wieczur@jabberpl.org


Eagles Of Death Metal - Heart On

Wpis na 0. poziomie, wysłany 12 listopada 2008 o 16:32:34

rok wydania: 2008
gatunek: rock
wydawca: Downtown Recordings

Eagles of Death Metal wracają, by już po raz trzeci zabrać nas w świat rock ‘n’ rolla i wszystkiego, co z nim związane. Tego fajniejszego (jak zwykle) i tego mniej (po raz pierwszy).

Trzeba przyzwyczaić się do faktu, że Orły stały się pełnoprawnym zespołem. Regularnie wydają płyty (prawie zawsze rok po QOTSA), jeżdżą w trasy, zabierają coraz więcej czasu bardziej znanej połówce duety, czyli Joshowi Homme. I od niego tym razem zaczniemy. Rudzielec, pierwotnie tylko perkusista, po raz pierwszy stojący w cieniu kolegi z dzieciństwa, Jessego Hughesa, lidera zespołu. Na drugiej płycie sięgnął po bas, czasem gitarę, do bębnów wracając okazjonalnie bądź na koncertach (na tych, na których był). Na Heart On odcisnął bardzo wyraźne piętno. Weźmy High Voltage, najbardziej jaskrawy przykład. Gitara żywcem wyjęta z Misfit Love, bas też. I ogólne wrażenie, ale jak już napisałem, to najjaskrawszy przykład.

Wpływ Josha to przede wszystkim skomplikowanie prostej łupanki EODM (na przykład synkopowany rytm w (I Used to Couldn’t Dance) Tight Pants) i wydaje mi się, że też spoważnienie tekstów, przez co czasem zdają się korespondować z tekstami Josha na ostatniej płycie QOTSA. Czyli w pewnym sensie Eagles of Death Metal stali się „Queens of the Stone Age w wersji light”, cytując redaktora Koziczyńskiego. I to mnie trochę boli, bo starałem się ich bronić przed tym krzywdzącym epitetem, bo Eagles of Death Metal to nie tylko (a nawet nie przede wszystkim) Josh. Prawdziwym liderem tego zespołu jest Jesse Hughes.

I dzięki temu, możemy zgrabnie przejść do drugiego Orła, rok starszego od Rudzielca. Jesse Hughes do tej pory śpiewał o seksie i narkotykach (cytując Mike’a z Rachael: „bo o czym można śpiewać, jak nie o seksie i narkotykach), a dokładniej o ich pozytywnych aspektach. Na Heart On częściej sięga do mroczniejszej strony życia. Często ukrywając to pod zgrabnymi melodiami, jak w How Can a Man with so many Friends Feel so Alone, choć tutaj poważniejsza zawartość rzuca się w oczy w tytule, ale już w Solo Flights, piosence mającej chwalić masturbację, Jesse śpiewa no one gets to love me. Jest też o sławie i zaprzedawaniu duszy, oczywiście w wersji humorystycznej w Wannabe In L.A.

Jesse oczywiście cały czas jest wierny swojej największej muzycznej inspiracji, czyli Stonesom. I tu najbardziej ich słychać, poczynając od Anything ‘cept the Truth (ach te dziewczęce chórki!), które wiele zawdzięcza Richardsowi, przez Secret Plans do Pissy Prancin’, w którym nie dość, że solówka jest zerżnięta od Stonesów, to jeszcze Jesse śpiewa jak Jagger po kwasie.

Najciekawiej jest w I’m your Torpedo, które też wiele zawdzięcza obecności Josha, nie tylko w warstwie wokalnej. O właśnie, to też novum w muzyce EODM, Josh śpiewa, co jeszcze bardziej zbliża ich do QOTSA. Wracając do I’m your Torpedo, takiej ilości transu w EODM nie słyszałem. Miodzio.

Eagles of Death Metal poważnieją i dojrzewają z płyty na płytę, nagrywają coraz lepsze płyty, nie tracąc jednak dystansu do siebie i humoru, co czyni ich jednym z najlepszych zespołów „czysto” rockowych końca pierwszej dekady XXI wieku, o czym cztery lata temu, nikt o zdrowych zmysłach nie pomyślał.

Ocena: 9/10

dodaj komentuja | desert rock recenzje rock |

Dark Tooth Encounter - Soft Monsters

Wpis na 0. poziomie, wysłany 30 października 2008 o 00:49:06

rok wydania: 2008
gatunek: desert rock
wydawca:Lexicon Devil Records

Dark Toth Encounter to najbardziej solowy projekt Gary’ego Arce’a, jednej z najważniejszych postaci sceny Palm Desert. Gary wziął przykład ze swojego przyjaciela Brant Bjorka i postanowił zagrać na wszystkim sam, no, prawie na wszystkim, bo perkusję obsługuje Bill Stinson, znany chociażby z Ten East.

Skoro mamy trochę zarysowany obraz całości, nasuwa się jedno pytanie: czym różni się Dark Tooth Encounter od Yawning Man i Ten East. Po pierwsze, jest powolniejszy, spokojniejszy dostojniejszy, bardziej rozbudowany (pojawiają się klawisze, syntezatory, efekty komputerowe, lap steel), trochę mniej pustynny, a raczej pustynny w inny, mniej oczywisty sposób. Z drugiej strony jest bardzo podobny do tych zespołów. Tak samo piosenki polegają na transowym powtarzaniu motywów, brzmienie gitary jest identyczne. Czy to źle? Nie, bo takiej muzyki, płynącej prosto z serca, szczerej nigdy za wiele.

W Alloy Pop gitara czasem przypomina Jaded Aerosmith. Weeping Pine jest przecudownie płaczliwe i autentycznie wzruszające. Deep Sleep Flower to prawdziwie pustynne granie, za które uwielbiam Gary’ego. Bardzo dobra piosenka, wyjątkowa na tej płycie, mogłaby się znaleźć na Extraterrestrial Highway. Hyper Air chyba najlepsza w zestawie, z ciekawymi klawiszami i bardzo wzruszająca, po prostu najciekawsza. Kończący płytę Engine Drone to prawdziwy odlot, transowy, ale ciekawy, nienużący, dynamiczny, idealny na zakończenie płyty.

Tytuły utworów są mówiące. Jeśli mamy mieć Płaczące sosny to, gitara zawodzi, wyje, płacze. Jeśli Pomruk silnika, to są uwypuklone doły. A, i oczywiście jest to płyta całkowicie instrumentalna. Zero głosu. Utworów jest tylko siedem, ciężko coś o nich napisać konkretnego, bo w tym przypadku słowa nie wystarczają. Nie potrafię opisać tego piękna, po prostu mnie to przerasta. Niesamowita płyta i dowód na to, że Gary ma jeszcze wiele do pokazania (a jeszcze przede mną odsłuch nowego Ten East, w tym roku Gary wydaje jeszcze dwie płyty). Jedna z płyt roku? Na pewno.

Ocena: 9/10

1 komentuj | desert rock recenzje |

Brant Bjork - Punk Rock Guilt

Wpis na 0. poziomie, wysłany 09 maja 2008 o 10:44:11

rok wydania: 2008
gatunek: desert rock
wydawca: Low Desert Punk

Na okładce jest tylko on. Stoi i patrzy zza ciemnych okularów. Wygląda, jakby rzucał komuś wyzwanie. Pytanie, komu? Odpowiedź na nie jest ukryta w tytule. Wina punk rocka, co to może znaczyć?

Pojęcia tego wielokrotnie używał Josh Homme mówiąc o kyussie i o samym Brancie. Według niego, wina punk rocka polega na chęci bycia niezależnym, elitarnym oraz bardziej przyziemnie na niechęcido przyjmowania wymiernych korzyści za swoją sztukę, muzykę. Brant się z tym nie zgadza. Dla niego punk rock, czyli „robienie własnych rzeczy, jak się chce, i z własnych powodów” jest czysty, a JHo nie tyle się sprzedał, ile nie chce się przyznać, że zależy mu na sławie i pieniądzach. Tytuł więc rzuca wyzwanie Joshowi.

