pierwszymi białymi ludźmi w tej części świata.
Wydawać by się mogło, że do ilustrowania krajobrazów Dzikiego Zachodu i czasów, gdy kowboje musieli strzec swe stada przed złodziejami bydła, Indianie walczyli o przetrwanie, a jedynym sprawiedliwym był kowboj o twarzy Clinta Eastwooda, który odjeżdżał zawsze w stronę zachodzącego słońca, nadaje się jedynie Ennio Morricone, ewentualnie jakieś country. Jednak panowie z Across Tundras nie są ani Włochem, ani tym bardziej Johnnym Cashem.
Ich sposób na opisanie ogromnych prerii to ciągnący się doomowo-stonerowy walec ze szczyptą post-metalu. Tak, mamy tu długie kompozycje, przytłaczające swym ciężarem, różne, ciekawe pasaże i jest nawet wokal, ale chyba lepiej by było, gdyby była to muzyka instrumentalna, choć, gdy Follow me to Saint Louis wraz z panem wokalistą śpiewa pewna pani, robi się ciekawie, więc wokal mogliby zostawić w tej piosence. No i słowa Low the daystar hangs upon your head mogłyby zostać, a resztę wokali można bez żadnych wyrzutów sumienia wyrzucić.
Ich muzyka, czyli ten stoner-doom (a i trochę sludge’u się znajdzie) jest wręcz stworzona do opiewania wielkich przestrzeni, gdzie człowiek jest tylko malutkim pyłkiem, nic nieznaczącym w swojej małości. I to wrażenie udało im się wywrzeć na mnie. Ale też, jak mi się zdaje można to połączyć w całość, pewną historię, którą każdy pewnie będzie odczytywał po swojemu, ale napiszę tu swoją wersję.
Dziki Zachód kryje wiele tajemnic, o których normalni ludzie, żyjący tam, w Nowym Jorku woleliby nawet nie słyszeć. Nic nie jest tu czarno-białe: twój przyjaciel może okazać się zdrajcą, a wróg wyciągnąć pomocną dłoń w najmniej oczekiwanym momencie. Szeryf współpracuje z gangiem rewolwerowców, którzy napadają na miejscowy bank, dwa, trzy razy w roku. Wielcy potentaci tylko czyhają, aż podwinie ci się noga, by kupić twoją farmę stojącą na przyszłej trasie kolei łączącej Kalifornię z Nowym Jorkiem, a dla pewności wysyłają rabusiów, by co jakiś czas ukradli ci bydło albo podpalili stodołę.
Jedyne, co ci pozostaje to jazda dalej na Zachód, by oderwać się od swoich problemów, ale Indanie są bezlitośni dla bladych twarzy przechodzących przez ich terytorium. Mimo to podejmujesz decyzję. Gdzieś w Badlandach spotykasz małżeństwo, które wraca do swego domu, do Saint Louis. Radzą ci, żebyś pojechał z nimi. Ty jednak twardo stawiasz na swoim i wyjeżdżasz jeszcze przed wschodem słońca, mając za sobą Gwiazdę Zaranną. Następnego dopada cię stado wilków, czy innych kojotów, próbujesz przed nimi uciec, ale jest ich za dużo. Zwierzęta rozszarpały twojego konia, a ty straciłeś przytomność.
Obudziłeś wśród Indian, zmęczony, ale nakarmili cię jakimś środkiem halucynogennym. Nie wiele pamiętasz z tego, co się działo potem. Jakieś ognie, wielkie, czarne, burzowe chmury. Wydawało ci się, że chcą cię złożyć w ofierze, jednak im uciekłeś. Po jakimś czasie trafiłeś do małej, zapyziałej mieściny, gdzie ktoś rozpoznał cię jako członka straszliwego i siejącego postrach gangu rewolwerowców. Byłeś osłabiony, więc szeryf łatwo cię dopadł. Nikt nie chciał ci wierzyć. Szubienica już czeka.
Może nie są metalowym Ennio Morricone, jednak czują ducha Zachodu. Pzywoita płyta, jednak nie śliniłem się nad jej zawartością, powinni wypracować, jakieś ciekawsze patenty. I zmienić wokalistę.
Ocena: 7/10

