wieczur@jabberpl.org


Bruce Springsteen - Nebraska

Wpis na 0. poziomie, wysłany 23 sierpnia 2008 o 16:44:32

rok wydania: 1982
wydawca: Columbia Records
gatunek: folk, country

Na początku lat 80. Bruce Springsteen był na fali wznoszącej. Już po Born To Run, ale jeszcze przed Born In the U.S.A, które wyniosło go na sam szczyt. Jednak miał na tyle silną pozycją, że mógł pozwolić sobie na eksperyment, płytę, która zaskoczy fanów i krytyków, której formę powtórzy kilkanaście lat później na The Ghost of Tom Joad .

Tym zaskoczeniem jest ascetyzm brzmieniowy. Bruce znany z rozbudowanych aranżacji, pełnych rozmachu, wielości instrumentów, jest tu sam. Tylko on, gitara i harmonijka ustna. Przypomina to kogoś? Oczywiście wielkiego idola Bruce’a, Boba Dylana. I tak, jak u Dylana słowo jest ważniejsze niż muzyka. Nie zrozumcie mnie źle, w twórczości Springsteena słowa były zawsze ważne, ale tu wysuwa się na pierwszy plan.

Wszystko zaczyna się od utworu tytułowego, inspirowanego filmem Terrence’a Malicka o seryjnym mordercy i jego dziewczynie. Opowiedzianego z pierwszej osoby. Taki niespringsteenowy to utwór. Nie ma chwytliwej melodii, Bruce śpiewa delikatniej i wyżej niż zwykle. To znów ukłon w stronę Dylana.

Jednak Springsteen nie byłby sobą, gdyby nie napisał choć jednego hitu. To Atlantic City, opowieść o ludziach próbujących zmienić swoje życie. Znów Bruce’owa klasyka. I jaka moc. To jeden z najlepszych utworów napisanych przez Springsteena. Ciary gwarantowane. Szczególnie w refrenie spotęgowanym pogłosem, który charakteryzuje ten album.

Nebraska nie spodobała się przeciętnemu amerykańskiemu słuchaczowi, sprzedawała się słabo, ale krytycy ją docenili. Zresztą nie tylko oni. Dwie piosenki skowerował na swojej płycie nie kto inny, jak wielki Johnny Cash. Wziął Johnny’ego 99, szybkie country, znów o przestępcy i Highway Patrolman balladę o policjancie i jego bracie. A wszystko gończy gorzkie Reason to Believe.

Bruce jak zwykle sięgnął do historii zwykłych ludzi, ale tym razem sięgnął ciemnej strony życia, nie ma tu optymizmu płynące z Born to Run. Ludzie popełniają błędy, wcale nie są tacy dobrzy na jakich wyglądają, ukrywają mroczne sekrety, uciekają przed przeznaczeniem, ale także kochają, mają marzenia, starają się godnie żyć. O tym wszystkim śpiewa Bruce na Nebrasce. I robi to świetnie jak zawsze, a nawet jeszcze lepiej. Udało mu się nagrać płytę przewyższającą Born to Run.

Ocena: 10/10

dodaj komentuja | country folk recenzje |

Isobel Campbell & Mark Lanegan - Sunday at Devil Dirt

Wpis na 0. poziomie, wysłany 03 czerwca 2008 o 10:36:36


rok wydania: 2008
gatunek: folk, country
wydawca: V2 Records

Ech, ten Mark Lanegan. Tytan pracy się z niego zrobił. Niby jego ostatnia płyta wyszła cztery lata temu, ale od tamtej pory nagrał dwie płyty z Gregiem Dullim, jedną z Soulsavers i jedną z Isobel Campbell właśnie. Czyli nie można narzekać na jego brak aktywności solowej.

Do tej płyty musiało dojść. Ballad of the Broken Seas odniosło sukces artystyczny i komercyjny, a ich głosy świetnie się uzupełniają. Eteryczność Isobel stanowi świetną przeciwwagę dla mocno naznaczonego przez życie Lanegana.

Formuła nie zmieniła się prawie wcale. Nadal jest to country. Tylko, że Lanegana jest więcej, Isobel, która jest mózgiem tego projektu, dała mu więcej swobody. W pierwszych trzech piosenkach jej rola ogranicza się do robienia chórków. Jest też bardziej amerykańsko, ale w końcu to country. I pozostał ten nierzeczywisty, przywodzący na myśl wrzosowiska, klimat.

Come On Over (Turn Me On) to świetna, bondowska piosenka, utrzymana w stylu lat 60. Proponowano Amy Winehouse zaśpiewanie piosenki do nowego filmu o najsłynniejszym agencie Jej Królewskiej Mości, ale nic z tego nie wyszło. Może warto by zwrócić się do tego duetu.