Album otwiera Lion One, pierwotna wersja Lion Wings z Somera Sól. Pierwotna, bo Brant nagrał Punk Rock Guilt w grudniu 2005 roku, a dopiero teraz stwierdził, że nadszedł czas, by „uwolnić bestię". Ta wersja jest bardziej pustynna i dużo dłuższa, bo Brant pozwolił sobie na smakowity jam, rozciągając ją do dziesięciu minut. Nie ma też dęciaków, które zaczynają Lion Wings. Ale to tylko detal. Ta wersja różni się przede wszystkim „zawartością” pustyni, której tu jest zdecydowanie więcej. Jest piach, przybrudzone brzmienie, wszystko, czego fan desert rocka może sobie zażyczyć.

Kilka kawałków jest zdecydowanie funkujących, w stylu Brant Bjork & the Operators, ale nie tracą przy tym swoich pustynnych walorów. Taki Dr. Special mógłby znaleźć się spokojnie na The Uplift Mofo Party Plan RHCP, gdyby ci wynieśli się z L.A. na pustynię. Tłusty, funkowy Groove prowadzi też Shocked by the Static i This Place (Just Ain’t Our Place).

Utwór tytułowy Brant nagrał w 2007 roku jako the Right Time i umieścił na Tres Dias. Zabawne, że tam ta piosenka nie wyróżniała się, była trochę w cieniu Love Is Revolution czy Messengers. Ta wersja to zupełnie inna para kaloszy. Kopie tyłek straszliwie, przejeżdża jak walec. Mogę jej słuchać cały dzień, nie nudzi się, tylko za każdym razem coraz bardziej energetyzuje, od razu chce się wziąć w łapska gitarę i grać. Tekst oczywiście skierowany jest do Josha.

Drugą piosenką, w której Brant wyraźnie zwraca się do byłego kumpla z zespołu jest Born to Rock. Piękna, słodko-gorzka kompozycja. Chyba w niej najbardziej zbliżył się do tego, co robił w kyussie, mimo że nie ma tu takich riffów, jak w Gardenii czy Green Machine. Nie, tu jest coś, co słychać w drugiej części Whitewater, najdroższej sercu Branta piosence kyussa. Jest tu cała, skąpana w słońcu pustynia. Mniej radosna niż Yawningmanowa, nie tak tajemnicza, jak Ten East i Unidy. Nie, to pustynia, która siedzi w Brancie od urodzenia, którą słychać w kyussie.

Born to Rock jest gorzkie, bo Brant śpiewa o swoim życiu i o Joshu, który nie potrafi go zrozumieć, a przecież kiedyś byli sobie tak bliscy. Słodkie, bo jest delikatna i wyciszająca.

Plant Your Seed mogłoby się znaleźć na Saved By Magic, pierwszej płycie BB z Braćmi. Jest monotonny riff, skanowane słowa, jest fuzz. A na koniec jeszcze jeden długaśny, transowy jam, czyli Locked and Loaded, przypominający troszeczkę dokonania Neila Younga z Crazy Horse. Troszeczkę, bo podobieństwo jest w podejściu, a nie brzmieniu.

Punk Rock Guilt jest zdecydowanie najlepszą solową płytą Branta, łączy w sobie najlepsze cechy jego poprzednich płyt. Nie zaskoczył jakimiś zmianami stylu, tylko zagrał wszystko na 1000%. Jeśli to ma być wina punk rocka, to niech BB nadal będzie winny i elitarny. Jedna z płyt roku, kto wie, może właśnie ta najlepsza.

 

Ocena: 10/10

2 komentuje | desert rock recenzje rock |

Los Natas - Delmar

Wpis na 0. poziomie, wysłany 09 kwietnia 2008 o 09:30:07

rok wydania: 1998
gatunek: desert rock
wydawca: Man’s Ruin

Argentyńczycy nie gęsi i swoich desertrockowców mają, że pozwolę sobie na parafrazę klasyka. Ta płyta z kaktusami to ich debiut, wydany, gdy pamięć o kyussie była świeża.

Tak, zrzynają z kyussa. Tak, bardzo to słychać. Tak, nawet niektóre zagrywki brzmią, jakby wycięli je z Blues… albo Sky Valley, na przykład 1980 to połączenie 100o i Oddyssey z przewagą tego drugiego. Tak, wokalista chce śpiewać, jak John Garcia. Można by tak jeszcze długo wymieniać, a potem napisać: „kolejna zrzynka z kyussa, 4/10”. Można, i szczerze mówiąc po dwóch pierwszych piosenkach chciałem to zrobić, ale powstrzymała mnie od tego Trilogia.

Zawsze miałem słabość do takich delikatnych, przestrzennych desert rockowych kompozycji. Przecież desert rock to nie musi być stonerowa łupanka, czy punkowa jazda na Maksa, czego najlepszym przykładem jest Orquesta del Desierto, która opiera się przede wszystkim na akustycznościach. No, ale koniec dygresji, wróćmy do tematu. Jak już napisałem, takie przestrzenne piosenki, to miód na moje uszy, tworzą świetny, prawdziwie pustynny klimat. I nieważne jest, że każda z takich piosenek czerpie garściami z Whitewater i Yawning Mana. Nie inaczej jest z Trilogią, tylko schemat jest odwrócony. Najpierw budowanie klimatu, narastanie napięcia, a dopiero na koniec mocne uderzenie. Mniam. Czasem nawet odgrzewany kotlet, podany na inny sposób, może być smaczny.

Wokal, oprócz naśladowania maniery Johna, niepokojąco kojarzy mi się z Cobainem. Najbardziej w Love You. Nie jest to na szczęście jakieś walące po uszach podobieństwo. Czasem poleci Cantrellem, czyli grunge’ową klasykę ma opanowaną. Jednak nie przekonuje mnie, taki na siłę ten wokal.

To, że gitarzysta chce by jak Josh Homme, najbardziej słychać w Somie. I to we wszystkich aspektach: od budowania czadowych riffów przez spokojne motywy do solówek (w tych ostatnich chyba najbardziej).

Strasznie zrzynają na tej płycie, ale, o dziwo, trzyma się to kupy. Oczywiście, nawet najmniejsze podniety wykluczone, ale to przecież debiut, a debiutom, jak wiadomo, wybacza się więcej, szczególnie, gdy są na nich fajne piosenki.

 

Ocena: 6/10

4 komentuje | desert rock recenzje |

Kyuss - ...And the Circus Leaves Town

Wpis na 0. poziomie, wysłany 17 marca 2008 o 23:28:35

rok wydania: 1995
gatunek: desert rock
wydawca: Elektra Records

Kyuss przystąpił do nagrywania swojej ostatniej płyty już bez Branta Bjorka, który odszedł, skonfliktowany z Hommem. Jego miejsce za bębnami zajął Alfredo Hernandez z Across the River i Yawning Mana, pionierów pustynnego brzmienia.

Po odejściu Branta z kyussa ciężar kompozytorski wziął na siebie Josh, wtedy już zdecydowany lider formacji. Znów zabrał słuchaczy w podróż na kalifornijską pustynię. Tym razem przeważa pierwiastek słoneczny, a nie piaszczysty, czyli trafiliśmy na nią w porze największego żaru., w samo południe.

