wieczur@jabberpl.org


Franz Ferdinand - Tonight: Franz Ferdinand

Wpis na 0. poziomie, wysłany 01 lutego 2009 o 20:40:14

rok wydania:2009
wydawca: Domino Records
gatunek: rock

Brytyjczycy przed wydaniem trzeciej płyty byli w podobnej sytuacji, co The Killers. Pierwsza płyta bezbłędna, druga dobra, ale nie na miarę oczekiwań (to pierwsza różnica z Amerykanami, bo Sam’s Town to płyta beznadziejna), więc trzecim krążkiem musieli udowodnić, że jeszcze się nie skończyli. I tu kończą się podobieństwa do The Killers. Bo Franz Ferdinand wywiązali się z tego zadania bardzo dobrze, choć kazali sobie czekać prawie pięć lat.

Ullysses zaatakował już w listopadzie i zrobił furorę, bo wreszcie zaczęło się coś u nich dziać, no i słychać było, że nowa płyta będzie bardziej elektroniczna, co oznacza rozwój i innowację. I że będzie tak samo bezwstydnie przebojowo.

Sięgnięcie po syntetyczne brzmienia wyszło Arcyksięciu na dobre, co słychać chociażby w Live Alone, iście dyskotekowym przeboju, z pędzącym basem i klasycznymi klawiszami. Murowany hit. Tak samo zresztą, jak utrzymany w podobnych klimatach, tyle że bardziej pierwotny Can’t Stop Feeling. Jeszcze w ramach elektroniczności wyróżnia się Lucid Dreams, niby taka zwykła Franzowa piosenka, może troszkę bardziej bitelsowa, niż zwykle, jednak to, co dzieje się po jej zakończeniu, przechodzi najśmielsze oczekiwania. Gdzieś tak od 3:30 zaczyna się jam session. Najpierw z psychodelicznymi gitarami, które powoli ustępują elektronice, która ociera się o The Prodigy. Tak, to nie żart, dobrze przeczytaliście. To jeden z najmocniejszych momentów na płycie, jak na nich niesamowicie eksperymentalny.

Jednak Tonight: Franz Ferdinand to nie tylko elektronika. Z gitarowych czadów wyróżnia się Bite Hard, którym zaczęli koncert w Stodole. Choć nie wiem, czy czad to najlepsze określenie. Franz Ferdinand uspokoili się, wydorośleli, nie pędzą już na złamanie karku, więc takich killerów jak Well That Was Easy nie uświadczymy, a Bite Hard jest li tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę, Siłą Tonight: Franz Ferdinand nie jest rokendrolowość, ale taneczność i zmysłowość.

Niektórzy skreślili ich jeszcze przed wydaniem tego krążka. Stwierdzili, że dwie dobre płyty to na nich i tak za dużo i na nic więcej ich nie stać. Okazało się, że byli zbyt szybcy, bo Arcyksiążę umocnił swoją pozycję w rockowej czołówce. Jedna z płyt roku, a mamy dopiero początek lutego.

4 komentuje | recenzje rock |