Otwierająca Seafaring Song to coś w rodzaju szanty. Aż słychać szum morza. No i kojarzy się, nie wiedzieć czemu, z „Piratami z Karaibów”. Uwagę przyciąga też Back Burner, plemienny i transowy blues. Wywołuje obrazy Indian tańczących dookoła wielkiego ogniska, przygotowujących się do wojny i wyśpiewujących swoje złowrogie pieśni. Bluesowo jest też w Shot Gun Blues, który z trzaskami płyty winylowej, stylizowany jest na nagrania z lat 30. z Delty Missisipi. Początek The Raven chyba za bardzo przypomina The False Husband z ich pierwszej płyty.

Sunday at Devil Dirt to prawdziwie amerykańska płyta, zanurzona w pustce prerii, Środkowym Zachodzie i jego małych miasteczkach, zapomnianych przez innych. Choć może trudno w to uwierzyć, ale jest jeszcze lepsza od Ballad Of Broken Seas. Zabieg znany z sequeli filmowych, czyli wszystkiego więcej i bardziej, tu przyniósł świetne efekty. Jednak, jeśli będą nagrywali następną płytę, powinni coś zmienić już.

Ocena: 8/10

1 komentuj | country folk recenzje |

Neil Young - Comes a Time

Wpis na 0. poziomie, wysłany 18 kwietnia 2008 o 18:15:32

rok wydania: 1978
gatunek: country
wydawca: Reprise Records

Gdyby ktoś mi zadał pytanie, która płyta Neil Younga jest najlepszym dziełem, bez jakiegoś strasznie długiego wahania, wybrałbym właśnie ją. Niepozorną, schowaną w cieniu Tonight’s the Night, czy Rust Never Sleeps, , chyba jedyny raz z uśmiechniętym, zadowolonym z życia Youngiem na ascetycznej okładce.

Jeśli znacie Younga tylko z jego płyt nagranych z Crazy Horse, będziecie zaskoczeni. Zapomnijcie o wielominutowych gitarowych pejzażach, a rzężących gitarach, o wyciskaniu z instrumentów ostatniej kropli krwi. Zapomnijcie o tym wszystkim, bo Comes a Time, to przede wszystkim płyta country. Ze skrzypkami, z banjo, z nostalgicznymi melodiami, ale bez wioski kojarzonej z tą muzyką.

Zaczyna się od Goin’ Back, które doskonale zapowiada całą płytę. Jest delikatnie, a nawet eterycznie za sprawą wokali Nicolette Larson, która będzie towarzyszyć Neilowi do końca płyty. Comes a Time to country pełną gębą. Niecałe trzy minuty, podczas których kopara opada do samej ziemi. A to dopiero druga piosenka na płycie.

Następne dwie piosenki można, a nawet należy traktować, jako odrębną całostkę na tej płyci, bowiem Neil, po naciskach wytwórni zaprosił do współpracy panów z Crazy Horse, ale te piosenki doskonale wpasowują się w tę akustyczną, delikatną stylistykę. Zero brudu charakterystycznego choćby dla Zumy.

Peace of Mind. Przepiękny utwór o utraconej miłości i poszukiwaniu tytułowe spokoju ducha. Jakby to niektórzy powiedzieli: absolut. Jednak to określenie nie oddaje geniuszu, emocji i piękna tej piosenki. To dowód na to, że najprostsze rozwiązania są najlepsze. Nie ma tu skomplikowanych partii gitary, nie ma karkołomnych zmian rytmu. Nie, wszystko jest proste, ale dzięki temu dociera do każdego. Bez wyjątku.

Human Highway, to powrót do uroczego country. Zabawne, ze Neil, jeden z najlepszych muzyków country, jest Kanadyjczykiem. Choć, jak sam mówi, tyle lat mieszka w USA, ze właściwie jest Amerykaninem (o czym świadczy chociażby wydźwięk Living With War). Already One znów dotyka miłości, która jest motywem przewodnim tej płyty, i tak, jak wcześniej, jest to miłość nie do końca udana. Najklasyczniejsze country to Field Of Opportunity. Nawet śpiewa o siedzeniu na werandzie. I te charakterystyczne zaśpiewy w refrenie. I smyki. Witamy w Teksasie.