Zaczyna się od naprawdę mocnego uderzenia. Hurricane, zgodnie ze swoją nazwą zmiata wszystko dookoła, a gdy już przebrzmi i ocenimy rozmiary zniszczeń poczynionych naszym uszom, zmienia się w lekko orientalizującego, funkującego One Inch Mana, piosenkę napisaną przez Scotta Reedera. To chyba najbardziej przebojowa piosenka kyussa, trochę promocji, a zdobyłaby niezależne radia. Potem znów mocniejsze uderzenie, czyli The Ol’ Boozeroony przypominające troszkę Molten Universe z Blues For The Red Sun. Piach aż zgrzyta w zębach. Piękne, mocarne, pustynne brzmienie, takie, które kocham najbardziej. Utwór ten przeradza się monumentalną, marszową, Glorię Lewis, bardzo ciężką, jak na kyussa. Po niej chwilę uspokojenia daje Phototropic trochę zeppelinowy (początek). I w tym miejscu, korzystając, z chwili odpoczynku wytłumaczę swoją koncepcję opisywania każdej piosenki po kolei. Otóż …And the Circus Leaves Town brzmi jak jeden, długi utwór, którego każda następna część wynika z poprzedniej. I, gdybym był Joshem, to nie na Sky Valley pogrupowałbym piosenki w trzy ścieżki, ale tu. I to w jedną. Odpoczęliśmy przy pięknych dźwiękach Phototropic. Czas przejść do następnej części tej podróży po pustyni.

El Rodeo to wskazówka, jak będzie grać na gitarze JHo w późniejszy latach. Krótkie, urywane dźwięki, tak dobrze znane fanom QOTSA otwierają ten kawałek. A potem robi się już kyussowo. Jumbo Blimp Jumbo to kolejny, wolny, instrumentalny walec. Z rozleniwienia wyrywa nas Tangy Zizzle kyussowy klasy. Jest szybko, jest głośno, jest fajnie. Size Queen. Przyznam się, że mam z tym kawałkiem problem. Pseudo-reagge’owa pulsacja w zwrotce zupełnie, ale to zupełnie mnie nie przekonuje. Mogłoby tej piosenki nie być, a płyta nic na tym by nie straciła. I wreszcie Catamaran, cover Yawning Mana. Delikatny, przestrzenny, liryczny, po prostu piękny. Choć te słowa nie opisują odpowiednio tej piosenki, to czysty geniusz. Nie mogę się doczekać Birth of Soul Music Yawning Mana, na którym podobno ma się pojawić oryginał, dotychczas dostępny tylko na niewydanych demówkach.

Całość zamyka Spaceship Landing, w którym słychać trochę Monster Magnet, bo jest kosmicznie i bardziej narkotycznie, ale kwasowo. Szkoda, że Brant odszedł, bo chciał Wyndorfa na producenta, a tu Josh wysmażył taki monsterowy kawałek.

Kyuss rozpadł się w idealnym momencie. Nie zeszmacili się, nie rozmienili na drobne swojego talentu. Po rozpadzie każdy poszedł własną drogą, ale każda z tych dróg jest drogą dobrą, pełną wspaniałej muzyki. Zeszli ze sceny niepokonani, jako mistrzowie i nawet ta, trochę słabsza płyta tego nie zmieni. Ale niedosyt i żal, że urodziłem się za późno i nie tam, gdzie powinienem, od czasu do czasu mnie gnębi.

Ocena: 8/10

5 komentujów | desert rock recenzje |

Brant Bjork - Brant Bjork & the Operators

Wpis na 0. poziomie, wysłany 18 lutego 2008 o 22:55:02

rok wydania: 2002
gatunek: rock
wydawca: Duna Records

Wbrew pozorom nie jest to płyta Branta z kolejnym wspomagającym go zespołem, bo wszystko (prawie) nagrał on sam. Ale to nie jedyne zaskoczenie, które przynosi nam ten krążek.

Dla tych, którzy kojarzą przede wszystkim jego późniejsze dokonania (od Local Angel wzwyż), zaskoczeniem będzie brzmienie. Brakuje mi odpowiedniego określenia, ale chyba najbliższym wrażeniu, które odnoszę, słuchając tej płyty, będzie słowo "syntetyczny". Nie żeby to była płyta elektroniczna, co to, to nie, jednak pojawiają się syntezatory. Z "syntetycznością" tej płyty wiąże się jeszcze jedna ważna cecha. Zapomnijcie o pustyni. Przenosimy się w nadmorskie rejony Kalifornii. Czyli nadal jest to słoneczna muzyka, ale już bez tej organiczności, charakteryzującej klasyczny desert rock. Sfuzzowany w większości piosenek bas (a w niektórych i gitary) to chyba spadek po kilkuletniej obecności Bjorka w Fu Manchu, którzy przecież uwielbiają ten efekt.

Na tej płycie objawiają się jazzowe ciągoty Branta, co też może zaskoczyć, bo przecież on, rockowiec z krwi i kości, miałby zajmować się jazzem? A jednak i całkiem zgrabnie mu to wychodzi. Cocoa Butter, ta jazzowa wstawka została wciśnięta między prawdziwie rozpalone, rokendrolowe kawałki, zmuszające do ruszenia tyłka z miejsca. Bo taka też ma być ta płyta, słoneczna, taneczna, zabawowa.

Pan Bjork, serwuje nam również funkową pulsację, pozwala sobie na dłuższe improwizacje. Słowem nie oszczędza się chłop, by nas zaskoczyć i dobrze, bo (oszczędzanie się) nigdy nie należało do jego zwyczajów.

Tak, jak już wcześniej pisałem, ten album ma swoje własne, niepowtarzalne brzmienie, które choć z początku zaskakujące, bardzo mi się spodobało. Kompozycje zaś są najlepsze, jakie Brant napisał dla siebie. Bez dłuższego zastanowienia mogę napisać, że to jego moja ulubiona płyta

Ocena: 9/10

dodaj komentuja | desert rock recenzje rock |

Queens of The Stone Age - Queens of The Stone Age

Wpis na 0. poziomie, wysłany 11 stycznia 2008 o 13:32:28

Rok wydania: 1998
Gatunek: hard rock, desert rock
Wydawca: Loosegroove Records

Rok 1998. Mam 10 lat i moje marzenie to książka z Kubusiem Puchatkiem. Josh Homme ma ich 24. 3 lata wcześniej rozwiązał kyussa i wziął rozbrat z muzyką. Myślał, że na całe życie, ale już rok później zahaczył się w Screaming Trees jako touring member (na jutubie są nawet nagrania z tego okresu). W roku następnym wraz z Nickiem Oliverim nagrywa Cocaine Rodeo, debiut Mondo Generator (który na wydanie poczeka do 2000 roku). Wreszcie, w rzeczonym już ‘98 roku zabiera się za projekt, którym będzie się zajmował następne dziesięć lat. Tak, w tym roku mija dziesięć lat od debiutu Queens of the Stone Age (dopiero we wrześniu, ale już teraz można zacząć świętować). To najlepsza okazja, by go przypomnieć.

Od pierwszego usłyszenia, że będzie to zespół różny od kyussa. Nie tylko dlatego, że wokal przejął Josh. Muzyka jest prostsza, piosenki są krótsze, często oparte na jednym riffie, takie bardziej rockowe i bardziej przebojowe, bo wokal odgrywa ważniejszą rolę niż w kyussie, można nawet po kilku przesłuchaniach nucić te piosenki.

Josh wspomina, że rola wokalisty była dla niego wielkim wyzwaniem, że bał się jej na początku. I trochę to słychać na płycie, wokal jest beznamiętny, bezuczuciowy, zupełnie inny od tego, co później robił ze swoim głosem. Najbardziej słychać to w otwierającym Regular John.

Już od tej płyty zaczęła się tradycja „pożyczania” przez Josha piosenek z Desert Sessions, tu mamy Avon, niczym nie różniący się od wersji z Sesji. Następne If Only to już próbka typowego, najbardziej sztandarowego brzmienia QOTSA. Jest melodyjny wokal, jest trzepany w kółko jeden riff, jest przebojowa melodia, jest gorący, pustynny klimat. Murowany hit, którym nigdy nie został, mimo że był singlem. Podobny ładunek przebojowości ma You Would Know (refren!)

