Mark Lanegan Band - Bubblegum
rok wydania: 2004
gatunek: rock, blues
wydawca: Beggars Banquet Records
Choć minęły już cztery lata od wydania przez Marka Lanegana ostatniej solowej płyty, to ostatnio tak się rozpanoszył, że wypada ją przypomnieć. Tym bardziej, że jest bardzo dobra.
Zaczynamy od grobowej ballady When Your Number Isn’t Up, jednocześnie typowej i nietypowej dla Marka. Typowej, bo konstrukcja taka sama, jak wcześniej, podobny klimat, nietypowej, bo brzmienie ma zupełnie inne, dalekie od tego, co robił na swoich płytach. Jest brudno, brudniej niż na jego pierwszej solowej płycie, którą nagrał w złotych czasach grunge’u. To nietypowe, elektryczne brzmienie jest charakterystyczne dla całej tej płyty.
W singlowym Hit the City pojawia się pierwszy gość czyli Polly Jean Harvey, tworząca idealny duet z Laneganem. Mogłaby nagrać z nim coś więcej niż dwie piosenki na tej płycie. Płytę na przykład, coś w rodzaju jego współpracy z Isobel Campbell, ale wróćmy do piosenki. Jest niesamowicie przebojowa. Prosta, ale hipnotyzująca. Prowadzi ją świetny basowy riff.
W następnym kawałku tez pojawia się gość płci pięknej, Wendy Rae Fowler, była żona Marka. Gości na tej płycie Mark ma znamienitych: Dulli, Homme, Oliveri, Goss, McKagan, Stradlin. Wszyscy wnieśli swój osobisty wkład, ale całość jest utrzymana w knajpianym, bluesowo-rockowym Laneganowym stylu.
Metamphetmine Blues zabija. Niszczy każdą komórkę ciała. Wciąga zupełnie jak narkotyk. Można jej słuchać cały czas. Równie dobrze mogłaby się znaleźć na płycie QOTSA, nie tylko dlatego, że grają w niej Homme i Oliveri. To także jeden z kilku wyjątków, bo Bubblegum to przede wszystkim spokojne, klimatyczne piosenki, które snują się dostojnie.
Strange Religion to personalnie najciekawsze połączenie na płycie. Lanegan, Duff McKagan i Izzy Stradlin. Grunge kontra hair metal. Jaki tego wynik? Poniżej oczekiwań, to po prostu dobra ballada, bez rewelacji.
Jesteśmy już w połowie, czas więc na odrobinę ożywienia. Sideways In Reverse może nie jest tak mocna jak Methamphetamine Blues, ale to nadal kawałek niezłego rokendrola. Szybciej robi się też w Driving Death Valley Blues, prawdziwej jeździe bez trzymanki i Head, którego początek nieznośnie przypomina Scorpio Rising Death In Vegas.
Little Willie John to już klimaty mojej ukochanej płyty Marka, I’ll Take Care Of You. Come to me z Polly Harvey też, a Morning Glory Wine i kończący płytę naprawdę piękny i smutny utwór, Out of Nowhere przywodzą na myśl Whiskey for the Holy Ghost.
Udała się Markowi ta płyta. Zadowoli fanów Screaming Trees, Queens of the Stone Age, jak i tego, co robi Mark solo. Pozycja obowiązkowa.
Ocena: 9/10