Wszystko jest takie ładne i spokojne, aż tu nagle… gitara elektryczna. To Motorcycle Mama, w której bardzo dobrze słychać, jakie to niesamowite możliwości ma pani Larson, śpiewa niemalże, jak Janis Joplin. To najbardziej crazyhorse’owy kawałek na płycie, mimo że przypomina trochę southern rock w stylu Lynyrd Skynyrd. A na koniec Neil zostawił swoją wersję folkowego klasyka, Four Winds.

I to już koniec. 37 minut minęło niewiadomo, jak szybko. 37 minut muzyki, która dociera do samego serca. I zostaje tam na bardzo długo.

Ocena: 10/10

2 komentuje | country recenzje |

Rykarda Parasol - Our Hearts First Meet

Wpis na 0. poziomie, wysłany 20 lutego 2008 o 23:52:39

rok wydania: 2006 (US)/2008(UE)
gatunek: folk, country
wydawca: Three Ring records (US)/Gusstaff Records (UE)

Pierwszy raz tak bardziej posłuchałem tej płyty wracając późnym wieczorem do domu z pracy. Wcześniej to były raczej „słuchanka”, by wypełnić ciszę, a nie słuchania z prawdziwego zdarzenia. W każdym razie wracałem do domu pustymi ulicami, ze słuchawek sączyła się ta muzyka. I tylko jedna myśl mi chodziła po głowie: „dlaczego nie słyszałem tego wcześniej?”

Może dlatego, że to w pewnym sensie świeżynka. „W pewnym sensie”, bo za Wielką Wodą znają tę płytę już dwa lata, a u nas, na Starym Kontynencie, dopiero, co została wydana. No to jak już jestem przy informacjach pozamuzycznych, skrobnę coś szybciutko o samej Rykardzie. Otóż, jest ona córką pewnej Szwedki i… Polaka (och, ach, puszę o kimś, kto ma polską krew w żyłach), co jednak nie przeszkadza jej grać najbardziej amerykańskiej muzyki, czyli country. Nie ma się czym martwić, żadna słoma jej z butów nie wystaje, zero wieśniactwa. Jak się komuś nie podoba to określenie, to przecież zawsze można nazwać to folkiem i wszyscy będą zadowoleni.

Pierwsze skojarzenie, które budzi u mnie ta muzyka, to Nick Cave. Drugie – 16 Horsepower. Czyli skojarzenia jak najbardziej pozytywne. Jest mrocznie, piosenki opowiadają najczęściej o dość makabrycznych wydarzeniach, morderstwach, nieszczęśliwych miłościach, śmierci i i podobnych. Która kobieta śpiewa o takich sprawach? Polly Harvey, oczywiście. I to, co w przypadku Natashy Khan (Bat For Lashes) jest zarzutem, w przypadku pani Parasol (nazwisko to ona ma zabawne, że pozwolę sobie na taką dość bezsensowną uwagę) przeciwnie, nie jest to może zaleta, ale to nie przestępstwo, że tematykę i barwę głosu ma podobną do Angielki. Jej głos może się także kojarzyć z pewną Niemką. Nie powiem o kogo mi chodzi, ale jak podpowiem, że śpiewała na płycie z bananem, to na pewno będzie wiadomo, o kogo chodzi.

Candy Gold kojarzy mi się z innym wykonawcą, który lubuję się w podobnych brzmieniach, czyli z moim ulubieńcem, Markiem Laneganem. Rykarda nie chrypi, jak Lanegan (na szczęście), ale tworzy klimat niedużej, zadymionej knajpki, gdzieś na Środkowym Zachodzie, taki sam, który upodobał sobie Lanegan (oprócz nagrań z Soulsaversami i Dullim). Co prawda tenże klimat jest obecny w każdej piosence na tej płycie, ale tylko ta piosenka tak jednoznacznie przywodzi mi na myśl Lanegana. Pewnie przez tę jęczącą gitarę w tle.

Kolejnym dość zaskakującym skojarzeniem jest gitara w Lonesome Place. Jak dla mnie to wykapany Joshua M. Homme, szczególni solówka, taka trochę w stylu Burn the Witch. I tematyke tez jest podobna do piosenki QOTSA. Tam chcieli spalić wiedźmę, tu biali Teksańczycy popełniają mord na tle rasowym. Oj, nie boi się Rykarda tematów tabu, ale w Teksasie (o którym tak często śpiewa), chyba nie będzie lubiana.

Our Hearts First Meet ma w sobie coś z dekadenckiego klimatu lat 20. i filmów noir (to pewnie dlatego przylgnęła do niej łatka folk-noir). Pewnie pomyślicie: The Dresden Dolls. I nie będzie daleko od prawdy. Klimat podobna, ale moim zdaniem Rykarda tworzy ciekawszą muzykę niż duet z Bostonu.