Największym hitem okazała się Mexicola, uwielbiana przez fanów (przeze mnie też) z potężnym, genialnym basowym riffem i świetną melodią. Joshowy majstersztyk. Kocham tę piosenkę, ma w sobie całą pustynię. Potęga basu niszczy bębenki, wywraca świadomośc do góry nogami, rzuca piachem w twarz. Mistrzostwo. How to handle a Rope to jedyny dowód na uparte twierdzenia Bartka Koziczyńskiego, że EODM to wersja light QOTSA, bo ten kawałek brzmi, jak mocniejsze Eagles of Death Metal: jeden z najprostszych riffów świata, nienachalna przebojowość (och, jak ja uwielbiam to wyrażenie ;)), taneczny rytm.

You can’t Quit Me, Baby. Ten utwór zasługuje na oddzielny akapit. 8 minut grzania, psychodelicznego grania. Tu pobrzmiewają echa najlepszych lat kyussa. Mam koncert, na którym Josh powiedział, że to piosenka o Dave’ie Grohlu, bardzo się chłopaki muszą kochać.

Josh udowodnił na tej płycie, że bez kyussa da się żyć. Dał 11 przebojowych piosenek, objawił światu nową jakość. A potem było tylko lepiej.

Ocena: 8/10

11 komentujów | desert rock recenzje |

Ten East - Extraterrestial Highway

Wpis na 0. poziomie, wysłany 08 stycznia 2008 o 09:20:32

gatunek: desert rock
rok wydania: 2006
wydawca: Lexicon Devil Records

Z wikipedii:

Jednak dla mieszkańców Kalifornii dziesiątka zaczyna się w Mieście Aniołów i prowadzi na wschód, na pustynię. Tę pustynię, więc jej mieszkańcy postanowili stworzyć projekt, którego muzyka odzwierciedli jazdę tą autostradą. Tak narodziło się Ten East.

Trzonem Ten East jest duet Gary Arce – Mario Lalli, znany już z nagrań Yawning Man. Już pierwsze dźwięki otwierającej Heavy Light przywodzą na myśl ziewającego człowieka, to samo, charakterystyczne brzmienie gitary Arce’a, ten pustynny klimat, rozbudowanie kompozycji. Czyli w pewnym sensie mamy Yawning Man-bis, ale nie do końca. Na basie gra Brant Bjork, a na drugiej gitarze Lalli właśnie (który w Yawning Manie grał na...basie). Może to trochę skomplikowane, ale taka właśnie jest Palm Desert Scene, tworzą ją przyjaciele, a projekty przenikają się nawzajem.

Jest jednak coś jeszcze odróżnia Ten East od Yawning Mana, tym czymś jest klimat. W YM dominowały obrazy rozgrzanej, skąpanej w słońcu, kalifornijskiej pustyni, tu natomiast ta pustynia jest ukazana w nocy, z perspektywy jazdy samochodem, czyli zupełnie inna, obca, ale przyciągająca. W związku z tym muzyka Ten East jest mroczniejsza, cięższa, mniej melodyjna, połamana, kanciasta, ale ciągle podobna do YM. Tak samo jest to instrumentalne granie, wykraczające poza ramy zwykłego rocka. Więcej jest tu też transu, czego dowodem jest to, że aż trzy kompozycje mają ponad 10 minut, a tylko dwie poniżej czterech. Słychać też Black Sabbath (trochę), do inspiracji którym przyznają się członkowie YM, ale w ogóle ich tam nie słychać.

Idealna muzyka do prowadzenia samochodu w nocy. Świetna płyta.

12 komentujów | desert rock recenzje |

Ahkmed - Chicxulub

Wpis na 0. poziomie, wysłany 04 stycznia 2008 o 16:04:32

rok wydania: 2007
gatunek: post-stoner, desert rock
wydawca: Rare Records

Czasem tak jest, ze jak już się zrobi podsumowanie roku, wszystko wygląda ładnie, pojawia się płyta, która przebojem wdziera się w zestawienie. Tak, tą płytą, która zdemolowała moje zestawienie w zeszłym roku (już) było właśnie to wydawnictwo. I nie ma żadnego znaczenia, że to kompilacja wcześniejszych nagrań.

Jak się wysilić, to już nazwa może budzić przyjemne skojarzenia. Ahkmed to imię, a teraz pomyślcie o najlepszym stonerowym bandzie ever. I co? Jego nazwa to tez imię. Majspejs też wygląda zachęcająco, bo umieścili tam zdjęcia z występu nad jeziorem przy zachodzącym słońcu... A w Influences wpisali, obok Hawkwind i Pink Floyd, kyuss. Ale oczywiście na ich majspejsa wszedłem dopiero po przesłuchaniu płyty.

Dużo tu przestrzeni, kosmicznych odlotów (co prawda nie tak radykalnych, jak w przypadku Comets on Fire, czy Earthless), jest też prawdziwie pustynne, brudne brzmienie. Muzyka ahkmed to połączenie kosmosu z pustynią, dwóch przeciwstawnych sobie żywiołów: powietrza i ziemi. Brzmi nieźle, co? I zaufajcie mi, tak jest naprawdę już od pierwszych sekund Kirrae, które rozpoczyna się kosmicznymi dźwiękami gitary, by przejść przez fazę grzania a la kyuss, wrócić w mgławice, pobrzdąkać, jak kyuss w swoich spokojniejszych kawałkach, pogrzać znów, ale tak bardziej kosmicznie i wrócić do pustynnego wygaru i na koniec znów wyprawić się w kosmos. A wszystko to w jednej piosence, co prawda, nie krótkiej, bo trwającej 10 minut. W następnej Ilanesii powala riff, gdzieś tak od 2:45, w którym połączyli kosmos z pustynia, mistrzostwo. Riff ten przywodzi na myśl Josha z czasów kyussa: grany bez opamiętania jeden motyw, niewiele zmieniający się przez utwór, a jednak za każdym razem inny.

Jeszcze lepiej robi się w T=0 i Viceroy. Ten pierwszy rozpoczyna się pustynnym riffem z kosmicznym pogłosem, potem wchodzi bas i perkusja i robi się naprawdę epicko. Ciary murowane. Po chwili zaczyna się wokal, oszczędny, mistyczny, rozmyty w muzyce. Po epickości mamy etap relaksu, delikatności przerywanej od czasu do czasu mocniejszym wejściem, taki nie do końca spokojny sen, oczywiście o gwiazdach, podróżach kosmicznych, purpurowych mgławicach i tym podobnych. Viceroy rozpoczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym kończy się T=0, ale idzie w inną, bardziej agresywną stronę, bo przechodzi prawie od razu do bliźniaczo podobnego riffu do tego z Ilanesii. 2:30. zapamiętajcie ten czas. Bo od tego momentu zaczyna się najbardziej nieziemska część tej płyty. Jakby ten sam duch, który napełniał kyussa podczas nagrywania płyt zstąpil właśnie na ahkmeda. Piękny motyw gitary (na riff to za mało dźwięków) z cichymi dogrywkami w tle. Whitewater XXI wieku? Wiem, że to na wyrost, ale właśnie z tym kojarzy mi się najbardziej, mimo że jest dużo prostsze i mniej jazzowe. I po trzech minutach trzepania tego riffu wracają do grzania (znów z wokalem, świetnym wokalem) w stylu kyussa. Leżę, spadłem z krzesła, nie mogę się podnieść. Jestem zdruzgotany. To było piękne.

Po kilku przesłuchaniach jestem oczarowany. Nie tylko Viceroyem, ale wszystkimi utworami na Chicxulub. Dosłownie wszystkie wgniatają w ziemię, niszczą, orzą mózg i Bóg jeden wie, co jeszcze. Tak świetnej dawki stonera (czy post-stonera, jak sami określają swoją muzykę) dawno nie słyszałem. A, i byłbym zapomniał, kojarzą mi się też trochę z Mammatusem. Najbardziej w Jonah, ma taki, hm, mistyczny klimat.

