wieczur@jabberpl.org


Mark Lanegan Band - Bubblegum

Wpis na 0. poziomie, wysłany 02 października 2008 o 00:25:34

rok wydania: 2004
gatunek: rock, blues
wydawca: Beggars Banquet Records

Choć minęły już cztery lata od wydania przez Marka Lanegana ostatniej solowej płyty, to ostatnio tak się rozpanoszył, że wypada ją przypomnieć. Tym bardziej, że jest bardzo dobra.

Zaczynamy od grobowej ballady When Your Number Isn’t Up, jednocześnie typowej i nietypowej dla Marka. Typowej, bo konstrukcja taka sama, jak wcześniej, podobny klimat, nietypowej, bo brzmienie ma zupełnie inne, dalekie od tego, co robił na swoich płytach. Jest brudno, brudniej niż na jego pierwszej solowej płycie, którą nagrał w złotych czasach grunge’u. To nietypowe, elektryczne brzmienie jest charakterystyczne dla całej tej płyty.

W singlowym Hit the City pojawia się pierwszy gość czyli Polly Jean Harvey, tworząca idealny duet z Laneganem. Mogłaby nagrać z nim coś więcej niż dwie piosenki na tej płycie. Płytę na przykład, coś w rodzaju jego współpracy z Isobel Campbell, ale wróćmy do piosenki. Jest niesamowicie przebojowa. Prosta, ale hipnotyzująca. Prowadzi ją świetny basowy riff.

W następnym kawałku tez pojawia się gość płci pięknej, Wendy Rae Fowler, była żona Marka. Gości na tej płycie Mark ma znamienitych: Dulli, Homme, Oliveri, Goss, McKagan, Stradlin. Wszyscy wnieśli swój osobisty wkład, ale całość jest utrzymana w knajpianym, bluesowo-rockowym Laneganowym stylu.

Metamphetmine Blues zabija. Niszczy każdą komórkę ciała. Wciąga zupełnie jak narkotyk. Można jej słuchać cały czas. Równie dobrze mogłaby się znaleźć na płycie QOTSA, nie tylko dlatego, że grają w niej Homme i Oliveri. To także jeden z kilku wyjątków, bo Bubblegum to przede wszystkim spokojne, klimatyczne piosenki, które snują się dostojnie.

Strange Religion to personalnie najciekawsze połączenie na płycie. Lanegan, Duff McKagan i Izzy Stradlin. Grunge kontra hair metal. Jaki tego wynik? Poniżej oczekiwań, to po prostu dobra ballada, bez rewelacji.

Jesteśmy już w połowie, czas więc na odrobinę ożywienia. Sideways In Reverse może nie jest tak mocna jak Methamphetamine Blues, ale to nadal kawałek niezłego rokendrola. Szybciej robi się też w Driving Death Valley Blues, prawdziwej jeździe bez trzymanki i Head, którego początek nieznośnie przypomina Scorpio Rising Death In Vegas.

Little Willie John to już klimaty mojej ukochanej płyty Marka, I’ll Take Care Of You. Come to me z Polly Harvey też, a Morning Glory Wine i kończący płytę naprawdę piękny i smutny utwór, Out of Nowhere przywodzą na myśl Whiskey for the Holy Ghost.

Udała się Markowi ta płyta. Zadowoli fanów Screaming Trees, Queens of the Stone Age, jak i tego, co robi Mark solo. Pozycja obowiązkowa.

Ocena: 9/10

6 komentujów | blues recenzje rock |

Joan as Police Woman - To Survive

Wpis na 0. poziomie, wysłany 09 lipca 2008 o 16:43:36

rok wydania: 2008
gatunek: jazz, blues, rock
wydawca: Reveal Records (UK) / Cheap Lullaby Records (US)

Gdzieś kiedyś przeczytałem, że Joan Wasser ma przyjechać do Polski ze swoim projektem Joan as Police Woman. Nie wiedziałem wtedy, kto zacz, więc ta informacja nie zagościła na długo w mojej głowie. Dopiero po jakimś czasie zabrałem się za jej płyty. Pech chciał, że dopiero dzień po jej warszawskim koncercie.

Joan Wasser ma znanych kolegów. Na debiucie pomógł jej Antony Hegarty, tutaj Rufus Wainwright, a ona sama nagrywała z Lou Reedem. I jeszcze jest z Nowego Jorku, a niektórzy chcą ją porównywać do CocoRosie. Mając to na uwadze można by się spodziewać po jej płycie unurzanej w folku, bezwstydnie snobistycznej alternatywy dla nowojorskiej bohemy. Nie napiszę, że to nic bardziej mylnego, bo w tym stwierdzeniu jest sporo prawdy. Ale jest jedno, co się nie zgadza. To folk, a raczej jego brak. Joan zamiast tegoi oferuje bluesowo-jazzową mieszankę z jakiejś niewielkiej nowojorskiej knajpki. Do tego dorzuca soul i malutką szczyptę funku.

Nie spodziewajcie się więc muzyki, która was poderwie z fotela, raczej zatopicie się zamyśleni w nim. Jeden z niewielu momentów ożywienia to Furious. W porównaniu z debiutem jest tu dużo spokojniej.

Ta płyta to przede wszystkim melancholia i zaduma, czasem podszyta smutkiem, jak w To Be Lonely, czasem troską, jak w To America, a czasem po prostu zakochana, jak w To Be Loved. Mogą pojawić się skojarzenia z Norą Jones, jednak Joan ma czarniejszy głos, a jej muzyka jest mniej uładzona. Jest tu surowość, ale zupełnie inna niż ta, do której się przyzwyczaiłem. Na tej płycie to wrażenie jest zbudowane nie na brzmieniu gitar, których tu na lekarstwo, lecz na skromności użytych środków. Dominuje fortepian i sekcja smyczkowa, przez co wszystko brzmi, jak nagrywane na żywo we wspomnianym wyżej barze. Z powodu tej dominacji mogą przyjść na myśl również The Dresden Dolls, ale to zupełnie inna, dużo poważniejsza konwencja.

Coś, co może zaskakiwać, to brak melodii, które wchodzą do głowy od razu. Może jest tak w przypadku Holiday, ale to naprawdę wyjątek. W resztę trzeba się wsłuchać, a gdy już to zrobimy, te piosenki, odpłacą nam z nawiązką.

Niestety, mam straszliwego pecha, bo grała dosłownie pod moim nosem, a mnie tam nie było. Pech straszliwy, bo wokalistką jest charyzmatyczną, hipnotyzującą i po prostu świetną. Pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że to nie był jej jedyny koncert w Warszawie.

Ocena: 8/10

1 komentuj | blues jazz recenzje rock |