Gdy już wróciłem do domu, słuchałem tej płyty jeszcze dwa razy. Chłonąłem każdy dźwięk i każde słowo, nie zważając, na to, że rano na zajęciach będę nie do życia. Po prostu musiałem, bo zakochałem się w tej płycie. Wgniata w ziemię bardziej niż niejedna metalowa płyta.

Ocena: 9/10

dodaj komentuja | country folk recenzje |

Jim Ward - Quiet

Wpis na 0. poziomie, wysłany 08 lutego 2008 o 19:57:03

Rok wydania: 2007
Gatunek: alt-country
Wydawca: Civil Defense League/Doghouse Records

Oj, ten Jim Ward, im starszy tym spokojniejszy. Najpierw grał w At the Drive-In (straszny krzykacz z niego był wtedy). Potem zaczął liderować Sparcie (i robi to dziś), lepszemu zespołowi powstałemu po rozpadzie ATDI. A teraz. Teraz nagrał EPkę. Z country.

Tak, z country. Na pierwszy rzut oka, to zaskakujący wybór, bo przecież daleko od emo/post-hardcore’u (niepodobające się skreślić) do country. Jednak, przecież on pochodzi z Teksasu, najbardziej country’owego stanu USA, czyli ten wybór był prawie oczywisty.

Mystery Talks przypomina mi trochę Into the Wild Veddera. Bo jest ukulele, bo podobny klimat, bo podobna ascetyczność brzmienia (tu nawet większa, bo nie ma sekcji rytmicznej). Reszta to takie alt country, bardzo przyjemne, delikatne.

Jim Ward nie jest sam na tej płytce, wspomaga go na przykład Maura Davis (to prawie rodzina, bo to siostra Kelley’a Davisa ze Sparty), jednak wpływ tych współpracowników jest nieduży. To przede wszystkim płyta Warda. Spokojna, akustyczna, country’owa. Z niecierpliwością czekam na jego pełnowymiarowe wydawnictwo.

Ocena 7/10

dodaj komentuja | country recenzje rock |

Isobel Campbell & Mark Lanegan - Ballad of the Broken Seas

Wpis na 0. poziomie, wysłany 18 stycznia 2008 o 15:13:56

rok wydania: 2006
gatunek: folk
wydawca: V2 Records

Ona – delikatna blondynka. On – zmęczony życiem szatyn. Ona – Szkotka. On – Amerykanin. Ona – obdarzona anielskim, eterycznym głosem. On – nieślubny syn Toma Waitsa z głosem chropowatym jak papier ścierny. Ona – grała kiedyś w Belle & Sebastian. On – liderował Screaming Trees. Nigdy wcześniej się nie widzieli. To musiało zadziałać.

Żeby nie było nieporozumień: główną gwiazdą tej płyty jest Ona. To Ona napisała większość piosenek, to Ona wpadła na pomysł zaproszenia Jego. Słychać to już w Black Mountain, delikatnej, spokojnej kompozycji. Śpiewa tam tylko Ona. I wcale piosenka na tym nie traci. Za to w otwierającym Deus Ibi Est główną rolę gra On. Melorecytuje swoim zniszczonym głosem opowieść o żołnierzach, a Ona... Ona swoim szepto-śpiewem błąka się w przestrzeni.

Jedną piosenkę od początku do końca napisał On. Bardzo dobrze wpasował się w tę zwiewną, szkocką koncepcję. Co prawda nie słychać na płycie dudów, ale klimat jest właśnie taki baśniowy, oczami wyobraźni widać wrzosowiska. Jest też druga strona płyty, taka bardziej amerykańska. Małe miasteczko gdzieś na Środkowym Zachodzie, wszyscy się znają, dookoła preria. Ale nie jest tak idealnie, wystarczy się wsłuchać w Revolver trochę dokładniej i czuć niepokój. Ten niepokój jest również cechą charakterystyczną dla całej płyty. Nie jest to taka wesoła płyta, elfy tańczą, świat wiruje w tę noc. O nie, to płyta o ludziach. Ich słabościach, związkach, przede wszystkim nieudanych (Ramblin’ Man). Jeśli coś wydaje się radosne, wesołe, po dokładniejszym przyjrzeniu się, takim już nie jest.

Z Jego strony ta płyta to powrót do akustyczności, które porzucił, przy nagrywaniu Bubblegum, najbardziej rockowej płyty w swoim solowym dorobku. Dla Niej to kontynuacja obrane wcześniej drogi. Czym jednak by ta płyta nie była jest to wydawnictwo magiczne.

Ocena: 8/10

1 komentuj | country folk recenzje |