Wiem, dużo porównań pojawiło się w tekście. I to porównań do samych bogów desert rocka, ale czterech wybrańców może być dumnych z ahkmeda. Genialna płyta. Z niecierpliwością czekam na ich długogrający debiut.

9,5/10

PS. Jak ktoś ma Paypal i jest z Warszawy, niech się do mnie zgłosi, bo tylko 500 sztuk mają tego do sprzedania.

dodaj komentuja | desert rock post-stoner recenzje |

Eagles Of Death Metal - Death By Sexy

Wpis na 0. poziomie, wysłany 02 stycznia 2008 o 13:31:23

rok wydania: 2006
gatunek: rock ’n’ roll
wydawca: Rekords Rekords/Downtown Music

Może nie każdy wie, więc zacznę od początku. Eagles of Death Metal nie są zespołem deathmetalowym. I należy o tym pamiętać, choć chciałbym zobaczyć kiedyś złego i strasznego metala, który słucha ich, nie wiedząc, ze to nie jest metal. W każdym razie EODM tworzą dwaj starzy przyjaciele: Jesse Hughes i Joshua Homme oraz potrzebni w danym momencie muzycy (przeważnie Brian O’Connor, Dave Catching i Samantha Maloney), czyli sytuacja podobna do QOTSA czy Mondo Generator (wcześniej). I tak, jak w Mondo rudzielec nie jest głównym odpowiedzialnym za muzykę. Jego zadanie to walić w bębny nie gubiąc rytmu (a przynajmniej na poprzedniej płycie i na koncertach) i gra na basie, choć nie da się ukryć, że to właśnie on był spiritus movens tego przedsięwzięcia. Tyle tytułem przydługiego wstępu dla laików (który i tak pewnie nie był potrzebny).

Wiemy już, że to nie jest metal, więc cóż to jest? Otóż jest to korzenny, wypływający z głębi duszy rock ‘n’ roll. Elvisowy, Stonesowy, Little Richardowy. Czyli inspiracje jak najbardziej chwalebne. A wszystko podlane pustynnym sosem.

Ze Stonesów wzięli radosne rzępolenie i riff do I Like to Move In the Night (bezczelna zrzynka z Richardsa, ale jakże kręcityłkowa), z Elvisa kręcityłkowość, a Little Richard był główną inspiracją dla Hughesa. I tak powstała prawdziwie wybuchowa mieszanka. Od początku do końca mamy do czynienia z jazdą bez trzymanki. Orły death metalu robią wszystko, by słuchacz poderwał się z miejsca i zaczął tańczyć, a Jesse Hughes na wszystkie możliwe sposoby śpiewa o stosunkach damsko-męskich. Najczęściej tych fizycznych. Mamy już seks, mamy rock ‘n’ roll. A co z dragami?

Też są, Hughes śpiewa naćpanym kokainowym głosem. Marihuanowy opar unosi się nad całym albumem. Dobry mieli stuff w studiu. Więcej narkotyków nie słyszałem.

W porównaniu z debiutem, piosenki są mniej monotonne i podobne jedna do drugiej, dodanie basu wyszło im na plus, bo przestali być podobni do the white stripes (w sensie, że było ich dwóch, gitara, perskujsa i wokal). Death By Sexy wydaje się dojrzalsza od Peace, Love, Death Metal, jeśli w ogóle można mówić o dojrzałości w przypadku tak jajcarskiego zespołu, jak Eagles of Death Metal. W kategorii „zespoły mające prostacko grającego perkusistę” zostawiają wspomnianych the white stripes lata świetlne z tyłu.

Z zespołu jednorazowego wygłupu w ciągu kilku lat przeistoczyli się w pełnoprawną kapelę. I dobrze, bo takiego korzennego rock ‘n’ rolla jest za mało w tych czasach opanowanych przez smutasów z czarnymi grzywkami i ciotkami udającymi, że grają rock.

Ocena: 8/10

4 komentuje | desert rock recenzje rock |

Yawning Man - Rock Formations

Wpis na 0. poziomie, wysłany 15 grudnia 2007 o 02:04:31

rok wydania: 2005
gatunek: desert rock
wydawca: Alone Records

Zapamiętajcie tę nazwę. Gdyby nie oni, nie byłoby kyussa. To oni swoimi koncertami na generator parties zainspirowali czterech młodziaków, którzy kilka lat później stali się bogami desert rocka. Nawet ich perkusista przez pewien czas bębnił u kyussa (Alfredo Hernandez) I co zabawne, dopiero po 19 latach funkcjonowania udało im się wydać debiutancki album.

Kyussowi zapaleńcy wiedzą, że skowerowali oni jedną piosenkę Yawning Mana, Catamaran. Nie znam oryginalnej wersji, bo ukazała się ona tylko na ich pierwszym demo (może będzie na Birth of Sol Music, składance, która miała wyjść w tym roku), lecz na podstawie odsłuchu Rock Formations podejrzewam, ze Josh i spółka nie bardzo przy niej pogrzebali. Czyli wiemy już, czego się spodziewać. Przestrzennych, pustynnych kompozycji. Kilka piosenek brzmi jak fragmenty zaginionej ścieżki do jakiegoś westernu. Stoney Lonesome przywodzi na myśl spokojniejsze dokonania kyussa. O właśnie, Yawning Man nie ma w sobie nic z Black Sabbath, żadnego ciężaru, nic (wiem, że przyznają się do inspiracji nimi, ale ja nie słyszę ich za grosz w muzyce YM).

Ich muzyka jest dużo delikatniejsza, a jednocześnie bardzo plastyczna i transowa. Coś w rodzaju, hm, post-rocka, ale z dużą dozą tolerancji, do Sigur Rós na szczęście im daleko, po prostu ich dokonania przekraczają ramy rocka, dodają troszkę jazzu, troszkę muzyki filmowej, czyniąc z nich niepowtarzalny zespół. Jeśli miałbym porównywać ich do innych pustynnych zespołów, wybrałbym Orquestę del Desierto, właśnie z powodu tej delikatności, tak różnej od dokonań kyussa, Branta Bjorka z The Bros., o QOTSA, czy Unidzie nie wspominając.

Wystarczy rzut oka na okładkę płyty, względnie na ich majspejsa, by załapać klimat ich muzyki. Niebieskie niebo, złocisty piasek pustyni, rozpalone, żółte słońce. Esencja pustynnego grania.

Ocena: 9/10

6 komentujów | desert rock recenzje rock |

Truckfighters - Gravity X

Wpis na 0. poziomie, wysłany 07 grudnia 2007 o 12:13:07

rok wydania: 2005
gatunek: stoner rock
wydawca: Fuzzorama Records

Szwedzka scena muzyczna. Z czym może się ona kojarzyć? Z umalowanymi death metalowcami i z Abbą. No więc, co tam robi rasowy desert rockowy zespół? Przecież oni nie mają żadnej pustyni, a słońce świeci kilka dni w roku. Nie ma warunków do robienia takiej muzyki. Jednak im się udaje.

Może tytuł płyty nie do końca mówi, co nas czeka, okładka tym bardziej, bo ona pasuje bardziej do jakiegoś space rockowego bandu, choć sci-fi jest jedną z ważniejszych inspiracji stonerowych zespołów, to już nazwa pierwszego kawałka, Desert Cruiser robi swoje. To siedmiominutowy walec w stylu Fu Manchu ze sfuzzowanymi gitarami, ciężki i miażdżący. Następny kawałek, Gargarismo, łączy w sobie duchu Fu z przejściami w stylu późnego kyussa – melodyjno-psychodelicznymi.

I tak będzie już do końca, Fu Manchu będzie się przeplatać z kyussem. Czasem, jak w Altered State, będzie więcej bogów desert rocka, czasem, jak we wspomnianym już Desert Cruiserze i Superfunk, jego herosów, a czasem, jak w Momentum obydwa te składniki będą występować w podobnych proporcjach. Czasem dodadzą smaczki, jak klaskanie we Freewheelin’ (który zresztą kończy się filmowym samplem i partią akustycznej gitary przywodzącą na myśl westerny), ale i tak pozostaje to surowym, nieokiełznanym desert rockiem.

Wyróżnia się Subfloor, bo panowie zastosowali w nim dęciaki, przez co piosenka nabiera nietypowego dla nich posmaczku i trochę zbliża do Orquesta Del Desierto. W podobnym klimacie zaczyna się następny Gweedo-Weedo­. A teraz czas na zauważenie i podkreślenie faktu, że piosenki wypływają jedna z drugiej, bo zastosowano zabieg znany chociażby z Blood Sugar Sex Magik, czyli brak przerw między ścieżkami, co oczywiście daje wrażenie spójności.

Od Subfloor właśnie zaczyna się druga, inna część płyty. W Manhattan Project cięzkie momenty przeplatają się ze spokojnymi partiami akustycznej gitary, początek In Search Of (the) (oczywiste nawiązanie do Fu Manchu) przypomina trochę dokonania Branta Bjorka z Braćmi. Chwilę wytchnienia daje Intermission, dwuminutowy, instrumentalny przerywnik. Wytchnienie potrzebne, bo już zaraz po nim najwścieklejszy numer na płycie, Zapruder.

Płytę kończy Altered State, jakby odpowiedź Szwedów na Whitewater i pozostaje się tylko dziwić, jak oni to robią, czerpiąc z dwóch źródeł, nie siląc się na zbytnią oryginalność, potrafią zrobić tak fajną płytę.

Ocena: 8/10

5 komentujów | desert rock recenzje stoner |

Queens of The Stone Age - Lullabies To Paralyze

Wpis na 0. poziomie, wysłany 01 grudnia 2007 o 14:38:48

rok wydania: 2005
wydawca: Interscope/Universal
gatunek: hard/stoner rock

Na tę płytę Josha czekałem już z utęsknieniem. Byłem już zakochany w Pieśniach i płytach kyussa. No i zaskoczyłem się bardzo. Pozytywnie.

Tym, co jest najbardziej zaskakujące, jest fakt, że pustynia ustąpiła miejsca.... mrocznemu lasowi, takiemu z baśni Braci Grimm. Sam Josh przyznawał się, że jedną z inspiracji były właśnie owe opowieści, które czytał w dzieciństwie. Drugim zaskakującym faktem (ale dużo mniej niż zmiana klimatu), jest to, że bez szalonego Nicka Josh radzi sobie bardzo dobrze, ale dzikość poprzedniego składu gdzieś uleciała.

Płyta dzieli się wyraźnie na dwie części. Pierwszą, normalną, joshową, czyli z jajem, z bluesem, pełną melodii. Zabójczych melodii. W otwierającym This Lullaby udziela się Mark Lanegan, a dalej jest jeszcze lepiej. Josh znów zakosił piosenkę z Desert Sessions, In My Head, ale odebrał jej klawisze, co wyszło jej na dobre. Tę pierwszą część kończy pierwszy singiel, Little Sister, typowy kawałek QOTSA. A, no i w tej części jest Burn The Witch, prawdziwy, rozbujany blues.

Drugą część zaczyna I never came, w pewnym sensie novum w twórczości QOTSA, ballada z Joshem śpiewającym falsetem, czuć w niej coś niepokojącego, ale to dopiero przedsmak tego, co przed nami. Someone's in the wolf, posłuchajcie tego w nocy, przy zgaszonym świetle. Tak brzmi nawiedzony las. Joshua potrafi wytworzyć klimat jak nikt inny. I tak jest prawie do samego końca. Bowiem koniec przynosi ukojenie, ale tylko muzycznie. Tekst Long Slow Goodbye jest tożsamy z This Lullaby, a o czym jest... trzeba posłuchać.

Josh tą płytą udowodnił, że jest największym geniuszem rocka lat ostatnich, i że bez Nicka radzi sobie równie dobrze.

Ocena: 10/10

2 komentuje | desert rock recenzje rock |

Elvis Deluxe - Lazy

Wpis na 0. poziomie, wysłany 25 listopada 2007 o 23:43:59

rok wydania: 2007
gatunek: stoner rock
wydawca: Get By Records

Trochę wcześniej napisałem, że polska scena stonerowa dopiero się rodzi i że ciężko znaleźć pustynny stoner u nas. Wszystko to prawda. Napisałem też, że płyta Farelek może być najlepszym polskim debiutem w tym roku. Otóż nie może, bo na pierwsze miejsce wdarł się Elvis. Elvis Deluxe nawet.

Tak, to stoner. Prawdziwy, pustynny, brudny, w oparach marihuany, a nie piwska. I ciężki. I psychodeliczny. Czyli jest wszystko, czym dobry desert rock powinien się charakteryzować. I jeszcze jedno, płyta brzmi, jakby polecieli do Kalifornii, usiedli na Rancho De La Luna i pod czujnym okiem Chrisa Gossa napisali i nagrali te piosenki. Tak, nie mają się czego wstydzić. Płytę można już kupić przez stonerrock.com, co świadczy o pewnym uznaniu w stonerowym światku.

Weźmy takie The Mountain. Co słyszymy? Fu Manchu przepuszczone przez melodyjność QOTSA. Extraterrestial Hideout Seeker pachnie bardziej Joshem. Czyli wzorce jak najlepsze. I tak, jak w przypadku Farelek, nie są to zrzynki. A cechą charakterystyczną stoner rocka jest, że każdy czerpie od każdego. I oni to robią. Biorą trochę z kyussa, trochę z QOTSA, trochę z Fu Manchu, dodają dużo własnych pomysłów i energii, i grzeją. I grzeją tak, że o tej porze roku mam ochotę wygrzewać się na słońcu względnie kupić bilet na najbliższy samolot do Kalifornii.

Co ciekawe Elvis wywodzi się ze środowiska hardcore’owego. Gdybym o tym nie wiedział, nie wpadł bym na to, mimo że Superorfeo i Perfect Ride są punkowo szybkie, ale brakuje im tej wściekłości, którą zastąpił wszechobecny luz, kolejna charakterystyczna cecha stoner rocka.

Druga świetna polska stonerowa płyta w tym roku. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale może dwie już tak. I niech się nimi też zainteresują wytwórnie, mimo że nie brzmią, jak Doda.

Ocena: 9/10

3 komentuje | desert rock recenzje stoner |

Hermano - Into the Exam Room

Wpis na 0. poziomie, wysłany 11 listopada 2007 o 17:50:54

gatunek: desert rock
rok wydania: 2007
wydawca: Suburban Records

Rok 2007 jest rokiem wyjątkowym. Tak, jak rok 2002. Szczególny to rok, bowiem nowe (albo „stare” nowe) albumy wydali wszyscy członkowie klasycznego składu kyussa. Josh – Erę Vulgaris – najbardziej eksperymentalną płytę QOTSA. Brant, aż dwie płyty – akustyczne, intymne Tres Dias i pustynną, spaloną słońcem Somerę Sól. Nick – nowe, międzynarodowe wydanie Dead Planet. A John... John wrócił z nową płytą Hemano.

Na ...Into The Exam Room uwagę zwraca przede wszystkim wokal Garcii. Mimo upływu lat jest ciągle tak samo mocny, a jego rola jest zupełnie inna niż wy kyussie, gdzie był tylko dodatkiem do instrumentów. Można powiedzieć, że rola jego wokalu jest ważniejsza w każdym jego następnym zespole. Na tym albumie pełno go, dominuje nad resztą. Śpiewa nisko, wysoko (i jeszcze wyżej), głośno, cicho, delikatnie, z mocą. Mamy tu przekrój jego możliwości. Na szczęście ta dominacja wokalu Johna nie przesłania warstwy instrumentalnej.

Co jeszcze rzuca się w uszy? Wielki powrót pustyni. Wreszcie czuć piach w muzyce Hermano. Najbardziej w Dark Horse II, klimatycznym, akustycznym kawałku. Nawet wiatr pędzący nad rozpaloną ziemią słychać. Czyli jest dobrze. Bardzo dobrze. Jest jeszcze wielka dawka przebojowości, ale takiej fajnej, a nie sztucznie wykreowanej w laboratoriach wielkich wytwórni. Dużo tu chwytliwych melodii, co jest sprawką Garcii, który w roli najważniejszego elementu czuję się nadzwyczaj dobrze. Na koniec zostawili nam niespodziewajkę w postaci śpiewających dzieci na tle akustycznej gitary.

Wszystko tu jest tak równe, tak pustynne, że trudno cokolwiek wyróżnić. Bardzo dobra, stonerowa płyta. Dokładnie czegoś takiego spodziewałem się po Johnie.

Ocena: 8/10

1 komentuj | desert rock recenzje |

kyuss - Welcome to Sky Valley

Wpis na 0. poziomie, wysłany 25 października 2007 o 00:02:11

rok wydania: 1994
Gatunek: desert rock
Wydawca: Elektra

Minęły dwa lata od wydania Blues for the Red Sun. Zespół opuścił Nick Oliveri, a jego miejsce zajął weteran Palm Desert Scene, Scott Reeder, a Brant Bjork był w konflikcie z Joshem. Co z tego wyszło? Jedna z najlepszych płyt lat 90. i w historii rocka w ogóle (wiem, wiem powtarzam się, ale naprawdę kyuss wielkim zespołem był, takim Black Sabbath lat 90.).

Welcome to Sky Valley to trzecia płyta pierwszego zespołu Josha Homme. Zaczynamy od mocnego, motorycznego riffu. Taki otwieracz... oooo no po prostu rozjeżdża. Gardenia, bo o niej mowa pokazuje to, do czego zdolny jest kyuss. Mamy potężny riff, idealnie współpracujący z gitarą bas, mistrzowską perkusję. I pustynię, nie piach, jak w Pieśniach dla Głuchych, ale całą pustynię. Z kaktusami i kamieniami. I zachodzącym czerwonym słońcem nad czerwoną, spaloną ziemią. Oj, trochę się rozpędziłem, bo to słońce zachodzi dopiero w Whitewater, utworze kończącym album. I tak naprawde dopiero w nim kwartet Homme, Reeder, Bjork i Garcia ociera się o muzyczny absolut (to też ściągnięte określenie, ale nie z gazety, ale z sieci). To, co dzieje się po zakończeniu właściwej części utworu, czyli nieziemska improwizacja każdego, powtarzam, każdego zniszczy i wgniecie w fotel. Jeszcze nigdy nie było takiego klimatu. Po prostu zamykasz oczy i jesteś w pieprzonej Kalifornii, gdzieś niedaleko Palm Desert, i czujesz jak wiatr wwiewa ci piach w zęby i oczy. Nikt się temu nie oprze.

Kurde, tak się rozgadałem o jednej piosence, a jest ich na płycie dziesięć. Do jednej nawet nakręcili teledysk. Do Demon Cleanera, który oprócz dość charakterystycznego śpiewu Johna, który śpiewa gdzieś w tle, bardzo delikatnie, ma najlepszą partię bębnów lat 90. i tekst, ktory traktuje o Jezusie (moim zdaniem). W ogóle niektóre teksty dotykają spraw najważniejszych, albo po prostu nadinterpretuję je, bo nie do pomyślenia jest, by do takiej muzyki były teksty o, powiedzmy, spódniczce koleżanki. Enyłej, mistrzowska piosenka.

Black Sabbath jest tu jakby trochę mniej niż na poprzednich płytach, ale z drugiej strony odzywają się nawet Zeppelini w Space Cadet, półakustycznej balladzie (jej echa można usłyszeć w Mosquito Song na Songs for the Deaf).

Mówimy tu Joshu jako o mózgu kyussa, jednak to nie do końca prawda. Sporo dźwięków to zasługa również Branta Bjorka, którego można uznać za jedną z półkul mózgowych zespołu. Cegiełki do tego muzycznego arcydzieła dołożyli również John i Scott.

Podsumowanie będzie krótkie: jeśli jeszcze nie masz, marsz do sklepu.

Ocena: 10/10

dodaj komentuja | desert rock recenzje |

kyuss - Blues for the Red Sun

Wpis na 0. poziomie, wysłany 24 października 2007 o 23:57:11

rok wydania: 1992
wydawca: Dalia Records
gatunek: desert rock

Debiut kyussa był, przyznajmy to, nie najlepszy. Przede wszystkim zawiodła „pierdząca” produkcja, przez co zespół nie miał mocy. Na szczęście za produkcje jej następcy zabrał się odkrywca zespołu, Chris Goss.

Album otwiera thumb. I wiadomo, o co chodziło młodziakom z Palm Desert. Obniżony strój do C, ciężar, niesamowite bębny i klimat. Pustynia, oczywiście. Po nim naprawdę szybka jazda i chyba jeden z najlepszych utworów na płycie, Green Machine autorstwa perkusisty, Branta Bjorka, który jest odpowiedzialny również za koncept albumu i za najlepszy utwór na płycie i jeden z dwóch najlepszych kyussa w ogóle. 50 million Year trip (downside up) przypomina swym szybkim tempem wspomnianą wyżej Zieloną Maszynę, ale jest od niej dużo bardziej złożony. Utwór przechodzi od agresywnego, szybkiego początku przez zwolnienie w środku do najlepszej partii gitary albumu. To, co wyprawia Josh Homme, przyprawia o szybsze bicie serca.

Tak, Josh Homme i Brant Bjork to podwójny mózg tego zespołu, choć nie tylko nimi kyuss stał w roku 1992. Na basie zasuwał długowłosy jeszcze Nick Oliveri, który serwuje nam typowe dla siebie partie basu i skomponował najdłuższy na płycie utwór, Mondo Generator. Wokalem zajmował się John Garcia, obdarzony niesamowicie mocnym głosem.

Ta mieszanka musiała zadziałać. I zadziałała, bo kwartet nagrał jedną z najważniejszych płyt lat 90. i w historii rocka w ogóle. Oni wprowadzili desert rock na salony i do świadomości zwykłych ludzi. I oni stoją dziś na czele Palm Desert Scene, jednej z siedmiu najważniejszych scen regionalnych w USA.

Płyta jest genialna, jednak nie jest wszystkim, na co stać kyussa. Opus magnum wydali dwa lata później.

Ocena: 10/10

1 komentuj | desert rock recenzje |

Brant Bjork & the Bros - Somera Sol

Wpis na 0. poziomie, wysłany 22 października 2007 o 22:59:26

gatunek: desert rock
wydawca: Duna Records
rok wydania: 2007

Brant Bjork nie próżnuje w tym roku. Wydał już jeden album (Tres Dias), ma w planach DVD, a jakoś w maju światło dzienne ujrzało jego ostatnie dzieło z the Bros.

Brant Bjork od lat idzie własną drogą. Niewiele zmienia, stał się tak charakterystyczny, jak, na przykład AC/DC, czyli wystarczy, że usłyszysz 10 sekund, a wiesz, że to on. Są gitary z przesterem, dużo wah-wah, jest funkowo-soulowa rytmika, prosty rock, jest pustynia. Tak, pustynia to nadal najważniejsza część muzyki dzieci kyussa (John Garcia, Josh Homme, Brant Bjork, Nick Oliveri, Alfredo Hernandez i Scott Reeder), na szczęście, bo kyuss nie istnieje już 10 lat, ale jego duch ciągle jest obecny.

Somera Sól zawiera trzy piosenki z Tres Dias zaaranżowane na potrzeby zespołu, czyli partie gitary akustycznej zastąpiono elektrycznymi, dodano perkusję i moc, to dobrze, ale z drugiej strony, kompozycje te stały się mniej intymne, zupełnie nie wyróżniają się spośród innych piosenek na płycie. Pozostałe siedem piosenek to typowe dla Branta rockowo-funkowo-soulowe kawałki, utrzymane w klimacie lat 70. Bardzo ładnie utrzymane w tym klimacie. Pojawia się saksofon, nadając wszystkiemu jazzowego posmaku, a nad całością unosi się duch Jimiego Hednrixa. Tak, Brant rozwija się, będąc wiernym wypracowanej formule i ciągle ją udoskonala.

Podsumowując, dobrze, że Brant wydał tę płytę, bo porządnego desert rocka nigdy za wiele.

Ocena: 8/10

dodaj komentuja | desert rock recenzje rock |

Goatsnake - Flower of Disease

Wpis na 0. poziomie, wysłany 22 października 2007 o 22:55:06

gatunek: desert rock/doom
wydawca: man's ruin
rok wydania: 2001

Okładka tej płyty może trochę mylić, bo jak się na nią spojrzy, to takie nie wiadomo co. Zawartość jest jednak dużo ciekawsza. Goatsnake to Pete Stahl przede wszystkim. Zapamiętajcie to nazwisko, bo to prominent desert rocka i kumpel Josha Homme.

Flower of disease to druga płyta kozłowęża. Otrzymujemy na niej połączenie pustynnego klimatu z doomem. Czyli przeważnie jest wooolno, ale nie nudno. Doom w wykonaniu Goatsnake to prawie Black Sabbath. Z pustynnyego grania Goatsnake bierze kyussowe riffy i motorykę niektórych kawałków. Pete Stahl śpiewa wysoko, swoim zachrypniętym głosem. Jest ciężko i klimatycznie. Wydawać by się mogło, że w tej stylistyce każdy zrzyna od każdego i nie można nic nowego wymyślić. A jednak Goatsnake udało się to. Tym novum jest... harmonijka ustna. Tak, instrument kojarzony przede wszystkim z country i Neilem Youngiem został wykorzystany w prawdziwie stonerowym dziele. I z jakim skutkiem. Mimo że harmonijka pojawia się dość rzadko, to właśnie ona jest elementem najbardziej charakterystycznym. Poza tym, harmonijka nadaje piosenkom baardzo pustynny posmak, po prostu, słyszysz harmonijkę i widzisz zachodzące słońce nad kaktusami.

Bardzo dobra płyta, ale to już doom, więc jak dla mnie troszkę za wolna.

Ocena: 7/10

1 komentuj | desert rock doom recenzje |

Fu Manchu - We Must Obey

Wpis na 0. poziomie, wysłany 18 października 2007 o 19:55:28

rok wydania: 2007
wydawca: Liquor&Poker Music (US)/Century Media (EU)
gatunek: desert rock, stoner rock

Trzy lata. Tyle przyszło czekać na nową płytę Fu Manchu. Poprzednie dwa albumy odświeżyły trochę brzmienie zespołu. California Crossing to najprzystępniejsze dzieło kwartetu, a Start the Machine miało wyznaczać nowy kierunek w twórczości tych gigantów stoner rocka. Jednak, wraz z premierą We Must Obey okazało się, że grupa wróciła do korzeni.

Tak, do korzeni, bo Fu zaczynali jako kapela hardcore’owa. I tak zaczyna się ta płyta, tak ciężko i tak punkowo chyba nigdy nie było. Ale jak miało być skoro panowie borykali się z wytwórnią i innymi problemami. Wzięli więc gitary, przykręcili na maksa fuzza i zaczęli grać. Tak powstała ta płyta. Na szczęście nie zapomnieli o tak charakterystycznym dla nich groove’ie i luzie.

W tekstach, w przeciwieństwie do poprzednich płyt nie dominują samochody i panienki, ale filmy klasy B (albo jeszcze niższej). Pojawiają się między innymi olbrzymy (Land Of Giants) i stare, dobre filmy kung-fu (kończący płytę Sensei Vs. Sensei z samplami z filmów). Wzięli też na warsztat piosenkę Cars, Moving in Stereo, której przeróbka całkiem zgrabnie im wyszła.

Bardzo fajna i rajcująca ta płyta, jednak dzieło życia Fu to nie jest. Jedyne czego można żałować, to tego, że nie przyjechali do Polski.

Ocena: 8/10

dodaj komentuja | desert rock recenzje rock |

Queens of The Stone Age - Era Vulgaris

Wpis na 0. poziomie, wysłany 18 października 2007 o 19:52:48

gatunek: hard rock/stoner rock
wydawca: Interscope/Rekords Rekords
rok wydania: 2007

Najnowsze dziecko Josha Homme i spółki. Tak, już można powiedzieć, że spółki, bo Troy i Joey są w QOTSA już 5 lat i nie zanosi się na to, by uległo to zmianie.

Zaczynamy od bitelsowskiego Turnin' on the Screw. I już wiemy, jaki klimat będzie do końca płyty. Jest duszno, ciemno. Miał Josh rację mówiąc o niej, że będzie "ciemna, ciężka, elektryczna". Tak jest w istocie. Po mroczno-leśnych Lullabies to Paralyze dostaliśmy również mroczną, ale bardziej, hm, ucywilizowaną Erę Vulgaris. Jest tu mniej dzikości, ale to dlatego, że inspiracją tej płyty miał być przejazd Josha przez Hollywood. I słuchając tej płyty ze świadomością tego faktu, uświadamiam sobie, że przecież wszystko pasuje. Świat gwiazd jest zepsuty, zgniły od środka, z wierzchu ładny, a po przypatrzeniu się dziwaczny. I taka jest też ta płyta. Są śliczne refreny (Turnin' on the Screw, 3's & 7's), jest ładna piosenka (Make it Wit Chu, zakoszone z ostatniej płyty Desert Sessions). Ale to wszystko ginie pod ciężką warstwą tekstową, pod mrocznymi zwrotkami. Josh Homme pokazuje nam nasz świat.

Na płycie Josh pokazał nam twarz, której nikt nie znał. W piosenkach dominuje brzmienie niespotykane do tej pory w jego twórczości. Są spokojne piosenki w ilości, której nie było nawet na Kołysankach, która jest najspokojniejszą w jego karierze. Killery są trzy (!): Sick, Sick, Sick, które kojarzy mi się troszkę z No One Knows, ale jest od niego dużo dziksze i punkowe, 3's & 7's i punkujące Battery Acid. Inne rozwijają się z czasem. Josh nasłuchał się bitelsów, bo większość piosenek ma ich melodykę. Płytę kończy Run, Pig, Run, połamane rytmicznie, z interesującą perkusją i wokalami Josha.

Na koniec zostawiłem bonusy. W naszej wersji jest The Fun Machine took a Shit & Died, zaginiona piosenka z poprzedniego albumu nagrana na nowo. Nowa wersja jest niesamowita. Wersję angielską kończy Running Joke, ballada przypominająca Mosquito Song i Long Slow Goodbye. Japończycy zaś dostali oprócz wyżej wymienionych również utwór tytułowy, w którym śpiewa Tren Reznor z Nine Inch Nails.

Josh Homme nigdy nie zawodzi. Tym razem również nie. Po raz kolejny udowodnił, że czuje rocka, jak nikt inny.

Ocena:10/10

19 komentujów | desert rock recenzje rock |